Historia

Głosy i donosy

W PRL „tylko świnie chodziły na wybory”, twierdzi Duda. A jak było naprawdę?

Prosiak wypuszczony na ul. Długiej w Gdańsku przed wyborami do rad narodowych w 1984 r. z napisem „Głosuj na nas”. Prosiak wypuszczony na ul. Długiej w Gdańsku przed wyborami do rad narodowych w 1984 r. z napisem „Głosuj na nas”. East News
Wysoką frekwencję w wyborach parlamentarnych prezydent Andrzej Duda skomentował: „Wszyscy pamiętamy, że przed 1989 r. tylko świnie chodziły na wybory”. Pamięć jest zawodna, a rzeczywistość PRL bardziej skomplikowana.

To prawda, że wybory w Polsce przed 1989 r. nie miały wiele wspólnego z demokracją. Choć głosowania na kandydatów do Sejmu oraz rad narodowych organizowano regularnie i tak było wiadomo, że rządzić będzie Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Nie mogło być inaczej, skoro w każdym okręgu wystawiano tylko jedną listę wyborczą. Zmieniał się jej szyld – w 1952 r. był to Front Narodowy, od 1957 r. Front Jedności Narodu i wreszcie w latach 80. Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego, ale zawsze grupowała ona przedstawicieli działających legalnie organizacji oraz bezpartyjnych. Niezmienne pozostawało też to, że ostateczny głos o jej kształcie mieli członkowie kierowniczych gremiów PZPR.

Już konstrukcja listy przesądzała o tym, kto zasiądzie w ławach sejmowych. Obowiązywało bowiem tzw. głosowanie negatywne oraz system miejsc mandatowych. Otóż wyborca, oddając głos, miał wyrażać swoje preferencje wyborcze poprzez wykreślanie z listy tych kandydatów, których nie chciał popierać, a głos otrzymywali wszyscy pozostali. Kuriozalne było to w 1952 r. – o mandaty poselskie ubiegało się 425 osób, czyli dokładnie tyle, ile miejsc liczyła ówcześnie izba. Od 1957 r. kandydatur zawsze już było więcej niż mandatów do obsadzenia.

Za ważne głosy uznawano także te oddane bez wykreślania z listy jakiegoś nazwiska. Wówczas głos był traktowany jako oddany na tylu zamieszczonych na niej kandydatów, licząc od pierwszego, ilu posłów miało zostać „wybranych” w danym okręgu. Przykładowo: jeśli dany okręg obejmował trzy mandaty, „mandatowe” były w nim pierwsze trzy miejsca na liście.

Było to o tyle ważne, że apelowano o nieskreślanie, więc decydowali się na nie nieliczni. Zresztą starano im się to utrudniać – np. poprzez takie rozmieszczenie kotar w lokalu wyborczym, które przeszkadzało wyborcom skorzystać z prawa do tajnego głosowania.

Polityka 47.2023 (3440) z dnia 14.11.2023; Historia; s. 75
Oryginalny tytuł tekstu: "Głosy i donosy"
Reklama