Przejdź do treści
Reklama
Reklama
Historia

Siła eksplozji

Ocalenie i nawrócenie kapitana Cierpicy. W Białym Domu mówił: Jezus tak chciał

Kapitan Karol Cierpica u Donalda Trumpa w Białym Domu, 2 marca br. Kapitan Karol Cierpica u Donalda Trumpa w Białym Domu, 2 marca br. Kyle Mazza/Anadolu/Abaca / PAP
Kręta droga kapitana Karola Cierpicy do Jezusa wiodła przez Afganistan. Tam spotkał anioła, który uratował mu życie. O tym wszystkim opowiadał w Białym Domu, stojąc koło Donalda Trumpa.

To, o czym marzą polscy politycy, kapitan Karol Cierpica dostał niemalże z marszu. Nie dość, że Donald Trump oddał mu własny mikrofon, to jeszcze słuchał go w skupieniu i nie przeszkadzał. Dla polskiego weterana z Afganistanu sprawa jest jasna. Jezus, którego jest narzędziem, tak właśnie chciał. I o Bogu sporo było w czasie tego kilkuminutowego przemówienia. Ale w tej historii nie brakuje również demonów.

2010

Żeby zrozumieć, co wydarzyło się w Waszyngtonie, trzeba wrócić do Ghazni w Afganistanie. No i cofnąć się o 13 lat. Kto nie był w Ghazni, może mieć problem, żeby poukładać to sobie w głowie. Ci, którzy tam byli, też mają z tym problemy. Zwłaszcza jeśli musieli walczyć o przetrwanie. A im dłużej polskie wojsko tam było, tym zacieklej musieli o to przetrwanie walczyć.

W grudniu 2010 r. autor tego tekstu też był w Afganistanie. W Ghazni stacjonowała VI zmiana polskiego kontyngentu wojskowego. Baza była już duża i okrzepła. Składała się głównie z Polaków. Ale był też komponent amerykański. Była jeszcze baza w bazie – swój własny teren mieli specjalsi. Ci nie ufali nikomu. Wewnętrzny mur. Wejście przez szlaban, na którym pełnili wartę z długą bronią. Nie zatrzymasz się, to dostaniesz kulkę. To ważne w tej historii, bo już wówczas wszyscy szykowali się do ataku na bazę. Tylko że talibowie byli jeszcze za słabi na bezpośredni atak.

W 2010 r. większość ludzi w bazie czuła się jeszcze bezpiecznie. Albo próbowała to sobie wmówić, bo kto mieszka w baraku ze sklejki o grubości 2 cm, tego chroni tylko wiara i nadzieja. Po bazie chodziło się w hełmach i kamizelkach kuloodpornych. Tyle że w 2010 r. ostrzałów było mało. Można było pójść na koszykówkę, jeśli ktoś miał kondycję, żeby rozegrać mecz na wysokości 2 tys. m n.p.m. Zresztą jak nie miał takiej kondycji, to szybko zdradzała go strużka krwi z nosa.

Polityka 11.2026 (3555) z dnia 10.03.2026; Historia; s. 67
Oryginalny tytuł tekstu: "Siła eksplozji"
Reklama