Los Ewenka
W krainie reniferów i niedźwiedzi. Ewenkowie z Jakucji często ocierają się o śmierć
Korea
Najbliżej śmierci z całej brygady był Artiom Korea. Ci, co byli bliżej, nie żyją. To był pierwszy dzień tego wieku, obozowali z reniferami nad rzeką Ewenekit, po jakuckiej stronie BAM (torów Kolei Bajkalsko-Amurskiej). Ewenkowie mają długą tradycję walki na noże. Polega na tym, że łapiesz nóż i rzucasz się z nim na przeciwnika. Żeby się tak od razu nie pozabijać, nóż chwycić trzeba ostrzem do tyłu, a ciosy zadawać rękojeścią, do bólu. Wygrywa ten, kto zada najwięcej bolesnych ciosów.
Paciakan uderzył jednak ostrzem. W brzuch.
Z Korei siknęło jak z przestrzelonych bebechów łosia – tak to opisywał Paciakan, pokazując, jak ścierał z twarzy zawartość kolegi; wieźli go dwie doby na noszach z kołdry i skóry rozpiętych między dwoma renami, wzdłuż Ewenekitu i Ołongdo. Kapało z tego jak z dziurawego bukłaka. Jakieś 60 km przez góry do kolei. Pociągiem, na stopa, udało się dotrzeć do Nowej Czary. Lekarz stwierdził, że chłopak przeżył dzięki dużej zawartości alkoholu w organizmie. I pustym, jak okoliczne góry, kiszkom.
Dużo później na pytanie, czy nie fajnie byłoby umrzeć w tajdze, pośród tych ładnych nazw, odpowiedział, że jak ktoś chce, on może mu taką śmierć załatwić. Siedział wówczas nad rzeczką Citkanda, w górach Udokan, na Zabajkalu. Z uroczyska Marmakit, przez Ołongdo, zbierał się do Jakucji.
Ojciec Korei utonął w Czarze. Tak jak brat Wladik. Brat Edik utonął w Kemenie, który wpada do Czary. Mama udławiła się wymiocinami w domu na brzegu Czary. W chwili śmierci wszyscy byli pijani i samotni. Nazywają go Korea, bo tata był Koreańczykiem, północnym. Przyjechał gdzieś w latach 70. ścinać tajgę na budowę BAM, zakochał się i został. Spłodził czwórkę dzieci, zapił i utonął. Czasem Korea chodzi w to miejsce wypić za nich wszystkich.