Trędowaty
Ostatnia miłość pewnego stalkera. Był piekielnie zazdrosny, imaginując sobie 50 twarzy kochanków powódki
Było to pierwsze zetknięcie ze sprawiedliwością Staszka z Katowic, tak podpisywał się, śląc do powódki miłosne pocztówki. 70 lat upłynęło mu bez skazy, choć (o czym później) jako kierowca tirów na trasach międzynarodowych transportował po Europie asortyment najwyższego ryzyka, w tym psychotropy.
Starszy pan pod krawatem włożonym w wełniany pulowerek uprzejmie prosi wysoki Sąd Rejonowy w Częstochowie o wzięcie pod uwagę faktu, iż powódka jest miłością jego życia. Tą pierwszą, młodzieńczą i ostateczną, która definitywnie ukształtowała w nim ideał kobiety. Niestety, przerwaną na pół wieku z powodu (o czym później) błahej scysji. Miłość ta – wysoki sądzie – wybuchła nagle podczas dożynek w Złotym Potoku, gdzie pojechał z wycieczką pracowniczą w 1966 r. Dramaturgia uczucia, które zawiodło go na salę rozpraw, była następująca.
Włosy na wietrze
Więc jest upalny sierpień w Złotym Potoku, w związku z czym on, wówczas 20-letni hutnik, mocno spragniony ustawia się w kolejce przy straganie. Akurat na scenie grają „Rudego rydza”, gdy prosi o oranżadę. Za polowym bufetem urządzonym w busie stoi zniewalająca urodą dziewczyna z grubym warkoczem do pasa. Popijając swój napój, obserwuje z boku, jak skrzynki z towarem dźwiga jedną ręką. Czerstwa, rumiana, od razu widać, że chowana na potrawach wiejskich. Odpyskująca hardo na zaczepki chłopców. On mówi wycieczce, że dziś do Katowic nie wraca. O zmierzchu już są na ty, pomaga jej zwinąć stoisko, a ona rewanżuje się adresem. Niech przyjedzie, jeśli będzie miał życzenie.
Przyjeżdża. Wówczas niespełna 18-letnia powódka uczęszcza jeszcze do technikum handlowego. Jej matka zawsze wita go wylewnie, stawiając na stół gotowane jajka od kur własnego chowu i prawdziwą śmietanę. Taki kawał drogi przebył, to musowo głodny.