Klasyki Polityki

Piszę na papierze w kratkę

Paul Auster Paul Auster Jacek Żakowski / Polityka
Autor okrzykniętej książki „4321” jego dziełem życia, o polityce i o tym, jak pracuje.

Rozmowa ukazała się w tygodniku POLITYKA w maju 2004 r.

Rozmowa z Paulem Austerem o Ameryce, sztuce pisarskiej, czytaniu gazet i paleniu papierosów.

Paul Auster: – O czym pan chce rozmawiać?

Jacek Żakowski: – Zacznijmy od Ameryki.
Ciężko mówić.

Czy pan się źle czuje?
Nigdy w życiu nie czułem się tak fatalnie jako Amerykanin. Irak jest gorszy niż Wietnam.

W Wietnamie były dziesiątki tysięcy zabitych, a w Iraku są setki.
Na razie!

To samo słyszałem od Henry’ego Kissingera: „Na razie jest ogromna różnica między Irakiem a Wietnamem”.
A w czym on widzi tę różnicę?

W natężeniu antywojennych protestów. Prezydent Johnson nie mógł się pokazać publicznie. Prezydenta Busha wciąż akceptuje większość Amerykanów.
Właśnie w tym sensie jest gorzej. Wtedy przynajmniej były masowe protesty. Dziś wielu Amerykanów akceptuje Busha. Uważają, że mamy prawo zaatakować, kogo nam się podoba. Ameryka traci przez to moralny autorytet. Jeżeli Bush znów wygra wybory, to będzie katastrofa.

W Amerykańskich mediach to nie jest popularna opinia.
Ale w wielu środowiskach jest bardzo popularna. Przez 30 lat nie widziałem Amerykanów tak bardzo oburzonych bieżącą polityką. Brooklyn i cały Nowy Jork to może nie jest typowe miejsce w Ameryce, ale tu coraz więcej osób całkiem poważnie mówi, że jeśli Bush znów wygra, to wyjadą z kraju.

Pan by zostawił ten swój piękny brookliński dom za 2 mln dol.?
Ja mimo wszystko poza Brooklynem nie wyobrażam sobie życia.

Czy to życie jest inne po 11 września?
Teraz jest prawie takie jak wcześniej. Życie toczy się dalej. Trzeba wstać, iść do pracy, wyprawić dzieci do szkoły, jeść, płacić czynsz. Zewnętrznie miasto wróciło do swojej starej formy.

Jak szybko?
Przez pierwsze pół roku był szok, smutek, żałoba. Wszyscy chodzili jakby w jakimś stuporze. Ja też nie mogłem pracować ani nawet myśleć. Mniej więcej do Bożego Narodzenia niczego nie robiłem. Ale na początku następnego roku znów zacząłem pisać... jak dawniej.

„Oracle Night”?
Tak. Miałem szczęście, bo poprzednią powieść, „Księgę złudzeń”, oddałem wydawcy krótko przed zamachem. Po 11 września pewnie bym jej nie skończył. Trudno by mi było pozbierać myśli i odtworzyć emocje.

Ale w książce, którą zaczął pan pisać parę miesięcy później, nie ma śladu 11 września?
Bo na powieść o 11 września jest jeszcze za wcześnie. Literaturę pisze się z dystansu. „Wojna i pokój” została napisana pół wieku po Napoleonie. Najlepsza amerykańska powieść o wojnie secesyjnej „The Red Badge of Courage” powstała 25 lat po wojnie.

Angielski krytyk napisał, że „Oracle Night” to metafora odradzania się Nowego Jorku. Pana bohater też wraca do życia i otrząsa się z traumy po katastrofalnej zapaści...
To absurd.

Może Freud?
Bzdura. Zacząłem pisać tę książkę wiele lat przed 11 września. Pisałem ją, zanim jeszcze zacząłem „Księgę złudzeń”.

Dlaczego nie wydał jej pan wcześniej?
Bo nie umiałem jej skończyć.

Dlaczego?
Nie dość ją rozumiałem. Zacząłem się plątać. Zniszczyłem kilka wersji. Miesiącami nie mogłem ruszyć z miejsca. Aż wreszcie się poddałem. Odłożyłem niedokończony rękopis i zabrałem się za „Księgę złudzeń”. Ale „Oracle Night” cały czas chodziła mi po głowie.

To ciekawe, bo pana bohater, pan Orr, też ma nasilający się kłopot z dokończeniem książki, która świetnie się zapowiadała. Pan zdaje się po prostu najpierw przeniósł na niego swoje narastające problemy, a potem go porzucił.
Było raczej na odwrót. To on mnie zaraził kryzysem. Pisanie przerwałem już po kryzysie Orra. Zdałem sobie sprawę, że zakończenie, które cały czas miałem w głowie, nie pasuje do książki. Musiałem to wszystko jeszcze raz przemyśleć.

I wymyślił pan finał z kompletnie innej bajki.
Ale robi wrażenie?

Sensacyjny finał kameralnej powieści musi robić wrażenie.
A jak się panu podobała reprodukcja strony z przedwojennego spisu warszawskich telefonów?

Dla mnie to był szok, bo przypadkiem znalazłem tam mojego pradziadka. A dla pana – rozumiem – to był ukłon w stronę żydowsko-polskich korzeni Austerów.
Dla mnie to też był szok! Mój wydawca Jan Michalski, właściciel Noir sur Blanc, dał mi ten spis dlatego, że jest w nim numer jakiegoś Austera. To nie był bliski krewny, ale od razu zrozumiałem, że taki gadget musi się znaleźć w mojej najbliższej książce.

Wróćmy do Ameryki. Czy w książce, którą pan teraz pisze, będą jakieś ślady tego, co się dzieje po 11 września?
To trudno przewidzieć. Mam jakieś 80 stron, ale nie wiem, jak się sprawy potoczą.

A jaka to będzie książka?
Chyba jakaś komedia.

To będzie całkiem nowe doświadczenie.
Bo ja wiem. Zawsze staram się pisać przeciw temu, co wcześniej napisałem, więc w jakimś sensie każda moja książka jest dla mnie nowym doświadczeniem. W każdej odkrywam siebie na nowo. Zawsze staram się od siebie uciekać. I zawsze kończąc książkę, mówię sobie: „To koniec! Już nic więcej nie będę w stanie napisać”.

A potem dzwoni agent...
Nie dzwoni, bo wie, że nie umiałbym napisać książki na zamówienie. Najpierw zjawiają się rozmaite pomysły.

A pan je notuje...
Przedtem długo się waham. Wydaje mi się, że nic nie potrafię napisać. Bo ja nie mam żadnego warsztatu. Są pisarze – na przykład mój ulubiony polski autor Ryszard Kapuściński – którzy podobno mają jakiś warsztat, metodę czy coś takiego. Ja nie mam metody. Każda książka to dla mnie eksperyment. Jakbym nigdy wcześniej niczego nie napisał. W tym sensie każda książka jest moją pierwszą książką.

Nie próbował pan nauczyć się warsztatu od innych pisarzy?
To chyba byłoby trudne.

Ale ma pan mistrza?
Moim mistrzem jest Szekspir. Trudno go naśladować. Ale można się od niego nauczyć jednego: że każdy pomysł, każda myśl nadaje się na książkę. Trzeba tylko znaleźć odpowiednią formę.

Budzi się pan w nocy z nowymi pomysłami?
To się czasem zdarza.

I biegnie pan do pracowni, żeby te myśli zapisać?
Raczej staram się je zapamiętać.

A zrywa się pan o 5 albo 6 rano, żeby napisać to, co wymyślił pan w nocy?
Nigdy się nie zrywam. Wstaję o 7 rano. Piję kawę, czytam „New York Timesa”. Muszę go przeczytać zanim usiądę do pracy. Czytam i od lat wściekam się coraz bardziej, że nie są już tak inteligentni jak kiedyś, ale nie mogę nie czytać. Pan też ma swój ulubiony dziennik?

Oczywiście.
I też się pan wścieka?

Codziennie.
Proszę! To jest signum temporis. Z kimkolwiek rozmawiam, każdy jest wściekły na swoją gazetę. Kiedyś każdy inteligentny człowiek miał swoją gazetę, z którą się utożsamiał. Teraz każdy inteligentny człowiek ma swoją gazetę, na którą się wścieka.

Długo się pan tak wścieka?
Jakieś pół godziny. Potem wściekły na „Timesa” idę do pracowni i siadam do pracy.

Czyli do pisania.
Bardzo bym chciał, żeby to tak wyglądało. Przeważnie nic nie robię, tylko siedzę i myślę.

Chodzi pan z kata w kąt, z pokoju do pokoju...
Nie, bo nie pracuję w domu. Mam wynajęte studio w naszej okolicy. Tam nikt mi nie przeszkadza. Nikt nawet nie zna numeru telefonu. Siedzę tam w kompletnej samotności i ciszy.

Jak długo?
Zależy, jak mi idzie. Czasem do 2, a czasem do 6.

Nie jest pan niewolnikiem pisania?
W jakimś sensie jestem. Codziennie staram się napisać chociaż jedną kartkę.

Czyli 30 wierszy po 60 znaków? 1800 liter od 8 rano do 6 wieczorem?
Chyba coś takiego. Taki cel sobie stawiam. Ale to się nie zawsze udaje. Czasem wyjdą mi nawet dwie kartki. A czasem tylko zdanie. Albo dwa, trzy zdania.

To co pan naprawdę robi od rana do wieczora, kiedy pan pisze dwa-trzy zdania dziennie?
Piszę, piszę, piszę... i wszystko wyrzucam. Piszę, a potem niszczę. Wyrywam kartki z notesu. Gniotę. Ciskam do kosza albo na podłogę...

...a potem je pan wyciąga, prostuje, szuka pan jakiegoś odrzuconego zdania, które jednak mogłoby się przydać?
Czasem i tak bywa. Ale częściej to są zdania śmiecie, które rzeczywiście mi się nie przydają. Kiedy człowiek szuka – tak jak ja – trochę na oślep, raczej czując, niż wiedząc, jaki ma być rezultat, to musi się mylić. Ale czasem – tak było choćby dzisiaj – wyjdą dwie i pół kartki. To jest dzień triumfu.

W takie dni daje pan sobie jakieś prywatne nagrody?
Dziś zjadłem lunch z żoną i przed pana przyjściem napiłem się wina.

Nie boi się pan teraz, że jutro rano pójdzie pan do pracowni, przeczyta te dwie i pół kartki, a potem pan to wszystko wyrzuci?
To się często zdarza. Ale dziś mam pewność, że to, co napisałem, jest ważne dla książki. I nawet jeżeli będę musiał jeszcze raz to napisać, to jutro posunę się dalej.

O 1800 znaków?
Może o 1200... Nigdy nie piszę w gorączce. Nie mam twórczych szałów. Jestem powolny, ostrożny, nieufny. I muszę być przekonany, że tekst się nadaje, zanim go przepiszę na maszynie.

Najpierw pisze pan ręcznie?
Zawsze piszę ręcznie. Najpierw próbuję ołówkiem. Bo można wycierać. Kiedy czuję się pewniej, sięgam po długopis. Dopiero kiedy mam gotowy kompletny akapit, piszę go na maszynie. Potem zaczynam na kartkach budować kolejny akapit. Kiedy się już nadaje, znów siadam do maszyny... I tak to się klei, aż powstaje książka.

Ma pan plan książki, kiedy zaczyna pan pisać?
Mam jakieś przeczucie, ogólne wyobrażenie. Słyszę melodię książki. To później pozwala wyczuć, co się nie udało.

A akcja, bohaterowie...?
Od początku mam dość ogólne wyobrażenie. Ale ono się zmienia. Pojawiają się nowe pomysły i nowi bohaterowie. Niektóre postaci po prostu się nie sprawdzają. Przestaję je lubić, przestaję im wierzyć. Ich miejsce zajmują inni, którzy stają się ważni. Przynajmniej dla mnie są ważni. Czasem w jakimś sensie przejmują kontrolę nad książką. Czytał pan „Mr. Vertigo”?

On się urodził w trakcie?
Tytułowych postaci na szczęście to nie dotyczy. Ale pamięta pan panią Witherspoon? To jest kluczowa osoba. A miało jej tam nie być. Pojawiła się nieoczekiwanie i siłą rzeczy zaczęła się stawać coraz ważniejszą postacią. Aż stała się bardzo ważna. Nigdy nie wiadomo, co będzie na końcu, kiedy się zaczyna tworzyć jakąś historię.

„Oracle Night” – pana najnowsza powieść – jest zorganizowana wokół pisarskiego fetyszu głównego bohatera – uzależniających niebieskich portugalskich notesów. Pan ma takie fetysze?
Zawsze piszę w notesach. Nigdy na luźnych kartkach.

W portugalskich notesach?
Głównie we francuskich. Kupuję ich całe paczki, jak jestem we Francji, a kiedy się kończą, to proszę przyjaciół, żeby przysłali nowe. I zawsze piszę na papierze w kratkę. Na liniach się gubię.

Więc siedzi pan w pracowni, pisze pan w notesie, potem wyrywa pan kartki, czasem coś pan wystuka na maszynie i co pan jeszcze robi przez te 6 albo 8 godzin?
Palę cygaretki. Od lat takie same. Po kilka paczek dziennie. Te, które były w „Dymie”. Zamieniam ołówek na długopis. Długopis na maszynę. Poprawiam, przepisuję, zmieniam przepisując i znowu poprawiam...

A potem biegnie pan do żony: „Kochanie, zobacz, co dziś napisałem”?
Jednej czy dwóch kartek nie ma sensu czytać. Mniej więcej raz na miesiąc czytam żonie rękopis.

I oczekuje pan uwag?
Domagam się uwag.

Zmienia pan pod ich wpływem rękopis?
Zmieniam prawie zawsze. Czasem się różnimy w sprawie jakiegoś słowa albo jednego zdania, ale ile razy Siri uważa, że coś w książce siada, wierzę, że ma rację. Czasem, kiedy Siri coś się nie podoba, wyrzucam całe gotowe rozdziały. Autor musi mieć przynajmniej jednego czytelnika, któremu naprawdę ufa. Sobie trudno zaufać na sto procent.

A redaktorom pan ufa?
Może kilka razy zdarzyło się, że przyjąłem uwagę redaktora. Bo kiedy zanoszę książkę do wydawcy, uważam, że jest taka, jaką chciałem napisać.

Tytułu też pan nigdy nie zmienił pod wpływem wydawcy?
Tytuł to jest najważniejsza sprawa. Od tytułu przeważnie zaczyna się pisanie. Potem wszystko kręci się wokół niego. Raz mi się tylko zdarzyło, że w połowie pisania zmieniłem tytuł książki.

Której książki?
„The Music of Chance”.

A jak się miała nazywać?
Tego panu nie powiem. Bo zmiana tytułu może zmienić sens książki.

Skoro to takie ważne, nie przeszkadza panu, że w różnych krajach pana książki mają rozmaite tytuły?
Przeważnie i tak ich nie rozumiem. Muszę ufać wydawcom i tłumaczom.

Nie boi się pan, że źle przetłumaczony tytuł zniechęci czytelników?
Pana zdaniem tytuł jest głównie po to, żeby czytelników zachęcić?

Nie jest?
A wie pan, co ludzi zachęca?

Ogólnie to chyba wiadomo.
Coś ogólnie wiadomo. Ale ja nie wyobrażam sobie pisania z myślą o tym, żeby przyciągnąć ludzi.

To z myślą o czym pan pisze?
Z myślą o książce. Gdy piszę, chcę tylko jednego: napisać dobrą książkę. O niczym innym nie myślę. Nigdy pan nie wie, dlaczego ludzie reagują na książkę tak, jak reagują. Nigdy pan do końca nie zrozumie, dlaczego jedna pana książka się ludziom podoba, a inna nie. To zawsze można na różne sposoby tłumaczyć, ale nigdy pan nie wie, ile jest prawdy w takich tłumaczeniach. Więc nie warto sobie tym zawracać głowy.

Ale chce pan być czytany, chwalony, kupowany?
Pewnie! Każdy autor jest żądny sukcesu, poczytności i pochwał. Ale jeżeli pisząc będę o tym myślał, to nic dobrego z tego nie wyniknie.

Siadając do pisania musi pan mieć w głowie to, co o poprzednich książkach mówili panu czytelnicy.
Mam żelazną zasadę, że podczas spotkań autorskich nie godzę się rozmawiać z czytelnikami.

Na pytania też pan nie odpowiada?
Na pytania zwłaszcza.

To co pan robi na takich spotkaniach?
Czytam jakiś fragment, dziękuję, żegnam się i od razu wychodzę. Jak się pozwoli na zadawanie pytań, to ludzie wygadują takie zwariowane rzeczy, że człowiek nie wie, co ze sobą zrobić. Kiedyś w Niemczech zapomniałem zastrzec na początku, że nie będzie pytań. Kończę czytać i od razu widzę las rąk wyciągniętych do góry. Pomyślałem – „trudno, moja wina”. I natychmiast zostałem wzorowo ukarany. Bo wstał starszy jegomość i krzyczy: „Dlaczego pan napisał tę książkę?”. Coś zacząłem tłumaczyć, a on mi przerywa: „Czy oni panu kazali?”. Mówię, że nikt mi nie kazał. A on: „Bo moim zdaniem to jest najgorsza rzecz, którą pan w życiu napisał!”. Co można odpowiedzieć?

A co pan odpowiedział?
Podziękowałem i grzecznie się pożegnałem. Więcej nie zrobię takiego błędu. Bo pisanie książek, relacja między autorem i książką, między książką i czytelnikiem, warsztat pisarski, emocje czytelnika – to są sprawy intymne. A o intymnych sprawach trudno jest rozmawiać nawet w cztery oczy. To jest krępujące.

Czuł się pan skrępowany, kiedy pytałem, co pan robi w pracowni?
Pracownia to jednak nie sypialnia. Ale wolałbym rozmawiać o Ameryce. Dużo smutnych rzeczy mam do powiedzenia na temat Ameryki.

Coś zdąży pan dorzucić.
George Bush musi odejść!

Czytaj także: Paul Auster najbardziej kultowym amerykańskim pisarzem w Polsce

Reklama

Czytaj także

null
Kraj

Kaczyński się pozbierał, złapał cugle, zagrożenie nie minęło. Czy PiS jeszcze wróci do władzy?

Mamy już niezagrożoną demokrację, ze zwyczajowymi sporami i krytyką władzy, czy nadal obowiązuje stan nadzwyczajny? Trwa właśnie, zwłaszcza w mediach społecznościowych, debata na ten temat, a wynik wyborów samorządowych stał się ważnym argumentem.

Mariusz Janicki
09.04.2024
Reklama