Klasyki Polityki

Główna wygrana

We wsi Michałowo padła szóstka w lotto. Nikt się nie zgłosił

Sprzedawczyni Marta Sokołowska, jedna z dwóch, które mogły sprzedać szóstkowy kupon. Sprzedawczyni Marta Sokołowska, jedna z dwóch, które mogły sprzedać szóstkowy kupon. Stanisław Ciok / Polityka
– U nas wielkiego poszukiwania tej osoby nie było – powiada z lekkim zaśpiewem wójt Marek Nazarko.
MichałowoStanisław Ciok/Polityka Michałowo

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA we wrześniu 2007 r.

W sumie jednak wójt Nazarko cieszy się z tego całego zamieszania, bo gmina zyskała darmową promocję. – Co prawda, prasa i telewizja jest jak teściowa, bo nigdy twojej strony nie weźmie, ale zawsze – śmieje się wójt. A jest co pokazywać, chociażby gminną służbę zdrowia, która jest ewenementem w skali kraju; trzy ośrodki, dwie filie i gabinet rehabilitacyjny. Na turystów czeka zalew Siemianówka wielkości Wigier, na którym organizowane są coroczne regaty żeglarskie o puchar Polskich Jachtów Kabinowych. Nad wodą zagnieździły się tam aż 164 gatunki ptaków, najliczniej mewa śmieszka, a z kaczek czernica i krzyżówka. Inne atrakcje to rezerwat przyrody Gorbacz, Puszcza Knyszyńska oraz fragment Obszaru Chronionego Krajobrazu Doliny Górnej Narwi. – Woda, lasy pełne jagód i grzybów, cisza, spokój, czyste powietrze, życzliwi, gościnni ludzie – wylicza wójt i pyta: – Czegóż więcej miejskiemu człowiekowi szukać?

Najdroższy śmieć świata

A z tym kuponem totalizatora to było tak. Właśnie odbywały się regaty na Siemianówce i przez Michałowo przejeżdżały tysiące żeglarzy i turystów. W markecie WiM, przy pryncypialnej ul. Białostockiej, aż roiło się od przejezdnych. Karton piwa, konserwy, chleb. – Na monopolowym, gdzie jest lottomat, ktoś musiał przy okazji wziąć i kupon za osiem złotych– przypuszcza Mikołaj Greś, redaktor naczelny tutejszego miesięcznika „Gazeta Michałowa i okolic” i kierownik biblioteki gminnej. – Schował, zapomniał, może wyrzucił, i teraz to jest najdroższy śmieć świata.

Marta Sokołowska, sprzedawczyni z WiM, jedna z dwóch, które mogły sprzedać szóstkowy kupon: – Następnego dnia po losowaniu do kierownika zadzwonił dyrektor oddziału totalizatora z Białegostoku i mówi: to u was padła główna nagroda. 7 311 274,80 zł na numery 4, 16, 33, 40, 45, 47. Zaraz też zjechały się telewizje, radia i nagłośniły. Ale przez 60 dni, do 4 września, nikt się nie zgłosił po wygraną. O 60 dniach mówi regulamin totalizatora, ale ustawa o grach losowych umożliwia odebranie wygranej w ciągu 6 miesięcy. Co roku Totalizator Sportowy przekazuje Skarbowi Państwa 30–35 mln zł (1,5 proc. obrotu) nieodebranych wygranych. Są to najniższe trafienia, trójki, czasem czwórki. Jednak nigdy dotąd nie zdarzyło się, żeby nie odebrano najwyższej wygranej: po odjęciu 10 proc. podatku – ponad 6,5 mln zł netto.

W połowie lipca, gdy nikt się nie zgłaszał, owe 6,5 mln zł uruchomiło wyobraźnię miejscowej społeczności. Zbieracze puszek i butelek zaczęli przetrząsać kosze na śmieci. A nuż ten ktoś upił się i wyrzucił los? Puszki zbiera i pani Maria, schludnie ubrana 80-letnia emerytka: – Zbieram i nie zbieram – powiada zagadkowo. – Ze względu na nogi lekarz nakazał, żeby dużo chodzić. To chodzę. A żeby nie bez przyczyny, to puszki zbieram.Tu chyba nie o nogi chodzi – zastanawia się redaktor Greś.

W Michałowie spekulowano, że wygrać mógł też i ktoś miejscowy, ale nie przyznaje się: – Wie Mikołaj, jakie ten człowiek miałby kłopoty, gdyby się przyznał? – zapytała mnie teściowa – wspomina red. Greś. – Toż rodzina, znajomi, a nawet obcy zamęczyliby go prośbami o darowiznę, pożyczkę, wyłożenie pieniędzy na jakiś cudowny interes.

Redaktor Greś osobiście nie miałby takich problemów. Gdyby – podkreśla: gdyby – wygrał, to na konta trzem synom po milionie. Trzy wycieczki: do Nowej Zelandii i Australii, druga na chiński mur, trzecia – przejechać koleją transsyberyjską całą Rosję. – I po pieniądzach – kwituje. – Gdyby wygrała, ale przecież nie wygrała, bo nawet nie gra – zastanawia się 76-letnia pani Natalia, która dostaje 786 zł emerytury – toby podówczas dach opłaciła zreperować, bo przecieka. Potem piec naftowy na zimę by kupiła i nafty dużo. Firanki nowe... A pozostałość na książeczkę by wpłaciła, żeby po trochu na życie dobierać.

Maria Ancipiuk, która przy ul. Ogrodowej prowadzi jeden z dwóch michałowickich punktów skupu grzybów i runa leśnego: – Wygrać tyle pieniędzy to nieszczęście. Znajomi, małżeństwo, wygrali i oboje nie żyją. Dom kupili, dwa samochody i motor. Jechali tym motorem w Białymstoku i bach, wypadek, zabili się. Druga rodzina kupiła mieszkanie, samochód, a później nie mieli na czynsz i opłaty.

Mimo że pani Ancipiuk twierdzi, że tyle pieniędzy to nieszczęście, sama gra: – Gdybym wygrała, to nikomu bym nie powiedziała, ale zaczęłabym chodzić na grzyby. Przez mój punkt przechodzi dziennie, z hurtem z ruchomych skupów, czasem i kilka ton grzybów. Ale samej znaleźć dorodnego, zdrowego prawdziwka, którego chciałoby się aż ucałować, to co innego. Ostatnio syn pani Ancipiuk kupił Toyotę za 90 tys. zł. Ta wygrana, pomyślała, to byłoby 80 takich aut: – Gdybym wygrała, to kazałabym położyć te pieniądze na palecie, żebym mogła zobaczyć, ile to jest.

Bezpartyjnemu nie dać

Jeśli nikt nie zgłosi się po wygraną – postuluje Mikołaj Greś – to proponuję, aby chociaż połowę tej sumy totalizator przeznaczył na gminę. Na przykład na budowę krytej pływalni.

Wójt Nazarko planuje budowę międzygminnego centrum sportu i rekreacji z basenem właśnie: – My, gmina, damy 6 mln, województwo 22 i będzie centrum. Jednak takie wyliczenia najczęściej się nie sprawdzają. Nazarko jest bezpartyjny, a takiemu w województwie nikt nic nie da. Pięć lat temu Nazarko trafił do gabinetu wójta zza ściany. Dosłownie, bo urząd gminy i komisariat policji (obecny wójt był dzielnicowym) mieszczą się w tym samym budynku. Konstrukcja z lat 60.: barak z trzciny wzmocnionej gliną i obrzucony wapnem.

Dzielnicowy założył komitet wyborczy Mała Ojczyzna i wygrał. W 2006 r. – po raz pierwszy w gminie – wybrano go na drugą kadencję. Ludzie widzieli, że za jego rządów wybudowano i wyremontowano 36 km gminnych dróg, 7 km ulic, założono 70 km wodociągów, wyremontowano ośrodki zdrowia i ich filie. Nie tylko wójt, ale i 15 gminnych radnych nie należy do żadnej partii.

Kiedy więc półtora roku temu gmina zaproponowała dofinansowanie – chociaż to szosa wojewódzka – remontu drogi nr 686 w wysokości 50 proc., urząd marszałkowski odmówił. „Nie widzę możliwości realizacji omawianego wniosku – odpisał wicemarszałek – niezależnie od deklarowanej partycypacji w kosztach (...) do 2015 r.”. Tymczasem droga – prowadzi do granicy z Białorusią w Jałówce, nad zalew Siemianówka, do przepompowni i tłoczni gazu w Kondratkach, kopalni torfu Wokas i do Białowieży – sypie się. – Tutaj nie uprawia się polityki – twierdzi dr Jerzy Dzieniszewski, szef gminnej służby zdrowia, który 12 lat był radnym – podziałów praktycznie nie ma, po wyborach wszyscy razem działają. To tutejsza tradycja tolerancji i współpracy.

Wieś czterech wyznań

Tolerancji uczą się michałowianie już przez prawie dwa stulecia. Na początku XIX w. wieś stała się własnością Seweryna Małachowskiego, który założył tu kolonię dla fabrykantów niemieckich zajmujących się włókiennictwem. Michałowo szybko stało się osadą wielonarodowościową. W 1890 r. liczyło ponad 3 tys. mieszkańców (prawie tyle co obecnie), w tym ponad 1 tys. Niemców, 980 Żydów, 654 Białorusinów i 376 Polaków. W wyniku I wojny światowej przestało istnieć 36 spośród 46 zakładów włókienniczych, gdy większość niemieckich fabrykantów, majstrów i robotników wyjechała do Niemiec.

Między wojnami władze popierały polskie osadnictwo i udzielały chętnym do zamieszkania tutaj tzw. zerowych kredytów. Przed wybuchem II wojny światowej mieszkało tu po 30 proc. Polaków, Białorusinów i Żydów oraz 10 proc. Niemców. Były dwie bożnice żydowskie, kościoły katolicki i prawosławny oraz kircha ewangelicka. 10 fabryk należało do ewangelików i żydów (po pięć). Krochmalnia, gorzelnia i browar do niemieckiej baronowej Olgi von Ramm, katoliczki. Dzieci pobierały nauki w dwóch szkołach powszechnych oraz ewangelickiej i żydowskiej. W Michałowie było pięć koszernych jatek. Restaurację i jadłodajnię prowadzili katolicy, herbaciarnię, cukiernię i piwiarnię – żydzi. Handlem w większości zajmowali się żydzi, rzemiosłem – katolicy i prawosławni. Spółkę autobusową prowadził Miller, ewangelik, terpentyniarnię żyd Szelepski, który był też „prezenterem wyrobów włókienniczych”. Niejaki Szach, prawosławny, był dyrygentem orkiestry, która często grywała w należącej do Mosze Łaźnika sali tanecznej przy ul. Żwirki i Wigury. Dr Cukierman przyjmował pacjentów raz w tygodniu, dr Szaran codziennie. Felczer Rogaczewski, prawosławny, rwał zęby.

W 1939 r. Rosjanie po napaści na Polskę wywieźli Niemców, a wszystkie fabryki i sklepy upaństwowili. W 1941 r., gdy do Michałowa wkroczyli Niemcy, wywieźli Żydów. W lipcu 1944 r., tuż przed kolejnym wkroczeniem Armii Radzieckiej, Niemcy uciekając spalili wszystkie fabryki.

Dzisiaj w Michałowie mieszka zgodnie po czterdzieści parę procent katolików i prawosławnych. – Reszta, 5–10 proc., to rodziny mieszane, można powiedzieć ekumeniczne – powiada red. Greś. Ksiądz Jan Jaroszuk, od 24 lat proboszcz cerkwi pod wezwaniem św. Mikołaja Cudotwórcy, remontuje świątynię przed setną rocznicą jej konsekracji, która będzie obchodzona w 2008 r. Cerkiew to zabytek, więc remont jest kosztowny. – Zaapelowałem do naszych wiernych, że jeśli to któryś z nich wygrał te siedem milionów, niech wspomoże remont – śmieje się proboszcz Jaroszuk. Podobnie zwrócił się do wiernych ks. katolicki Ryszard Paszkiewicz, który 7 lat pracował w Chile i Argentynie i przywiózł stamtąd „Pamiętnik polskiego misjonarza” – książkę, którą właśnie wydał. – Z batiuszką Janem przyjaźnimy się – mówi – odwiedzamy w imieniny czy święta.

Cmentarze prawosławny i katolicki dzielił kiedyś mur. Ks. Jaroszuk wskazał miejsce i powstała brama łącząca cmentarze. Teraz nie trzeba chodzić dookoła. Wigilia jest w kościele prawosławnym 13 dni później niż w katolickim. – W sklepie, na posterunku, w urzędzie służby się wymieniają, jest wzajemna życzliwość, żeby każdy mógł uczcić swoje święto – powiada ks. Paszkiewicz.

W Białym Domku

Może dlatego dla nikogo w Michałowie nie było żadnym zaskoczeniem to, że w lipcu w kościele wzięli ślub Sylwester Konończuk i Clarisa Garcia Cares z São Paulo, Brazylijka. On, podobnie jak setka młodych michałowiczan, pojechał za chlebem do Londynu i tam poznał Clarisę, przywiózł ją do Michałowa i tu poślubił. Ks. Paszkiewicz udzielał ślubu w dwóch językach – po polsku i hiszpańsku, bo Brazylijczycy, mimo że mówią po portugalsku, rozumieją hiszpański. Drugiego ślubu mającego swoje korzenie w Londynie ks. Paszkiewicz udzielił pani Karolinie Konończuk i obywatelowi Afryki Południowej, z pochodzenia Holendrowi, panu Johannesowi Sheepersowi. Po miesiącu miodowym w Michałowie obie pary wróciły do Londynu. Nie dziwi też, gdy ksiądz prawosławny bierze za żonę katoliczkę, ani to, że jeden z mieszkańców był w Tajlandii i przywiózł stamtąd piękną Birmankę.

Ljubow nie kartoszka, przez okno nie wyrzucisz – powiada ks. Paszkiewicz. Nikogo też nie dziwią wyniki kolejnych wyborów. W ostatnich, w 2005 r. do Sejmu, wynik był taki: SDPL – 25 proc., SLD – 18 proc., PiS – 14,5 proc., Samoobrona – 10 proc.

W prezydenckich jednak wygrał Andrzej Lepper przed Donaldem Tuskiem, Lechem Kaczyńskim i szefem SDPL Markiem Borowskim. W wyborach do Senatu z kolei Krzysztof Putra z PiS (27 proc. głosów). – W prezydenckich wygrałby jak nic Włodzimierz Cimoszewicz. Gdyby go nie upodlili i gdyby się nie wycofał, dostałby 70–80 proc. głosów – ocenia redaktor Greś.

Frekwencja wyborcza 31,5 proc. Kiedy jednak wybierano wójta, do urn przyszło ponad 60 proc. – Ci na górze są za bardzo oddaleni. Tych na dole ludzie znają i wierzą im albo nie – powiada wójt Nazarko.

W ogrodzie, obok sklepu monopolowo-spożywczego Biały Domek, na firmowej ławie pod firmowym parasolem lokalnego producenta piwa siedzą przy butelkach mężczyźni i deliberują. Nazwa sklepu nawiązuje do znanego na całym świecie Białego Domu w Waszyngtonie, a wymyślił ją, z uznaniem proporcji, pan Jacek, właściciel – jak mówi – zakochany w demokracji amerykańskiej. – Potrafi wymienić po kolei wszystkich prezydentów USA – zapewnia redaktor Greś.

Mężczyźni deliberują na temat możliwej plajty miejscowej stacji benzynowej. Do granicy dwa kroki, więc renciści, emeryci, a także uczniowie jeżdżą na Białoruś. Najczęściej VW Passatami, bo mają prawie stulitrowe zbiorniki paliwa. Jadą na oparach. Tam tankują olej napędowy, dodatkowo – legalnie – 20-litrowy kanister, kupują wagon (karton) papierosów, butlę wódki i wracają. Zarobek za kurs na czysto – 120 zł. – No i dlatego od dawna żaden rolnik nie kupił oleju napędowego i ona plajtuje – objaśnia wąsaty mężczyzna.

Bezrobocie niby 7 proc., ale kiedy właściciel Dżerepolu dał ogłoszenie, że zatrudni krawcowe do obszywania koców, nikt się nie zgłosił. Właściciel firmy Aurea szyjącej stroje kąpielowe już nie bawił się w ogłoszenia, zatrudnił szwaczki z Bułgarii. Przyjęły się i tylko patrzeć, jak ks. Paszkowski albo batiuszka Jaroszuk udzielą kolejnego międzynarodowego ślubu.

W tym roku, po raz pierwszy od kilkunastu lat, drgnęło w sprawie demografii. W czerwcu w szkole podstawowej naukę skończyło 189 dzieci, we wrześniu rozpoczęło rok szkolny 191 pierwszoklasistów. – Istnieje możliwość poprawy – ocenia wąsaty mężczyzna sączący Żubra. – Tylko żeby jeszcze nie czuło się tej nerwowości.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

null
Wydania specjalne

Czego uczy nas pokolenie „zetek”

Łączą nas podobne potrzeby, wystarczy jedynie się wzajemnie wysłuchać – postuluje prof. Tomasz Sobierajski.

Grażyna Morek
09.02.2024
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną