Klasyki Polityki

No i nic

No i co? – No i nic, jak śpiewa wspaniały Kuba Sienkiewicz.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 11 kwietnia 2009 r.

Funkcjonuje w Polsce najbardziej bodaj hipokryzyjne powiedzenie, że o zmarłych nie mówi się źle. Jest ono wprawdzie złagodzeniem łacińskiego (a przez Rzymian przypisywanego Solonowi z Aten) de mortuis nil nisi bene, ale równie pozbawione sensu. Gdyby tak rzeczywiście miało być, historycy nie mogliby już nic napisać, a dzieje zmieniłyby się w letnie i słodkie kluchy.

Zaznaczam to, gdyż dowiedziałem się z „Przeglądu” o śmierci prof. Pawła Wieczorkiewicza. Pomimo to jego przykładu nie pominę. Ów ulubieniec prawicowych programów telewizji państwowej (czy są tam zresztą inne?) głosił dosyć horrendalną i zaiste trudną do obrony tezę, iż gdyby Polska przymierzyła się w swoim czasie z Hitlerem i razem z Niemcami uderzyła na Związek Radziecki, byłby dzisiaj ład, czystość i porządek w całym szczęśliwym kraju. Sympatie swoje ujawnił dobitnie w posłowiu do cynicznych, przepełnionych rasizmem i nienawiścią wspomnień belgijskiego zdrajcy, skazanego przez swoich rodaków na karę śmierci in absentia, generała SS Leona Degrelle.

„Jest to książka niezwykła – zachwycał się Wieczorkiewicz – niezwykłym człowiekiem był także jej autor. (...) Jest to spowiedź ideowca, który z niczego się nie tłumaczy i nie poczuwa się do ekspiacji za swoje uczynki, a jeżeli czegoś żałuje, to jedynie klęski sprawy, o którą walczył. (...) Na zderzeniu dwóch postaw – zaangażowanego uczestnika i beznamiętnego obserwatora-portrecisty – polega wielkość tej książki, która zostałaby z pewnością obsypana najwyższymi literackimi trofeami z należną jej literacką Nagrodą Nobla, gdyby tylko posiadała słuszne konotacje ideowe. Świat jednak, dążąc od lat pod amerykańskim przewodem do politycznej poprawności, zawsze był po stronie zwycięskich batalionów...”.

Wynika z tego najzupełniej jasno, że potępienie hitleryzmu to tylko wynik narzuconej „poprawności politycznej”, którego to terminu używał Wieczorkiewicz, oczywiście w sensie skrajnie pejoratywnym. Pisałem już o tym w „Polityce” sześć lat temu, zapytując, co na to władze Uniwersytetu Warszawskiego? Nożyce się nie odezwały. No i co? – No i nic, jak śpiewa wspaniały Kuba Sienkiewicz.

Jeździ po Rzeczpospolitej z pogadankami wygłaszanymi najczęściej w kościołach i salkach parafialnych profesor (a jakże!) homonim promotora pracy Zyzaka (Andrzeja Nowaka) – J.R. Nowak. Naucza wytrwale, że katolicki nasz naród jest ofiarą żydowskiego spisku, który wszelkie zło i kryzysy powoduje. Żydostwo w jego profesorskiej wersji maluje się w tak czarnych kolorach, że zaiste sam Julius Streicher pewnie dużo więcej by nie wymyślił. Sygnalizowali to już publicyści i dziennikarze z wielu pism, nawet niekoniecznie lewicowych lub pozostających pod złowrogim wpływem Adama Michnika. No i co? – Zapytajcie o odpowiedź Kubę Sienkiewicza.

Chciałbym, żeby wszystko było jasne. Cytowane przykłady (pracę mgr. Zyzaka o Wałęsie dodając) są trzema z wielu. Wszystkie ocierają się o kodeks karny. Od pomówień, poprzez pochwałę faszyzmu, po sianie nienawiści rasowej. Nie wnoszę jednak w żadnym przypadku o odwoływanie się do sądów, których kompetencje w tych dziedzinach wydają mi się zresztą niepewne. Granice „naukowości” są bowiem kruche, śliskie i zawsze będą przedmiotem dyskusji. Z kolei wolność badań naukowych jest wielką, obiektywną wartością, bez której rozwój myśli ludzkiej będzie okaleczony i ostatecznie zdeprawowany. Naukowiec ma prawo wysuwać najbardziej nieoczekiwane, a nawet karkołomne hipotezy. Ma też prawo się mylić, wygłupić się, sprzeciwić wszystkim uznanym dotąd tezom. Jednocześnie jednak musi opierać się na udokumentowanych i zweryfikowanych faktach, sprawdzalnych intersubiektywnie, czyli potwierdzonych nie tylko przez widzimisię autora.

Tak zwany negacjonizm, czyli teza, iż nie było obozów zagłady, a w nich pieców krematoryjnych, i co z tego wynika – Holocaustu, jest odrzucona i potępiona, gdyż zaprzecza niepodważalnym faktom. Nie tylko jednak z tego powodu. Negacjoniści odrzucają bowiem oczywistość nie dla piękna hipotezy, ale w ściśle określonym ideologicznym celu. Naukowiec może być zaangażowany ideowo i, nie ma rady, znajdzie to odbicie w jego pracach. To też jest dopuszczalne. Pytanie tylko, o jaką ideologię chodzi. Tutaj właśnie przebiega wcale nie taka cieniutka czerwona linia. Wychwalanie np. zbrodniarza wojennego „niezwykłego człowieka” Leona Degrelle jest już po drugiej stronie tej linii.

Tym zgrzeszył Paweł Wieczorkiewicz. Zyzak czy Nowak komiwojażer sprzeniewierzyli się z kolei zasadzie intersubiektywnej analizy faktów, o ile w ich przypadku do faktów jest w ogóle jakiekolwiek odniesienie. Mogą się, oczywiście, powoływać na przykład IPN, który beztrosko i wbrew wszelkim zasadom warsztatu naukowego przyjmuje, iż esbek zapisał causa finita. Zły to jednak i złowieszczy wzorzec.

Powtarzam: mimo paragrafów, żaden tu użytek z sądów. Wydawałoby się, że istnieć powinno coś takiego jak środowisko, jak korporacyjny honor wszystkich dbających o imię swojej Alma Mater. Czy nadal rację będzie miał Kuba Sienkiewicz, czy może wreszcie nikt na Uniwersytecie Jagiellońskim nie pójdzie z promotorem Zyzaka na piwo.

Polityka 15.2009 (2700) z dnia 11.04.2009; Stomma; s. 129
Reklama

Czytaj także

Kraj

Brunatne Podhale: Fajne chopaki, ideologiczne i narodowościowe

„Mundury – co tam. Schludnie ubrani. Po Chochołowskiej chodzą? A gdzie mają chodzić? Co do tych Żydów, to raczej niepotrzebnie na nich krzyczą. On osobiście raczej by nie krzyczał. Ale Żydzi są przebiegli, mają pieniądze, rządzą na świecie. Tak było, jest i będzie”.

Przemysław Witkowski
24.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną