Klasyki Polityki

Powrót monstrum

Dzieciństwo w domu alkoholika, co z dorosłością?

Dzieciństwo w domu alkoholika to życie na wulkanie. Dzieciństwo w domu alkoholika to życie na wulkanie. Pixabay
Dzieciństwo w domu alkoholika to życie na wulkanie.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w lutym 2004 r.

Stan ciągłego zagrożenia, napięcia, niepewności. I to w okresie, gdy kształtuje się tożsamość, podstawy więzi uczuciowych. Może skaleczyć na zawsze, sprawić, że człowiek nie radzi sobie później ze światem, z innymi, ze sobą. Psychologia nazywa to syndromem Dorosłego Dziecka Alkoholika – DDA.

Do Radka przeszłość wróciła, gdy był koło trzydziestki. Do tej pory wszystko wydawało się być w porządku – spokojny, silny i opanowany pracownik służb specjalnych.

Miał tyko kłopot z nawiązywaniem kontaktów z kobietami, a uznał, że to już czas najwyższy na poważny związek. Przyszłą żonę poznał przez ogłoszenie matrymonialne. Jednak zanim zdecydował się na ślub, miotał się przez 5 lat: czy to na pewno ta. Mało brakowało, a uciekłby sprzed ołtarza. Gdy żona zaszła w ciążę, poczuł się jak w potrzasku. Wtedy zaczęło się na dobre: bezsenność, myśli samobójcze, stany lękowe zagłuszane alkoholem. Postanowił szukać pomocy, ale do psychiatry w poliklinice bał się pójść, gdyby któryś z kolegów zobaczył go pod gabinetem, mogłoby się skończyć zwolnieniem ze służby.

Poszedł prywatnie. Pierwsze pytanie lekarza brzmiało: czy w domu był alkohol? Był, ojciec jest alkoholikiem, ale co to ma do rzeczy – odpowiedział. Wyszedł z receptą na leki antydepresyjne i skierowaniem na psychoterapię. Psychoterapię odpuścił, myślał, że to jakoś samo przejdzie, ale nie przeszło. Było jeszcze gorzej. Idąc ulicą zobaczył tabliczkę z napisem: psycholog kliniczny. Postanowił spróbować jeszcze raz. Terapeutka postawiła diagnozę: syndrom DDA. Dała literaturę do czytania i ostrzegła, że w trakcie terapii wyjdą lęki z dzieciństwa.

– Jakie, kurde, lęki, pomyślałem. Przecież tu nie chodzi o ojca, ale o żonę i dziecko – wspomina. Czytał o alkoholizmie, o mechanizmach uzależnienia. Brzmiało sucho i ogólnikowo. Dopiero przy pamiętnikach dzieci alkoholików przyszło olśnienie: przecież to ja, ja czuję to samo. Wtedy wszystko wróciło: wspomnienia, koszmary, lęki wypchnięte ze świadomości, nienawiść do ojca. Przyszedł kryzys, a terapeutka była akurat na urlopie.

Zostałem sam z całym tym bagażem. Któregoś dnia idąc do pracy poczułem, że umieram. Serce waliło jak oszalałe, myślałem, że to zawał – wspomina. – Jakoś się pozbierałem, ale w pracy wszystko wróciło. Trafiłem do kliniki. Zrobili EKG, wykluczyli zawał i odesłali do domu. Następnego dnia to samo. Nie doszedł do pracy, uciekł do przychodni psychiatrycznej po zwolnienie. Ale w domu też nie mógł wytrzymać. – Warowałem całymi dniami na schodach pod pogotowiem, bo bałem się, że umrę. To był napad panicznego lęku, taki jaki przeżywałem w dzieciństwie.

Radek trafił w końcu do szpitala na oddział nerwic z rozpoznaniem: depresja lękowa. Spędził tam trzy miesiące. W tym czasie urodził mu się syn.

Powtarzalna pułapka

Marzenna Kucińska, która kieruje Ośrodkiem Psychoterapeutycznym Instytutu Psychologii Zdrowia w Warszawie, ocenia, że syndrom DDA może w większym lub mniejszym stopniu dotyczyć ok. 30 proc. dorosłych Polaków. Oczywiście, nie u wszystkich syndrom ujawnia się w sposób tak gwałtowny jak u Radka.

Prof. Jerzy Mellibruda, szef Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, który jako pierwszy w Polsce wyznał publicznie, że jest synem alkoholika, twierdzi, że syndromu DDA nie należy traktować jako choroby. Dorastanie w rodzinie alkoholika to potężny czynnik ryzyka, że w przyszłości człowiek będzie przeżywał problemy emocjonalne, ale nie dzieje się to automatycznie.
Jednak blisko połowa alkoholików trafiających na terapię to DDA, którzy powtarzają nałóg rodziców. „Choć boleśnie pamiętają dzieciństwo podporządkowane rytmom picia i niepicia, dorosłe życie układają tak samo. Teraz to oni są najważniejsi, a życie rodzinne toczy się wokół ich picia i niepicia” – pisze Marzenna Kucińska. Kobiety DDA często wychodzą za mąż za alkoholików. Nie udało się zyskać miłości ojca, więc próbują jeszcze raz. Wchodzą w znany sobie, a więc jakoś bliski schemat. W samym centrum pułapki emocjonalnej, jaką jest syndrom DDA, leży właśnie ta powtarzalność – stosowanie w dorosłym życiu chorych zasad i schematów, które wyryły się w dziecięcej psychice.

W wielu przypadkach problem jest niedostrzegalny dla otoczenia. Przeciwnie, DDA są często postrzegani jako ludzie wyjątkowo opanowani, świetnie panujący nad emocjami. Odnoszą sukcesy zawodowe, zajmują odpowiedzialne stanowiska, uchodzą za doskonałych pracowników. Trening domowy nauczył ich, jak radzić sobie z trudnościami, presją i stresem. Mają głęboko wpojone poczucie, że muszą sobie poradzić, że nie wolno okazać słabości.

Na każdym kroku staram się pokazać swoją dorosłość, udowodnić przed samą sobą, że ze wszystkim dam sobie radę. Świetnie radzę sobie z deptaniem własnych uczuć, ze spychaniem strachu i przerażenia w kąt, z tłumieniem smutku i żalu. Ale to małe, przestraszone dziecko we mnie mieszka, tylko że go nie widać – wyznaje 20-letnia Anna. Podczas terapii nauczyła się płakać, przyznawać do smutku, odmawiać, gdy nie ma na coś ochoty, bez panicznego lęku, że kogoś zawiedzie. Przede wszystkim nauczyła się mówić: mój ojciec to alkoholik, jestem dzieckiem alkoholika. Przez lata było to tabu tak silne, że jeszcze dziś wymawiając te słowa czuje ciarki na plecach.

Choć każde DDA to indywidualna historia, wspólna dla większości z nich jest nieumiejętność zbudowania stabilnego, normalnego związku. Działa tu wyniesiona z domu zasada miłość i bliskość równa się zagrożenie. W bliskości najłatwiej zranić. Ktoś kto doświadczył tego w dzieciństwie, nie potrafi potem zaufać. „Niemal wszystkie Dorosłe Dzieci Alkoholików noszą w sobie głęboko ukryte przekonanie, że w małżeństwie można się tylko krzywdzić. Trudno im zbliżyć się do innych osób, gdyż w ich doświadczeniu bliskość jest zagrażająca. Z kolei jej brak i uporczywe utrzymywanie dystansu sprawiają, że małżeństwo często nie daje im satysfakcji” – pisze Marzenna Kucińska. Połowa jej pacjentów nie decyduje się na zalegalizowany związek. Jedna trzecia małżeństw kończy się rozwodem. Ponad połowa nie decyduje się na dzieci, boją się, że nie podołają roli rodzica i skrzywdzą swoje dzieci tak jak ich skrzywdzono.

Gula strachu

Syndrom DDA porównywany jest do Zespołu Stresu Pourazowego. Jak pisze Ilona Jona z Centrum Medycyny Profilaktycznej w Krakowie: „Rodzina alkoholowa jest zarówno miejscem chronicznych, drobnych urazów jak i pojedynczych, ostrych ataków przemocy”. Życie w domu alkoholika jest chaotyczne i nieprzewidywalne. Ktoś najbliższy, kto powinien dawać poczucie bezpieczeństwa, co jakiś czas zmienia się w potwora. Ataku należy spodziewać się przez cały czas, bo nigdy nie wiadomo, kto wróci do domu: tatuś czy agresywne monstrum.

Wieczorne czekanie na ojca to najgorsze, co mnie w życiu spotkało. Minęło już wiele lat, a ja dokładnie pamiętam tę gulę strachu w żołądku – opowiada Marek. – Gdy potem spotykałem kobietę i zaczynało się nam układać, jakoś podświadomie byłem przekonany, że to nie może potrwać długo i żeby uprzedzić cios, sam odchodziłem. Nie potrafiłem uwierzyć, że ktoś mnie może naprawdę pokochać. Przecież moje potrzeby i uczucia nigdy nie były ważne. Najlepiej gdy byłem cicho i nie zawracałem nikomu głowy.

Samotniczemu usposobieniu DDA sprzyja także to, że w dzieciństwie ich kontakt z otoczeniem zwykle był trudny. Z jednej strony presja rodziny, żeby ukrywać domowy problem, unikać szczerości. Z drugiej, paraliżujący wstyd za pijanego rodzica.

Do dziś brzmi mi w uszach wierszyk, który na mój widok recytowały dzieci: Na podwórzu jest kałuża, a z kałuży się wynurza, hipopotam, zapytacie, nie, to tata po wypłacie – wspomina Marta. – Nawet kiedy jestem daleko od domu, w całkowicie obcym otoczeniu, gdzie nikt mnie nie zna, mam poczucie, że ludzie widzą mnie na wylot, że jestem gorsza.

Według prof. Mellibrudy wspólnym mianownikiem DDA jest zakonserwowany stan wewnętrznego napięcia, związanego z przeżyciami z dzieciństwa oraz wizja własnego miejsca w świecie. – Na początku życia trzeba się było przystosować do nienormalnego i zagrażającego świata rodzinnego, do warunków nie do wytrzymania. W tej sytuacji jedyna droga to nastawić się na przetrwanie. DDA często nie rozsiadają się w życiu, nie zapuszczają korzeni, tylko usiłują przetrwać, rozwijają w sobie dążenie do sprawowania nadmiernej kontroli nad swoją sytuacją, co jest źródłem chronicznego napięcia.

Jednym ze sposobów przetrwania w dzieciństwie jest ucieczka w świat fantazji i tworzenie subiektywnego i nierealnego świata. Bo jeśli tata goni mamę z nożem w ręku, lepiej patrzeć na to jak na nierzeczywisty film; odgrodzić się murem od agresywnego i zagrażającego świata. Tylko że ten mur trudno potem zburzyć. Według psychologów dzieci alkoholików w dorosłym życiu często muszą domyślać się, jakie zachowanie jest normalne, w głębi duszy są też przekonani, że różnią się od innych. Brak zaufania do własnego postrzegania rzeczywistości to także efekt „reguły zaprzeczenia” funkcjonującej w domach, gdzie jest problem alkoholowy. Tatuś nie jest pijany, ale chory, zmęczony albo się zatruł. W ten sposób dziecko uczy się, że to, co widzi i słyszy, to nieprawda. W dorosłym życiu ma skłonność do odbierania zdarzeń i informacji jako nierealnych.

„Gdy byli dziećmi, musieli zbyt wcześnie dorosnąć. Są dorośli, a nadal w głębi siebie pozostają dziećmi” – charakteryzuje DDA Marzenna Kucińska. Terapia polega w pewnym sensie na tym, że trzeba wyciągnąć z podświadomości i zrozumieć wdrukowane w dzieciństwie schematy, jeszcze raz przeżyć i przepracować dawne wydarzenia.

Radek po trzymiesięcznym pobycie w szpitalu stracił pracę. „Nie nadaje się do zadań operacyjnych, zakaz kontaktu z bronią” – brzmiało orzeczenie komisji. Pracownik służb specjalnych wylądował w urzędzie pracy jako bezrobotny. W domu było bez zmian – lęk, napięcie, emocjonalna szarpanina. Zawziął się, żeby nie brać leków. Gdy wrócił na psychoterapię, usłyszał: musi pan jeszcze raz dorosnąć.

– Dorosnąć w wieku 36 lat! Przecież ja jestem dorosły! Na początku nie mogłem tego zrozumieć – wspomina. Potem podczas rozmów z terapeutką zaczęło się w nim ujawniać to skrzywdzone dziecko. Pamięta, któregoś dnia był sam w domu. Odkurzał. Nagle poczuł rosnące napięcie, lęk i usłyszał wyraźnie wypowiedziane słowa, których nie mógł powstrzymać: Mamo, boję się. Zaraz potem przyszedł obrazek z dzieciństwa: ojciec pije od tygodnia, matka w bezsilnej złości bierze ciężki but z cholewą i wali go w głowę tak mocno, że zalał się krwią. – Zrozumiałem, że te słowa: mamo, boję się, to efekt tamtej nocy, którą spędziłem trzęsąc się ze strachu, bo się przeraziłem własnej matki. Trzeba było wszystkiego dotknąć jeszcze raz, na nowo przeżyć bezradność, bunt, lęk, nienawiść i poczucie winy, bo skoro rodzice mnie nie kochają, to na pewno jest ze mną coś nie tak.

Przez cztery lata walczył o siebie na terapii. Zrozumiał, że obsesyjna obawa przed małżeństwem i rodzicielstwem to był głos wewnętrznego dziecka, dla którego rodzina to zbyt wielki kłopot i odpowiedzialność. Ma za sobą pierwszy rok spokojnego życia i – jak mówi – jest to pierwszy rok, który przeżył w realnym świecie.

Programy terapeutyczne dla DDA funkcjonują w Polsce od końca lat 80. Ich ideę importował prof. Jerzy Mellibruda: – Kiedy w 1986 r. byłem na stypendium w Ameryce, przypadkiem wszedłem na jakieś spotkanie. Nie wiedziałem, czego dotyczy, ale czułem, że to, co mówią ci ludzie, jest mi bardzo bliskie. Było to spotkanie grupy Adult Children of Alcoholics, czyli DDA. Od tego czasu wraz ze współpracownikami rozwija i upowszechnia w Polsce psychoterapię DDA, szkoli terapeutów i prowadzi badania na ten temat. Odkrycie możliwości terapii to niesamowita ulga. Świadomość, że człowiek nie jest w tym sam i że nie musi dźwigać tego ciężaru przez życie z zaciśniętymi zębami.

PS: W artykule korzystałam m.in. z książki „Gdzie się podziało moje dzieciństwo” wydanej przez miesięcznik „Charaktery”, pracy Ewy Woydyłło „Wybieram wolność” oraz publikacji z miesięcznika „Świat Problemów”. Imiona bohaterów zostały zmienione.

Życie na wulkanie

Z badań przeprowadzonych przez Witolda Skrzypczaka („Dzieci alkoholików” Łódź 2000 r.) wynika, że:
• blisko połowa dzieci z rodzin alkoholików była świadkami przemocy
• ponad połowa doświadczyła przemocy emocjonalnej, a połowa fizycznej
• co szósta dziewczynka była molestowana, doświadczyła zachowań związanych z nadużyciem seksualnym
• 80 proc. odczuwało złość lub nienawiść w stosunku do rodzica.

Role dramatyczne

Dzieci w rodzinie z problemem alkoholowym przybierają określone role, które potem przekładają się na dorosłe życie:

Bohater rodzinny – dziecko nadodpowiedzialne, mały dorosły. Opiekuje się pijącym rodzicem, jest powiernikiem drugiego, matkuje rodzeństwu. Wylewa alkohol do zlewu, ćwiczy się w sztuczkach i manipulacjach, by alkoholik pił mniej. Dba o to, by dom funkcjonował w miarę normalnie. Bierze na siebie wszelkie możliwe obowiązki i perfekcyjnie się z nich wywiązuje. W szkole jest prymusem. Wyrasta na pracusia, który nie umie się bawić, nigdy nie jest zadowolony z tego, co osiągnął. Żyje w stałym napięciu i wpada w panikę w spontanicznych, nie dających się przewidzieć sytuacjach. Jako dorosły unika alkoholu jak ognia. Kobiety, które w dzieciństwie pełniły te role, często wychodzą za mąż za alkoholików.

Kozioł ofiarny – dziecko kłopotliwe, impulsywne, agresywne. Wdaje się w bójki, ucieka z domu. Złym zachowaniem przyciąga uwagę otoczenia, odwracając ją tym samym od pijącego rodzica. Staje się wcieleniem rodzinnych frustracji. Jako dorosły kiepsko funkcjonuje w układach społecznych. Bywa, że wchodzi w kolizję z prawem, często sam zostaje alkoholikiem.

Niewidzialne dziecko – sprawia wrażenie, jakby go nie było. Zalęknione i smutne, izoluje się w samotności fantazjując i marząc. Zdaje się nie zauważać rodzinnych awantur i kłótni, bo ma poczucie, że i tak nic na to nie poradzi. Nie czuje z nikim wspólnoty, żyje na peryferiach rodziny, a potem na peryferiach wszelkich związków.

Maskotka – próbuje ulżyć rodzinie dowcipkując i błaznując. Żartami i wygłupami odwraca uwagę od rodzinnego problemu. Przypochlebia się, przymila, nadskakuje otoczeniu. Pod pozorem niefrasobliwości kryje się jednak lęk, że nikt nie traktuje go poważnie. Jako dorosły ma kłopoty z ułożeniem sobie życia osobistego. Łatwo go zranić. Żyje w poczuciu niedocenienia. Jego małżeństwa i związki rozpadają się łatwo.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną