Klasyki Polityki

Idylla wojenna

Przeciwnikom wojny w Iraku śmierć Milewicza spadła z nieba.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 15 maja 2004 r.

Ci, co popierają obecność polskich wojsk w Iraku, prażeni teraz będą specjalnie krwawą demagogią, nieraz usłyszą, że gdyby Polska nie wkroczyła do Iraku, Waldemar Milewicz żyłby dalej, usłyszą, że jak popierają interwencję, winni są w „pewnym sensie” jego śmierci, a nawet nie „w pewnym sensie”, ale wprost, usłyszą, że są zabójcami korespondenta wojennego, bo przecież kto popiera wojnę, jest zabójcą, poparcie dla wojny jest poparciem dla zabijania.

Przeciwnikom wojny w Iraku śmierć Milewicza spadła z nieba, nawet nie „w pewnym sensie”, ona im dosłownie i wprost spadła z nieba, w dzisiejszych czasach śmierć kogoś o twarzy znanej z telewizji znaczy i waży tysiąc razy więcej od setek innych, a anonimowych ofiar. W końcu ten sam pacyfistyczny argument słychać było od początku, w Ameryce słychać go specjalnie donośnie, wszakże gdyby nie wkroczenie do Iraku, kilkuset amerykańskich żołnierzy żyłoby dalej.

Otóż owszem, oni wszyscy – i zabici żołnierze, i dziennikarze, i cywile, oni wszyscy żyliby dalej, gdyby terrorystyczny atak 11 września 2001 r. nie zmiótł wież w Nowym Jorku. Tego dnia pod gruzami zginęło przeszło dwa tysiące osób, a prócz tego życie wielu ludzi w całej Ameryce i w innych częściach globu uległo nieubłaganemu skróceniu. Nie wiedzieli o tym, przeważnie byli młodzi, więc przyszłość liczyli na dziesięciolecia, a zostało mało. Wahająca się bogini wojny z wiersza Herberta tego dnia podjęła decyzję, że niedługo przestanie się wahać. Czy oglądający atak na Nowy Jork Waldemar Milewicz pomyślał, że za sprawą tego właśnie ataku zostały mu bez mała trzy lata życia? Czy setkom amerykańskich chłopców do głębi poruszonych obrazem obracających się w proch wieżowców przemknęło przez głowę, że i ich ten sam spóźniony o dwa, trzy lata podmuch zmiecie z powierzchni ziemi? Przeczuwali coś albo coś złego im się przyśniło.

Dla wielu teoretyków rzeczywistości było rzeczą jasną, że za nowojorskimi ofiarami przyjdą inne ofiary, że tamta śmierć jest zapowiedzią i początkiem innych śmierci. Nawet na wskroś przeniknięci duchem Ewangelii zdawali sobie sprawę, że tu o nadstawianiu drugiego policzka szkoda gadać, że przyjęcie apeli papieża i dalajlamy o zaniechaniu, bez względu na sytuację, przemocy jest utopijne, był to casus belli, w końcu w poważnie w protestanckiej Ameryce traktowanym Piśmie jest też powiedziane: „Kto sieje wiatr, zbiera burzę”. W Nowym Jorku posiana została burza.

Ma się rozumieć co innego wojna sama w sobie, co innego wyobrażenie wojny, tak jak co innego udział w wojnie, co innego felietonistyczne spekulowanie o wojnie. Jeśli wszakże wśród popierających interwencję byli ludzie, co wyobrażali sobie jakąś wirtuozerską ekspedycję, która wkroczy do Iraku i zrobi tam porządek bez jednej rozbitej szyby, to odradzam im popieranie nie tylko Ameryki, odradzam im popieranie czegokolwiek, tych zaś, których tacy idealiści popierają, przestrzegam przed ich poparciem.

Inna sprawa, że w polskim popieraniu Ameryki, czy szerzej: w polskiej fascynacji Ameryką jest jakaś bezbrzeżnie idiotyczna dziecinada. Infantylne wizje absolutnie omnipotentnego wywiadu amerykańskiego, który na przykład podobno wiedział wszystko o Saddamie, znał każdy jego ruch, słyszał przez aparaty podsłuchowe każdego jego bąka i mógł go (Saddama) w każdej chwili zdjąć, ale nie chciał, bo się nim bawił, były swego czasu w naszym narodzie niezmiernie popularne. Tak jak zresztą równym wzięciem cieszące się absolutnie pewne wiadomości o wykutej w skale sieci pięciogwiazdkowych hoteli z ekstrapancernym wyposażeniem, w których Saddam miał się z kolei przez dziesięciolecia ukrywać. Jak idzie o absolutnie przez amerykański wywiad potwierdzoną obecność w Iraku broni masowego rażenia i następnie jej tam nieznalezienie, to jest to, niestety, wada zalety uczciwości, do której amerykańskie dowództwo, kto wie, czy w przyszłości nie powinno podchodzić z nieco większą elastycznością. „Nie znaleźli? Dziwne. Ja bym znalazł” – zachwycałem się już tą frazą Władimira Putina i raz jeszcze dla moralnej uciechy ją przytaczam.

„Wojna jest najstraszliwszą rzeczą na świecie, wojna jest najstraszliwszą rzeczą na świecie” – powtarzał w koło ojciec i miał do tej mantry specjalne uprawnienia, jego żołnierski udział w II wojnie istotnie był dramatyczny, powikłany, pełen osobliwych epizodów i tajemnic, o jednej najtragiczniejszej, co moim zdaniem naznaczyła go na całe życie, nigdy zresztą nie puścił pary z ust. Czasami oglądał filmy wojenne, na widok frontowych żołnierzy w nienagannie odprasowanych mundurach zarykiwał się ze śmiechu, długo wszakże takich widowisk nie wytrzymywał, gasił telewizor, twarz mu tężała i wykrzykiwał: „Wojna jest najstraszliwszą rzeczą na świecie”. Na tyle – jak sądzę – ta ojcowska nauka weszła mi w krew, że instynktownie wiem: rzeczywistość (nie tylko wojenna) jest raczej jak nędzna nora niż jak pięciogwiazdkowy hotel. Rzeczywistość wojenna w Iraku nie jest żadną wojenną idyllą, pewnie jest jak pełna gnoju, krwi i strachu rzeźnia. Wojna jest najstraszliwszą rzeczą na świecie.

Wojna jest najstraszliwszą rzeczą na świecie – powtarzał w koło stary, ale kiedy to powtarzał, światowego terroryzmu nie było albo był w powijakach. Wojna jest najstraszliwszą rzeczą na świecie, ale pewnie użycie środków wojennych jest jedynym sposobem na terror. Pokój tym sposobem nie jest w żadnym razie, a nawet przeciwnie, 11 września do 9.47 w Nowym Jorku panował pokój wręcz idealny.

Wojna jest najstraszliwszą rzeczą na świecie i rodzi demony. W Iraku demony wojny objawiły się ostatnio w nietypowym torturowaniu przez Amerykanów irakijskich więźniów. Tortury polegają na tym, że islamskich fanatyków fotografuje się bez gaci w towarzystwie żołnierek amerykańskich, które nieraz dla urozmaicenia zakładają towarzyszącym im modelom psie obroże albo inne rekwizyty na głowę. W pierwszej chwili pomyślałem, że publikacja tych materiałów to jest sprytna zagrywka dywersyjna Amerykanów, mająca na celu demoralizację w oddziałach przeciwnika, który widząc tragizm pojmanych kolegów masowo będzie się teraz oddawał do niewoli i domagał takich samych i z tą samą oprawczynią tortur. Myśl moja była jednak pochopna i nie uwzględniała doniosłych różnic kulturowych. W końcu wiadomo, że obecność kobiety jest generalnie, nie tylko w tak dyskusyjnej sytuacji, dla bojowników islamu rdzeniowo upokarzająca. Z drugiej jednak strony idzie, by terror właśnie rdzeniowo złamać, jeśli drogą kobiecego nacisku na psychikę, to jest przecież tym skuteczniej i zarazem humanitarniej. Ale nie, okazuje się, że USA w Iraku torturuje strasznie. Obrońcy wysokiego, chyba najwyższego, człowieczeństwa biją na alarm, ton świętego, chyba najświętszego, oburzenia bije pod niebiosa, ogłupiali od swej poczciwości generałowie amerykańscy przepraszają. Polska solidarność z tym oburzeniem dowodzi, iż sienkiewiczowska tradycja w społeczeństwie niestety zamarła. Jakby nie zamarła, tortury by znaczyły nabijanie na pal, a klasa polityczna nie bredziła jak Piekarski na mękach.

Polityka 20.2004 (2452) z dnia 15.05.2004; Pilch; s. 117
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną