Klasyki Polityki

Zbrodnia i kara Sławka Sikory

Dobrze by się stało, jakby w przepełnionych do granic polskich więzieniach dla Sikory już nie było miejsca.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 5 czerwca 2004 r.

Sławomir Sikora jest pierwowzorem jednej z głównych postaci filmu „Dług”, choćby z tego powodu jego historia jest powszechnie znana. Wciągnięty w niepojęty koszmar, doprowadzony przez swego prześladowcę do kresu wytrzymałości (a raczej daleko poza ten kres), w absolutnej desperacji popełnił zbrodnię. Choć trafniej byłoby powiedzieć: wziął udział w zbrodni, a najtrafniej: zbrodnia go wzięła, tak, zbrodnia wzięła tych chłopców w swoje posiadanie. Skazany na 25 lat więzienia, odsiedział 10, teraz z racji poważnych kłopotów zdrowotnych ma przerwę w odbywaniu kary i teraz też ukazała się jego książka „Mój dług”.

Kto myśli, że rzecz jest autorską wersją wydarzeń, kolejną, tym razem ściśle autobiograficzną wersją filmu, historią tamtej udręki, analizą, opisem i usprawiedliwieniem tragicznego finału – myli się niestety, a może myli się na szczęście.

Tytuł prozy nawiązuje – ma się rozumieć – do obrazu Krauzego, ale można to czytać inaczej. „Mój dług wobec literatury” – tak ten tytuł rozumiem i mam na moje rozumienie proste, a też mocne argumenty. Otóż w jakimś bardzo zasadniczym paśmie Sławek Sikora nie tylko przetrwał w rozmaitych więzieniach 10 lat (a co innego jest – jak sądzę – przetrwać 10 lat jako takich, co innego, tysiąc razy trudniejszego, przetrwać 10 z 25) – on nie tylko to przeżył, ale – proszę darować niezrozumiałą w naszych czasach prostotę – zmienił się, stał się innym człowiekiem, głębiej, a w porównaniu z tym co było, nieskończenie głębiej zaczął pojmować świat. Przed zbrodnią (a da się tamten czyn interpretować w kategoriach swoistej obrony koniecznej) i przed więzieniem niczego nie pisał, w ogóle nie myślał o literaturze, a i z czytaniem książek szczerze mówiąc nie było tęgo. Pod celą zaczął czytać, zaczął czytać narkotycznie i tak się na dodatek złożyło, takiego miał czuja, że wybierał do czytania mocne rzeczy: Tołstoja, Czechowa, Turgieniewa, Sołżenicyna, innych wielkich Rosjan, ze specjalnym też namysłem po raz pierwszy w życiu w więzieniu otworzył Biblię. Sama ta okoliczność jest wystarczająco dziwna i zarazem dziwnie wystarczająca. Losy Sławka Sikory to nie jest dobry pretekst ani do intelektualnej, ani do teologicznej ekwilibrystyki, ale przecież niepodobna nie pomyśleć, że gdyby nie koszmar zbrodni i uwięzienia Sławek Sikora pewnie nigdy w życiu by nie przeczytał, nie przeżył i tak dogłębnie jak mało kto nie zrozumiał „Zmarwychwstania” Lwa Tołstoja.

Zbrodnia jako dar? Nie nam dociekać planów Bożych, ale nie jest wykluczone, że plan, jaki Najwyższy przedsięwziął wobec osadzonego Sikory, jest skomplikowany.

Jak powszechnie wiadomo, narkotyczne czytanie bywa matką pisania, tu dochodziły jeszcze silne instynkty autoterapeutyczne, gorączkowa chęć znalezienia w izolowanym miejscu osobistej izolacji i samotności. Pisanie daje izolację i jest możliwe tylko w duchowej samotności – Sławek zaczął pisać. Zaczął pisać – powiedzmy to jasno – kompletnie na pałę, w jakimś transie, którego mechaniki nie znał, zaczęły mu spod długopisu spływać wspomnienia z dzieciństwa i z czasów wolności, notował więzienną codzienność, próbował zapisywać dialogi, opowieści, sytuacje, prowadził coś w rodzaju dziennika, plon tych gorączkowych zapisów jest substancją „Mojego długu”.

Jak teraz powiem, że wiele w tej substancji jest nieporadności, że niektóre okolicznościowe sytuacje czy facecje nie wytrzymują próby zapisu, że całkiem zbyteczne bywają w tej prozie niektóre okrasy stylistyczne – jak tak powiem (a muszę tak powiedzieć), to poczuję się jak ów ze starego dowcipu „koneser”, który widząc cyrkowca tańczącego na linie i równocześnie grającego na skrzypcach mówi z niesmakiem: Paganini to on nie jest. Tak przeto się czuję i mówię: Paganini to on nie jest, on jest natomiast autorem tańczącym, piszącym, idącym po bardzo chybotliwej linie.

To jest w tej chwili najważniejsze, to jest kluczowe, tym bardziej że „piszący na linie” Sikora potrafi niekiedy i w tej karkołomnej sytuacji dać całkiem niezły kawałek. Choćby epizod na dworcu w Katowicach (s. 102–111), gdy czeka na swoich prześladowców i gdy podskórnie (podtekstowo) się czuje, że cały koszmar jest tu już dany, a jeszcze nieoczywisty. Albo choćby taki fragment: „Maj roku 1995, oddział 2/4. Siedzimy we dwóch: ja i Andrzej z Gdańska. Jest kilka minut po godzinie 21.00. Zapada wieczorna cisza. Stoję na pryczy. Szukam za oknem przyjaznych punktów odniesienia. Nie znajduję ich. Dochodzą do mnie odgłosy miasta. Gdzieś daleko słychać przejeżdżający tramwaj. Nie mogę go dostrzec. Andrzej leży na pryczy z oczami wlepionymi w jeden punkt. Przywieram całą twarzą do kraty oddzielającej mnie od okna. Zapach ozonu unoszący się wokół nie pozwala mi zejść z okna. Chce mi się wyć!!!”. Mocny przecież fragment, a jakby nie podwójne okno i, zwłaszcza, wykrzykniki, byłby bardzo mocny. Tak jednak czy tak „Mój dług” nie jest książką, która dawałaby jakikolwiek asumpt do recenzenckich porad w rodzaju: przed autorem jeszcze wiele pracy i daleka droga. Realność i dramatyzm losu, który jest za tą książką, nadto jest wyrazisty. Nie zdaje mi się zresztą, by autor swoje życiowe plany w przesadny sposób łączył z praktyką literacką.

Wszyscy znamy słynne pytanie Miłosza: „Czym jest literatura, która nie ocala?” Otóż literatura pisana przez Sławka Sikorę ocaliła Sławka Sikorę. Tyle, tylko tyle i aż tyle w tej sprawie można powiedzieć. I dodać jeszcze, że aby to ocalenie było w ściśle realnym planie możliwe, dobrze by było poważnie nadwyrężonemu zdrowiu autora dać nie tylko szansę podreperowania tego stanu, ale i szansę jego dalszego nierujnowania.

Krótko mówiąc, dobrze by się stało, jakby w przepełnionych do granic polskich więzieniach dla Sikory już nie było miejsca. Akurat ten facet, nawet jakby chciał coś jeszcze pisać, niekoniecznie powinien czynić to za więzienną bramą. Niech dana mu będzie, że zacytuję Dostojewskiego: „nowa historia, historia stopniowej odnowy człowieka, historia stopniowego jego odradzania się, stopniowego przechodzenia z jednego świata w drugi”. I niech ta nowa historia będzie mu dana na wolności. On bowiem – w przeciwieństwie do na przykład Rodiona Raskolnikowa (wyrok, nawiasem mówiąc, grubo łagodniejszy), który przed katorgą „jeszcze nie wiedział” – już wie, że „nowe życie nie dostanie mu się za darmo, że jeszcze drogo wypadnie je okupić”. Sławek już wie i już okupuje.

Reklama

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną