Klasyki Polityki

Powrót sąsiada

Paweł, syn rybaka, osiem i pół roku leżał w wodzie

Jezioro Szeląg Wielki Jezioro Szeląg Wielki Marcin Kołodziejczyk / Polityka
Piękne i ciche jezioro, nad jeziorem spokojna wieś, w jeziorze topielec i jego łódź.

Artykuł ukazał się w tygodniku POLITYKA w lutym 2015 r.

Paweł, syn rybaka, osiem i pół roku leżał w wodzie w Zwierzewie. Przez cały ten czas brzegi jeziora Szeląg Wielki zapełniały się kolorowymi namiotami turystów z miasta, w gorące dni ludzie się kąpali, pływali motorówkami i pychówkami, palili ogniska, smażyli kiełbasy, zarzucali wędki, rybaczyli także zimą w przeręblach, jesienią starzy i zakochani spacerowali wzdłuż wody zamyśleni, na wiosnę zlatywały się ptaki, rybacy przeglądali sieci przed sezonem, młodzi pili piwo, rzucając puszki w tatarak; widoczny z jeziora dom matki Pawła, taki kiedyś gwarny, dziczał i pustoszał, aż niedawno przyjechali jacyś ludzie i zabili okna pilśnią.

80-letnią matkę Pawła widzieli na brzegu przed tym ich poniemieckim ceglanym domem, zwanym we wsi rybaczówką; stała przy krzyżu ku pamięci Pawła, paliła znicze, wpatrywała się w wodę, zimą w lód. Nocami paliła światło w pokoju, żeby nie zabłądził, gdy zechce wrócić. Zaszczekał pies, krzyknął ptak nad jeziorem – szła zobaczyć, czy to Paweł nie idzie. Pytała ludzi w Zwierzewie, czy może go widzieli. Nie widzieli, ale ona widziała. Czasem, gdy kładła się do łóżka, syn leżał w swoim jak zwykle; zasypiali w ciszy jeziora.

Rankami słyszała, jak stukał młotkiem nad wodą, rychtował łódkę po ojcu. Jeśli go nie było, na pewno był w sklepie. Łódka bujała się na uwięzi przy byle jak zbitym z desek pomoście, ale przecież leżała w jeziorze. Rybaczówka stoi samotna w dole wzgórza opadającego w kierunku wody; wieś patrzyła na te rytuały w przyczajeniu, z należną powagą, kłaniając się matce. Wreszcie Paweł zaczął występy w telewizji, włączała i był tam. Kiedy ją ostatni raz zabierali do szpitala – on jechał też. Matka umarła cztery lata po Pawle; oficjalnie na woreczek żółciowy. Przez osiem i pół roku ludzie spychali swoje łódki do jeziora jak do czyjegoś grobu. Jeśli złowili ryby, zastanawiali się, czy te ryby widziały Pawła. Bardzo ciężko, mówią w Zwierzewie, jest żyć z sąsiadem w jeziorze. Pędzi dzień po dniu, mówią, a ciągle ta obecność.

Paweł, jakim go wieś widziała – chudy, milkliwy, spięty na twarzy, nerwus. Jak w dniu utonięcia ma 37 lat, ale postarza go wysunięty podbródek. Bardzo był robotny, wiecznie w ruchu, biegnący w gumofilcach za sprawami matki, domu i łodzi, bo wszystko na jego głowie; ojciec mu umarł jeszcze w zeszłym wieku, siostry wyjechały do Ostródy pracować w zakładach mięsnych przy słynnych na całą Polskę parówkach i założyły tam rodziny, matką Paweł się opiekuje dobrze, mają u siebie w rybaczówce czystość, w wakacje przyjmują turystów z namiotami. Na plażę przed ich domem, z łagodnym zejściem do jeziora, mówi się we wsi Głęboka Woda.

Żony Paweł nie miał, bo taki przyciężkawy; był późnym dzieckiem, poród kleszczowy z komplikacjami, potem szkoły specjalne, w końcu wyuczył się na mechanika i zabijał czas pracą. Rodzina przyjechała do Zwierzewa, kiedy miał pięć lat i jeszcze nic nie dało się o nim powiedzieć. Kiedy tonął, na stole w kuchni stało dla niego jedzenie. Miał przyjść zjeść i odsapnąć, bo pracował od rana; matka wołała, że gotowe, ale on już płynął metalową łodzią po ojcu na drugi brzeg jeziora. Nakupił tam od leśniczego drewna z wywrotów na opał, bał się, że mu rozkradną, jeśli nie zwiezie pod dom. Piękne, majowe popołudnie; matka widziała, jak Paweł płynie po drewno.

Potem było jak w teatrze; dzień się kończył, matka siedziała pod domem, a przed nią występowali z dialogami różni ludzie; zasłaniając widok na jezioro. Przyszła sąsiadka i zapytała: co tak patrzysz? Bo Paweł popłynął po drewno. Turysta ze Śląska, milcząc, zwijał namiot z plaży Głęboka Woda. Przyszli dwaj policjanci: sama pani tu mieszka? Z synem. A syn gdzie? Odpowiedziała: popłynął na drugą stronę po wywroty. Oni na to: syn już nie przyjdzie, bo się utopił.

Przyjechała z Ostródy córka Grażyna, ktoś do niej telefonował do pracy w zakładach mięsnych poinformować; matka płakała, padała na podłogę, łapała Grażynę za nogi; córka paliła jednego za drugim i starała się stać stabilnie, bo ktoś musiał to wszystko unieść: co ja ci teraz poradzę, mamusia? O coś zagadywała policja i straż pożarna; nad jeziorem pełno było głosów i świateł. Zeznawał turysta z namiotu: Paweł płynął już z drewnem do domu, zerwał się wiatr, woda się rozfalowała; turysta poleciał do betoniarni zadzwonić po pomoc, bo nie miał przy sobie komórki. Po jeziorze pływało tylko kilka kawałków drewna.

Znaleźli te kilka kawałków, kiedy szukali Pawła w jeziorze na drugi dzień; nurkowali profesjonaliści z Olsztyna i Ostródy. Ale to jezioro, choć piękne, gdy patrzeć z brzegu oczami turysty, dla rybaków bywa ciężkie, nieużyte i często je przeklinają – rynnowe, głębokie na dwadzieścia kilka metrów; ukryło Pawła w zakamarkach. Wydobywanie skończyło się po ośmiu godzinach, policjanci odjechali do Warszawy, chronić wizytę papieża Benedykta XVI. W rybaczówce ludzie ze Zwierzewa udawali, że jest dzień, a Paweł zaraz przyjdzie. Mówili: dopłynął na Kątną, idzie brzegiem kawał drogi wzdłuż jeziora. Pytali: którą łódkę wziął? Metalową po ojcu; którą ojciec, brygadzista rybacki, też woził drewno z wywrotów. Na brzegu ktoś wołał Pawła po imieniu. Byli podwładni ojca mówili matce: brygadziścina, a może chłopak gdzieś wyjechał? Po roboczemu? – zżymała się Grażyna, w gumofilcach pojechał w świat? Do jutra, mówili zwierzewscy, wychodząc nad ranem.

Rano znów byli, przynieśli kije i bosaki – spychali łódki na wodę, wypływali szukać. W Zwierzewie występują różne gatunki napływowych ludzi, jak to na Mazurach; rodzina Pawła przyjechała z Wrocławia, gdzie tata – zanim zamarzył być rybakiem – pracował w zakładach mięsnych, Kazik – były radny – z łomżyńskiego, kto inny ze Śląska, zza Buga. Mogli się niektórzy codziennie nie lubić albo i nie znać, ale te osiem i pół roku temu szukała Pawła cała wieś. Kobiety przyniosły nad jezioro jedzenie i picie. Ludzie się zmieniali w łódkach, płynęli na środek, przetrząsali zarośla, woda przynosiła ich głosy siedzącej pod domem matce; wszystko na nic.

Potem była cisza, trwała przez lata. Jak dawniej przyjeżdżali letnicy, stały kolorowe namioty na Głębokiej Wodzie, ludzie chodzili brzegami, wdychając świeże, urlopowe powietrze, wędkowali, kąpali się, pili piwo, piekli kiełbasy, grali i śpiewali – przyjezdni w jeziorze widzieli samo piękno. Z rybaczówki wychodziła czasami białowłosa pani, przeciskała się przez to bujne życie nabrzeżne, szła nie wiadomo gdzie. Doganiała ją córka albo zięć, bo zawsze ktoś z nią był: gdzie mama idzie? Chyba do kościoła. Ale kościół daleko, skarpą do góry, kilka kilometrów do sąsiedniej wsi; nie na mamy nogi. Pytała: gdzie mam iść? Zięć Jurek postawił Pawłowi krzyż nad jeziorem; żeby matka mogła chodzić z kwiatami i zniczami. Zięć z córką już sami pływali łódką po jeziorze, szukali Pawła. Matka czekała przy krzyżu, zdenerwowana, że może się utopili. Zimą kolędował ksiądz, Grażyna poprosiła, żeby poświęcił krzyż. Wieś przyglądała się tym rytuałom zmieniającym wygląd plaży; poświęconych krzyży nie wolno ruszać.

Miejscem człowieka po śmierci jest ziemia, mówił dawny radny Kazik, nie woda. A tu taka bezradność. Sumienie nie wytrzymuje. Pod koniec lat 90. Kazik z Pawełkiem dojeżdżali razem do pracy w Olsztynie, szli we dwóch od Zwierzewa do Lubajn na stację; w pociągu Pawełek rozprawiał o polityce, zapalał się błyskawicznie, ale niegroźnie. Drżał mu wydłużony podbródek. Bał się, że będą się z niego śmiali – dlatego unikał ludzi, wolał pracę; ale z Kazikiem się polubili, wypili piwo. W pociągu w drodze do pracy, i kiedy już spał w jeziorze, Kazik ciągle mówił o nim Pawełek. Łapał się na tym, że gada do jeziora. Jak ci tam Pawełku? – pytał lodową taflę. Pewnie się zaplątałeś w linę i leżysz sobie przy łódce. Może idąc na dno, chwyciłeś się metalowej łódki na swoją zgubę? Okazało się jednak, że wielu jest w Zwierzewie takich, którzy rozmawiają z jeziorem, przed oczami mając Pawła, syna brygadzisty rybackiego. Czasami widzieli we mgle jego pustą łódkę.

Po ośmiu i pół latach od zatonięcia Pawła, po czterech od śmierci matki, do Grażyny zadzwonił sołtys Jurek ze Zwierzewa. Rybaczówka dawno już stała pusta, kupił ją od gminy właściciel przystani w Ostródzie, jednak sołtys dzwonił w innej sprawie: mamy nadzieję odszukać Pawła, powiedział, ściągamy płetwonurków ze Śląska. Grażyna przerażona, właśnie zwolnili ją z pracy w zakładach mięsnych: skąd ja na to wezmę? Pieniędzy nie trzeba wcale. Już to widzę, powiedziała, nic nie ma za darmo. Potem zadzwonił do niej Maciek, szef Grupy Specjalnej Płetwonurków RP; mówił ładnie: że trzeba uporać się z traumą, zamknąć sprawę na zawsze – inaczej ból nie przejdzie. Trzeba Pawła pochować, bo taka była wola jego matki. Mówił, że takie jest również życzenie wsi, wójta, sołtysa, wicestarosty, wicemarszałka województwa. Że nigdy nie widział tak solidarnej społeczności jak w Zwierzewie. Pieniędzy rzeczywiście nie chciał.

Płetwonurkowie przyjechali we wrześniu, bazę mieli u Kazika. Odpoczęli jeden dzień, drugiego rano wypłynęli na jezioro. Ludzie we wsi zrobili składkę, znowu przynieśli na brzeg jedzenie dla poszukujących. Jezioro było ciche, nurkowie na środku odprawiali swoje czary, poruszali się jak w zwolnionym tempie. Była niedziela dożynkowa, Kazik akurat jechał do kościoła, kiedy zadzwonił Maciek z jeziora, że znaleźli Pawła na dwudziestu kilku metrach. Obok jego łódź. Paweł walczył o życie, zrzucił gumofilce. Z brzegu, spod opuszczonej rybaczówki, dzwonił do Grażyny mąż: ty wiesz, że mają Pawła? Delikatnie zawinęli go na dnie w firankę; ażurowe tkaniny stawiają w wodzie mały opór. Ludzie patrzyli; z ich jeziora wydobywano kokonowaty kształt. Przyjechała telewizja. Mówili do kamer, że czują ulgę, bo coś strasznego, co ich żarło jak robak przez osiem i pół roku, skończyło się; sąsiad powrócił. Policjant powiedział Grażynie: nie oglądajcie, zapamiętajcie go takiego, jak był za życia. Nawet nie chciała oglądać, dla niej to była druga śmierć brata. Trzecia śmierć była, gdy Pawła zwrócono rodzinie po kilku miesiącach w instytucie patologii, z sekcji zwłok. Ludzie, którzy go przywieźli w zaspawanej trumnie, mówili, że zgodnie z wolą rodziny garnitur położyli na ciele.

Paweł został pochowany 2 grudnia 2014 r. na cmentarzu w Ostródzie obok rodziców. Na pogrzeb przyjechała cała wieś Zwierzewo, ludzie przywieźli składkowy wieniec i znicze. Od tej pory w Zwierzewie kupuje się składkowe wieńce na pogrzeb każdego mieszkańca wsi. Czujemy wspólnotę, mówi Kazik, we wsi jest bezpiecznie.

Wojewoda warmińsko-mazurski wystąpił do Kancelarii Prezydenta RP z wnioskiem o przyznanie medali za dzielność i za ofiarność i odwagę dla płetwonurków z Grupy Specjalnej Płetwonurków RP. Urząd Wojewódzki podaje, że Kancelaria odmówiła przyznania medali, motywując to tym, że nie uratowano niczyjego życia ani mienia. Biuro Prasowe Kancelarii Prezydenta podaje, że wniosek został niepoprawnie sformułowany i dlatego został odrzucony; jeśli zostanie przedstawiony zgodnie z procedurami, Kancelaria Prezydenta rozpatrzy go.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną