Klasyki Polityki

Szczyt śmietanki

Zainwestowałem w liczącą ponad 500 (!) stron drobnego druku księgę Andrzeja Krajewskiego „Między współpracą a oporem. Twórcy kultury wobec systemu politycznego PRL (1975–1980)”.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 10 lipca 2004 r.

Jedno niezręczne sformułowanie potrafi zniechęcić do dalszej lektury. Jak tylko przeczytałem, że pewien dżentelmen „wspiął się na szczyt śmietanki” w swojej branży – zmieniłem lekturę, ale pozostałem wierny śmietance. Zainwestowałem w liczącą ponad 500 (!) stron drobnego druku księgę Andrzeja Krajewskiego „Między współpracą a oporem. Twórcy kultury wobec systemu politycznego PRL (1975–1980)”. Skusiła mnie okładka, na której widnieją dwa rzędy fotografii. Rząd współpracowników – Mieczysław F. Rakowski, Jarosław Iwaszkiewicz i Wojciech Żukrowski, oraz rząd opozycji – Jan Józef Lipski, Antoni Słonimski i Halina Mikołajska.

We wstępie autor zapowiada, że jego praca „ma charakter nowatorski” i dziękuje nawet teściom. Nie dziwię się, że do napisania tej pozycji wydawniczej (to jedno z moich ulubionych określeń) zaangażowana była rodzina, gdyż księga zawiera 2 tys. przypisów. Spadkobiercy Mariana Brandysa, Stefana Kisielewskiego i Andrzeja Kijowskiego, na opiniach których dysertacja w dużym stopniu się opiera, mogą oczekiwać tantiem. Pozostałe cytaty to przede wszystkim notatki partyjne i cenzorskie.

Niestety, jeżeli chodzi o styl, to zamiast naśladować kolaboranta Iwaszkiewicza lub wziąć sobie za wzór zwięzłość patrona opozycji Słonimskiego, autor przesiąkł stylem partyjnych notatek. Nie chce on kolaborować z dobrą polszczyzną. O pisarzach i poetach pisze per „literaci”. Kiedy określa tak Putramenta, to można to uznać za żart, ale kiedy czytamy, że Heinrich Böll to „zachodnioniemiecki literat”, Słonimski to „cieszący się wielkim autorytetem literat” – coś zgrzyta. Bohatersko przedzierałem się jednak dalej i nie powstrzymał mnie nawet „plastyk Marian Konieczny”.

Jeśli o wartości dzieła świadczy wkład pracy oraz intencje autora, to mamy do czynienia z pomnikiem. Niestety, niewiele z tego wynika. Np. według załączonej w książce tabeli, ilustrującej liczbę ingerencji cenzorskich w tygodnikach w 1977 r., najwięcej ingerencji miało miejsce w „Polityce” (606), a w „Tygodniku Powszechnym” – 390. W przypadku „Polityki” (którą autor mylnie uznaje za oficjalny organ partyjny) oznaczało to ok. 20 ingerencji w każdym numerze pisma! A więc stałe napięcie na linii władza–redakcja, nieustanne manewry, podchody, świństwa, kompromisy, czasami awantury, do usunięcia i przywrócenia redaktora naczelnego włącznie. I zarazem napięcie na linii redakcja–czytelnicy, środowisko, rodząca się opozycja. A przy tym nieustająca wierność czytelników, którzy do dziś wspominają, że wychowali się na „Polityce”. Podobne rozdarcie przeżywali dyrektorzy teatrów, twórcy filmowi, nawet muzycy, o czym świadczą choćby dzienniki Zygmunta Mycielskiego, który przez pewien czas był redaktorem „Ruchu Muzycznego”, nie mówiąc już o Iwaszkiewiczu. Kiedy więc cenzor niemiłosiernie nękał pismo, Krajewski stwierdza, że „Polityka” stwarzała wręcz fikcyjny obraz rzeczywistości. Obaj mają swoje racje. Brak zrozumienia epoki to słabość książki Krajewskiego, ale pouczająca, gdyż pokazuje, jak dzisiejsza młodzież wyobraża sobie PRL.

Pisząc o twórcach kultury Krajewski całkowicie pomija ich dorobek – jest więc np. Iwaszkiewicz, ale nie ma „Twórczości”. Jest Wajda, ale nie ma jego filmów. Autor patrzy na twórców przede wszystkim pod kątem działalności politycznej, kto do jakiej partii należał, jak głosował na zebraniu. W rezultacie artysta kabaretowy, którego teksty lądują w cenzurze, wypada lepiej od Lutosławskiego, który w liście do Gierka stwierdza, że „polski kompozytor nie jest narażony na żadne próby nacisku”. Bez swoich filmów Wajda jest zwykłym oportunistą, ponieważ nie należał do KOR i nie podpisywał protestów. Niedawny jubilat, genialny twórca plakatów – Henryk Tomaszewski w ogóle w tej książce nie istnieje, ponieważ on kontestował całą swoją sztuką i postawą, ale do niczego nie należał, nie rysował w drugim obiegu, więc się nie liczy. Odnowiciel teatru Jerzy Grotowski pojawia się wyłącznie jako członek PZPR (! ). Któż, poza Andrzejem Krajewskim, wyciągnąłby to na światło dzienne – i po co? A to przecież oni również swoją postawą i twórczością bronili niezależności polskiej kultury. Po to, żeby istniała Warszawska Jesień, organizatorzy szli na kompromisy, czy przystoi więc wyciągać jedynie listy hołdownicze bez pokazania drugiej strony? Polskie kino, polski plakat, polski teatr – skąd one się wzięły, jeżeli nie z wyboru środowiska?

Dla Krajewskiego ogromna większość środowiska pozostawała politycznie bierna. Dla każdego prawie ma więc złe słowo. Jego książka to pamflet z przypisami o oportunizmie twórców. Sławna reporterka i pisarka znajduje „usprawiedliwienie dla swej bezczynności” (cytat za M. Brandysem), ponieważ jej książka ma być właśnie adaptowana do teatru. Wybitny opozycyjny poeta, tłumacz oraz eseista Paweł Hertz sprzeciwia się przyznaniu przez Pen Club nagrody dla książki z drugiego obiegu, ponieważ „musimy się liczyć z rzeczywistością”, a Pen Club jest finansowany przez państwo. Krakowski dziennikarz, później konsul i ambasador Trzeciej RP, proponował finezyjne sposoby manipulowania młodymi twórcami i podnoszenie autorytetu partii wśród pisarzy. Znakomity krytyk, który latami walczył o swobodę kultury, aż się zniechęcił i poszedł w profesurę, to „partyjny krytyk”. Stanisław Grochowiak to piewca Edwarda Gierka, „skory do samodzielnej walki z wywrotowcami”. Autor „Jeziora Bodeńskiego” „z zadowoleniem oceniał zmiany, jakie zaszły w Polsce od lat pięćdziesiątych”. „Do tego głosu popierającego kierunek zmian zachodzących w PRL dołączał się Krzysztof Zanussi, który »dobrze czuł się w pierwszej połowie gierkowskiej dekady«”, gdyż zmierzała w stronę wolności. Andrzej Szczypiorski, wyrzucony później z „Polityki” za kontestację (o czym książka nie wspomina), „gloryfikował zmiany”, jakie zaszły po grudniu 1970 r. Jeden z bardziej przyzwoitych ludzi w środowisku „umiera ze strachu” przed zatrudnieniem przyjaciela z opozycji. Znana aktorka i jej mąż, „niezbyt mądry muzyk”, trzymają się z dala od wszystkiego, co by zagrażało ich finansom. Wajda trzyma się z dala od polityki. Nawet Zbigniew Herbert nie był święty. Według dzienników Kisiela, to facet rozpity, „straszny niby-kozak”, a w gruncie rzeczy nie wie nic o tutejszych stosunkach. Krajewski z lubością dobiera takie kawałki.

Autor swoją książką złożył opozycji w PRL należny jej hołd, pisząc o jej determinacji i prześladowaniach. Niestety, jak to z adresami hołdowniczymi bywa, napisał go na kolanach, a nie jest to pozycja do pisania wygodna. Być może dlatego jest tak rozgoryczony postawą artystów, którzy „poza nielicznymi wyjątkami, przez całą dekadę gierkowską nie zdobyli się na kontestację systemu politycznego”. Ciekawe, jak odbiorą tę książkę liczni dziś kombatanci walki o wolność. Niewielu spełniło wymagania młodego historyka, który w „bitwie o pamięć” po swojemu opisał szczyt śmietanki.

Polityka 28.2004 (2460) z dnia 10.07.2004; Passent; s. 99
Reklama

Czytaj także

Kultura

Kompozytorki wchodzą do gry

Kiedyś mieliśmy wśród kompozytorek pojedyncze przykłady spektakularnych karier. Ale najmłodsze pokolenie idzie całą ławą, co było widoczne na jesiennych festiwalach muzyki współczesnej.

Dorota Szwarcman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną