Klasyki Polityki

Nie opuszczaj mnie!

Gdzie ci mężczyźni?

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 23 lipca 2014 r.

Gdzieś ty dzisiaj, pani? Kto twe całuje palce? Ach, pewnie tam, w San Francisco, liliowy Negr okrywa cię paltem... Taką postać wiecznej kobiecości uroił sobie Aleksander Wertyński, jeden z tych mężczyzn, których dziś już nie ma. Elegancki, przystojny, z klasą, jak to mówią panie przy kawiarnianych stolikach. I on wszak szukał kobiety, której nie było. Szatan, ten przewrotny reżyser naszych marzeń, każe nam pragnąć niemożliwych kobiet i uganiać się za mirażem niemożliwych mężczyzn. Szukamy rozpaczliwie kwiatu paproci, trzymając się kurczowo życia, bo przecież ni z aniołem, ni z Bogiem nie pogadasz, jak człowiek z człowiekiem. Tu, na ziemi, musi się znaleźć miłość, a jeśli nie, to choć na pocieszenie – przyjaźń.

Ze spuszczonym łbem, zawstydzony, odchodzi przegrany. Mężczyzna. Wysadzony z siodła, spieszony. Ani macho, ani czarujący. Ani silne jego ramię, ani władcze spojrzenie. Zaniedbany, nic już niemogący. Ze wzdętym brzuchem i bulwiastą prostatą. Już niepotrzebny. Który nabroił przez tysiąclecia Wielkiego Patrymonium. Nie ma w nim już swych udziałów ani tłustych po nim spadków, lecz długi niesprawiedliwości, zaciągnięte przez męskich panów świata, ktoś przecież musi spłacić. Lezie więc samotnie, powłócząc nogami, uśmiechając się przepraszająco do napotkanych kobiet.

Gdzie ci mężczyźni? Nie ma już prawdziwych mężczyzn! Bez godności, bez honoru toto. A czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca? Z podwiniętą podeszwą? Ścigany nieodwołalnym szyderstwem Danuty Rinn, Ewy Demarczyk i całej reszty pań, nie pragnie już odzyskać utraconej godności. Nie zależy mu na niej. Przecież zgadza się z wyrokiem: jako potomek krzywdzicieli musi odpokutować swą płeć. Oto więc i mężczyzna został przeceniony. Okazał się nic niewartą mrzonką i wisi teraz na wyprzedaży w galeriach popcywilizacji. W dziale karnawałowych kostiumów.

Może już sobie być, jaki chce. Niechaj się nawet uszminkuje i włoży sukienkę. Kogo to dziś obchodzi, co zrobił z siebie mężczyzna? Pajac i orangutan. Nie dla niego rozkosze życia, zdrowie i uroda. A raczej owszem, ale tylko na niby. Jak niewolnik, musi się starać dogodzić swym paniom. Póki jeszcze zdatny, te go przebiorą, odchudzą, wypachnią, opalą, a jak trzeba, dokarmią viagrą. Nie jego w tym inicjatywa, nie on dziś jest stroną czynną i nie o niego tu chodzi. Musi spełniać życzenia i czekać, aż zasłuży na to, co jego przodkowie brali bez pytania. A i wtedy nadal jest przecież tylko sługą i robotnikiem. Skamlący i pokorny „podmężek”, literacki wynalazek romantyków, stał się po latach rzeczywistością.

I im bardziej ten były mężczyzna jest niewolnikiem, tym bardziej na ten swój żałosny stan zasługuje. Próżny jego bunt. Raz zdobytej władzy nad mężczyzną kobieta nie odda nigdy. Cóż więc chłopina? Dumą i ambicją niewolniczego mężczyzny stało się przeto zadowalać kobiety. A kto zadowoli jego? Chyba tylko sen, najlitościwszy z władców życia.

Dopóki pełga ognik na Świtezi, żyjemy jeszcze. Jeśli nie miłości, to choć zrozumienia! Boże! Lecz to nie do Boga modli się człowiek, na głucho zatrzaśniętego w swej chwale i dostojeństwie, lecz do drugiego człowieka. Tylko tak się modli i modli, że aż tego Wielkoluda-Boga niechcący sobie wymodli. Tymczasem ani Boga, ani miłości, ani nawet zrozumienia. Bo słabość jest niewybaczalna. Dlatego żaden z męskich kostiumów, żadna z póz nie zjedna już mężczyźnie miłości. Być podziwianym – to żyć nieprawdziwie. Być godnym współczucia – to być żałosnym. Chyba jedno już tylko zostaje: być lubianym, a więc miłym, ciepłym i dobrym. Niepijącym i niepalącym durnym misiem. Tak jest bezpiecznie, to się jeszcze jakoś da przeżyć.

Jednak do tej prawdy dochodzi się latami. Wzięte w kobiecy jasyr niewolnicze plemię, zalane po czubki mózgów testosteronem i alkoholem, bezbronnie i nieporadnie toczy się przez długą młodość w poszukiwaniu azylu. Na pozór ukryci przed wzrokiem niemiłosiernie wybaczających, wszystkowidzących kobiet, przesiadują mężczyźni nad kuflami i butelkami, spragnieni zrozumienia. A im bardziej go pragną, tym bardziej go nie dostają i wzajem sobie nie dają. Zbyt dumni, by zdradzić kolegom tajemnice swych klęsk, zbyt uczciwi, by obwiniać kogokolwiek, prócz samych siebie. Czekają na wiek męski, wiek klęski, by ostatecznie zamknąć się w sobie, w żalu za utraconą młodością i w mdłym oczekiwaniu niejasnej i tajemniczej starości. Starości kuszącej obietnicą, że nie ma w niej płci. A przecież później ta przedśmiertna wolność i tak okaże się złudzeniem. Czyżby więc tylko śmierć była warta życia?

Lecz tymczasem żyć trzeba. I polisę mieć jakąś „na życie i dożycie”. Przecież źle jest pełzać samemu. Samotność dudni pod czaszką, wciąż osądza i skazuje okrutnie każdego dnia w niekończącym się procesie na codzienne umieranie. Kto by tam zniósł samego siebie! To jak wpaść w najgorsze towarzystwo. Tylko zażyć się na śmierć! Przeto proszą mężczyźni: zatrzymaj niewolnika, hoduj swojego trutnia, jak się trzyma stare buty i wyszczerbiony kubek. Skoro wleźliśmy w siebie i zrośliśmy się jak dwie szkodliwe narośle na drzewie życia, trzymajmy się do końca. Zasłoń mi pustkę minionych lat, niech jej nie oglądam.

Zlituj się, daruj, pożałuj, prosił Tuwim. Nie opuszczaj mnie, skamlał Brel. Ne me quitte pas! Gdy Bóg opuścił człowieka na krzyżu, a człowiek Boga na gruzach Bastylii, musimy sami litować się nad sobą. W świecie, w którym godność przepędziła litość, tylko na tę banitkę jeszcze możemy liczyć. Miłosierna Samarytanko, zawróć i okryj płaszczem ginącego mężczyznę.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Prof. Leociak: Kościół jako instytucję należy odrzucić

To już nie są czasy zdobywania nowego świata i nawracania siłą wszystkich „dzikusów”, czy tego chcą, czy nie – mówi prof. Jacek Leociak z Instytutu Badań Literackich PAN, autor „Młynów Bożych” i wydanego właśnie „Wiecznego strapienia. O kłamstwie, historii i Kościele”.

Katarzyna Czarnecka
30.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną