Klasyki Polityki

Euforia młodej masarki

Chris Niedenthal potrafi nawet peerelowską rzeźnię sfotografować tak, że daje człowiekowi głęboką, bo nie wynikającą z łatwej karykatury, uciechę.

Felieton ukazał się w tygodniku POLITYKA 31 lipca 2004 r.

Siła fotografii Chrisa Niedenthala (album „PRL – Rekwizyty” wydawnictwo Bosz) polega na tym, że są to obrazy znacznie głębsze od Peerelu i nieskończenie uniwersalniejsze od peerelowskich rekwizytów. Czy z tego wynika, że Peerel był krainą głębokich uniwersaliów? Tak. Jak się odrzuci rekwizyty, sztafaże, sezonowe w swej ideologiczności dekoracje, jak w centrum mrocznej fotografii znajdzie się przebijające spod totalitarnych rytuałów światło prawdziwego życia, okaże się, że Peerel był frapującą krainą. Dokładnie mówiąc wszystko, co było pod Peerelem, wszystko, co było peerelowskimi sztandarami, kostiumami, przedmiotami zasypane, było porywające, ponieważ było prawdą.

Paradoks Niedenthala i skala jego talentu polega na tym, że chcąc stworzyć galerię przedmiotowych osobliwości dawnego systemu stworzył komiczny, dramatyczny i wyjątkowo mocny obraz życia prawdziwego. Chciał dać jakieś peerelowskie panopticum, a dał zawsze nieskończenie mocniejsze od kontekstów, zwłaszcza od kontekstów politycznych, dzieło sztuki.

Od paru tygodni z niesłabnącą fascynacją i rosnącym wzruszeniem kartkuję ten album i znajduję w nim to, co dają mistrzowskie zwierciadła rzeczywistości: wielką pociechę.

Nie mówię o prostych pociechach, jakie niesie na przykład obraz wiejskiego muzykanta śpieszącego śladem kolegów z flaszką z tylnej kieszeni spodni jak trzeba sterczącą i jak trzeba czułym spojrzeniem artysty uchwyconą. Nie mówię o dziewczynce jadącej piaszczystą drogą na rowerze damka, jest lato, ona z całych sił naciska pedały, sznurowadło w prawym buciku całkiem się jej rozwiązało i nie tylko to sznurowadło sprawia, że obraz jest jak wielka epifania.

Nie mówię nawet o jakby z dzieciństwa wziętej scenie dopinania fury pełnej siana. Komentujący niektóre ujęcia Jacek Hugo-Bader taką (zabawną) daje furze egzegezę: „Zdjęcie z sianokosów nazwaliśmy: Chłop z dużym dyszlem. Zadaniem tego na dole było przerzucenie łańcucha przez drąg i zamocowanie jego końca przy wozie”. Otóż ja też jestem zwolennikiem tezy, że dla dowcipu należy zrobić wszystko, tyle że jak wszystko robi się siłowo, dowcip traci na sile. W tym wypadku ani drąg, ani tym bardziej dyszel (dyszel, twierdzę bez polotu, występuje z przodu wozu) nie ma ani sensu, ani żadnego peerelowskiego zabarwienia. Drąg, a raczej żerdź, która z przodu i z tyłu wozu umocowana łańcuchami tworzy jakby kręgosłup fury siana, nazywa się „pawąz” i nic wspólnego z prowizorkami peerelowskimi nie ma, bo jest, jak samo słowo, na wskroś staropolska.

Przynajmniej w moich stronach ta nazwa funkcjonuje do dziś, ja sam nie żaden pożałowania godny przypadkowy „drąg”, a starannie po ciesielsku przysposobiony „pawąz” łańcuchami jak trzeba mocowałem. Odwieczny niepeerelowski to był rytuał, pewnie że w gwarze cieszyńskiej jest obfitość staropolszczyny, że miewa ona całe pasma jakby żywcem z Reja wzięte, ale ta wyjątkowość argumentację moją wzmacnia.

Takich zresztą bezwiednie ponadczasowych i z natury rzeczy a-peerelowskich epizodów jest w tych fotografiach więcej. Na przykład co ma wspólnego z Peerelem babka z grabiami zręcznie przez ogrodzenie przeskakująca? Trampki na nogach? Wolne żarty. Ona jest w pośpiechu, bo wiekuisty trud pracy w polu ją czeka, a jakby ją o Peerel, a specjalnie o Peerel w jej życiu zagadnąć, niechybnie by pokazała, że grabiami, co je dzierży w dłoniach – można także młócić.

A dziecko śpiące pośrodku pól w kołysce uczynionej z płachty do noszenia siana, co ono ma wspólnego z Peerelem? Oczywiście czas tego obrazu to jest czas Peerelu, dziecko śpi w polu pewnie za Gomułki, ale tego na obrazie nie ma, przeciwnie wymowa jest taka, że Peerel nic nie zdziałał, bo w traktowaniu niemowląt nic się nie zmieniło od czasów Orzeszkowej. (Nawiasem mówiąc płachta, w której śpi dziecko, to jest na Śląsku Cieszyńskim „dzichta”, w „dzichcie” narzuconej na plecy nosiło się „becok” siana, tu jednak starożytności słów nie jestem pewien, w końcu „dzichta” to nie „pawąz”).

Albo weźmy parę sfotografowaną na basenie, od biedy można przyjąć, że ona ma na sobie peerelowski kostium kąpielowy, a on reżymowe slipy. Od biedy można przyjąć, że on pełniący, jak głosi napis na majtkach, zaszczytne stanowisko ratownika jest funkcjonariuszem systemu, a ona zapewne nałożnicą funkcjonariusza, od biedy można tak przyjąć, ale pytam – po co? Całkiem co innego i o wiele starszego od Manifestu Lipcowego ma znaczenie w obrazie tej młodości.

Nie mówię zatem o takich wyjątkach, a z całą brawurą wchodzę w sedno Peerelu, wchodzę mianowicie do sklepu mięsnego, a nawet głębiej jeszcze w Peerel śladami fotografa dążę, do peerelowskiej mianowicie na stronie 87 rzeźni włażę. Tu już nie da się powiedzieć, że nic się od XIX stulecia nie zmieniło, tu realny socjalizm występuje w pełnej krasie, tak makabryczne, tak od brudu i zwierzęcej krwi posztywniałe chałaty były w dziejach ludzkości możliwe tylko w Układzie Warszawskim. Ale spojrzenie, ale twarz, ale mina upodlonej służbowym uniformem pracownicy jasno dowodzi, że w najmniejszym stopniu upodlona ona nie jest! Pogoda ducha, pełna nadziei rezolutność, swoista nawet euforia – słowem światło prawdziwego życia i w peerelowskiej masarni świeci. Ach oczywiście nie twierdzę, że w Peerelu młode masarki, a specjalnie ekspedientki w sklepach mięsnych, to była jakaś obdarzona specjalnie radosnym instynktem pogodna nacja, która nawet pracując w tak frontowych warunkach i na tak saperskich stanowiskach ocalała godność i siała optymizm. Twierdzę jedynie, że Chris Niedenthal potrafi nawet peerelowską rzeźnię sfotografować tak, że daje człowiekowi głęboką, bo nie wynikającą z łatwej karykatury, uciechę.

Tak jak najlepiej piszą ci, co potrafią napisać więcej niż wiedzą, tak też najlepiej fotografują ci, którzy uwieczniają więcej niż widzą.

Ze specjalną uwagą zatrzymuję się na tych obrazach autora, które można nazwać studiami samotności. Samotna staruszka nie nadążająca za pielgrzymką, samotny mężczyzna palący papierosa albo ten drugi samotnie pijący piwo w opustoszałym kawiarnianym ogródku. Martwa ściana mrówkowca. Czyjś samotny i bezsilny ze zmęczenia sen. Chłopak z bukietem w ręku, stojący pod blaszanym parkanem, zamknięte ma z rozpaczy oczy, kwiaty zaraz wylądują w koszu, widać wręcz spazm przeszywającego całe ciało bólu – z najlepszymi obrazami Hoppera można to zdjęcie porównywać. Niczego nie sugeruję i nie podpowiadam, ale album Niedenthala zatytułowany „Samotność” obejrzałbym chętnie, choć nie bez podstawowych, własnych lęków.

Polityka 31.2004 (2463) z dnia 31.07.2004; Pilch; s. 85
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną