Klasyki Polityki

Mam dług

Sławomir Sikora o życiu na wolności: Mam dług

Sławomir Sikora Sławomir Sikora Stanisław Ciok / Polityka
Chcę zapłacić za swój czyn. Więzienie nie wyrównuje rachunku – mówił Sławomir Sikora tuż po ułaskawieniu go przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Barbara Pietkiewicz, Piotr Pytlakowski: – Jak się czuje Sławomir Sikora, człowiek wolny?
Sławomir Sikora:– 6 grudnia 2005 r. o godzinie 13.20 obudziłem się na nowo. Do końca życia będę obchodził jako urodziny nie dzień z dowodu osobistego, ale właśnie ten.

Jak to jest, kiedy się wychodzi z kryminału?
W 2002 r. wyszedłem na pierwszą przepustkę. Zachwyciły mnie centra handlowe, kolorowe ulice. Łaziłem po mieście w euforii, że mogę pójść, gdzie chcę. W więzieniu droga była jedna – od ściany do ściany. Wszystko wyliczone w krokach.

A gdyby pan nie został ułaskawiony przez prezydenta?
Miałem przerwę w karze. Kiedy by się skończyła, wróciłbym do więzienia jak zbity pies. A co innego mógłbym zrobić? Ale tam zacząłbym odmawiać pokarmu. Karmiliby mnie sondą. Żadna tam spektakularna głodówka. Próba unicestwienia się po prostu. Potem wrzuciliby mnie do celi z grypsującymi. Tamci gnoiliby mnie po swojemu – gwałty, bicie. Broniłbym się. Albo jakiś atak szału. Wtedy – na „enkę”, dla niebezpiecznych. Tak czy owak już bym z więzienia żywy nie wyszedł.

A jeśliby pan jednak przetrwał, swoje odsiedział?
Widziałem takiego, który wychodził po dwudziestu paru latach. Był biały, przezroczysty. Nerwowy, rozbiegane ręce i oczy. Wszyscy są tacy. Oni już nie żyją, ich nie ma.

Nie wrócą do świata żywych?
Jeśli gdziekolwiek wrócą, to z powrotem do więzienia. Dowiadywaliśmy się, że ten wrócił, tamten wrócił...

Można do więzienia przywyknąć?
Obejrzałem raz film o więzieniu w Angoli. Strażnik powiedział więźniom: wy stąd żywi nie wyjdziecie. Nie liczcie na to. Byłem już wtedy wyciszony i apatyczny. Stałem obok życia, na boku. Tamci więźniowie też wyglądali jak bez życia. Ten film był dla mnie wstrząsem. Powiedziałem sobie: nie godzę się. Obudziłem się z marazmu.

Jeden z braci Kowalczyków, którzy chcieli wysadzić aulę uniwersytecką w proteście przeciwko komunizmowi, wyszedł po 12 latach. Codziennie pisał list do żony. Napisał ich tysiące. Dzięki temu nie zwariował. A pan?
Opracowywałem plany biznesowe, setki planów. Jeden z nich został na wolności przez kogoś zrealizowany. Przyszedł mu do głowy taki pomysł jak mnie.

Chciał pan zostać, kiedy pan wyjdzie, biznesmenem? Przygotowywał się pan do tego?
Nie sprawdziłem się w biznesie, więc nie. Siedział ze mną człowiek, który zanim tam trafił, był bardzo bogaty, zatrudniał tysiące ludzi. Mówił, że biznes jest pusty. Sam dla siebie. Żarłoczny. To był mądry człowiek. Mówił, że najważniejsza w życiu jest rodzina.

Ale pan rodziny nie ma?
Rodzice nie żyją. Nie mam żony ani dzieci.

A narzeczona?
Wytrwała dwa lata. W śledztwie zeznała, że nic nie wie w mojej sprawie. Tylko tyle. Lecz potraktowano ją jak świadka i odmówiono widzeń ze mną. I skończyło się. Mówiłem ludziom w celi: one wytrzymują trzy lata. Potem zostają tylko matki. Mnie zostali przyjaciele. Oni są moją rodziną.

Ci sprzed wyroku?
Oni odeszli, wszyscy. Nie mam o to żalu, choć czasem myślałem, jak by to było, gdyby któryś z nich choć raz przysłał paczkę. Ale zyskałem nowych. Zawdzięczam im życie.

Rozmawiałam z wieloma więźniami, z wychowawcami, z psychologami. Wiem z tych rozmów, że nie ma w więzieniu czegoś takiego jak poczucie winy. Jakby się nic nie stało...
To system niszczy poczucie winy, miele go na miazgę. Człowiek musi się nauczyć tam żyć i nie ma czasu ani warunków, żeby myśleć o sumieniu. Człowiek jest jak wprowadzony do zwierząt. Im dłużej tam jest, tym głębiej w to wchodzi. Żeby przetrwać, trzeba być twardym. Czy wiecie, że w więzieniu nie puszcza się filmów o rodzinie, obyczajowych?

A jakie?
Mordobicie na okrągło.

Twarde filmy dla twardych?
Po miękkich wpada się w depresję, samobójstwo można popełnić. A mordobicie spływa po człowieku jak woda.

A noc? Nie jest dla sumienia?
Więźniowie nie mogą spać. Nie mogą poradzić sobie z ciszą. Więzienie jest strasznie głośne, a potem jest nocna cisza, która zabija.

Myślałam, że więźniów zabija czas, który się wlecze, który trzeba odhaczać.
Nauczyłem się niezabijania czasu. Spostrzegłem, że ci, którzy mają duże wyroki, długowieczniacy, ciągle piorą. Grzeją wodę, wyciągają ubranie. Potem rozwieszają i suszą. Składają już czyste rzeczy równiutko. Po tygodniu wyciągają. I znów piorą. Zupełnie nienoszone. Ten teatr prania powtarza się bez przerwy. Albo coś dłubią. Któryś miał zreperować walkmana. Rozłożył go na części. Przez 15 godzin jak zahipnotyzowany przyglądał się każdej śrubce. Inni coś cyzelują.

A pan?
Zacząłem czytać książki. Różne, jak najwięcej. Zacząłem się uczyć. Przypatrywałem się. Poznałem 4,5 tysiąca osób. Siedziałem ze 1200 osobami w 74 celach. Rzucałem się na każdego nowo przyjętego jak wampir. Wypytywałem, jak tam jest, co się zmieniło. A potem następnego, który przyszedł.

Można się uczyć w oderwaniu od zewnętrznego świata? W beczce?
Łączność ze światem zapewniała mi prasa. Wyrywałem z tygodników artykuły, które mnie interesowały. Odkładałem na dwa tygodnie i zaczynałem czytać. Jeśli przetrwały próbę czasu, czytałem do końca. I robiłem następny zapas.

To było pana pranie?
...i znów czytałem. Moje pranie było po coś. Więźniowie prosili mnie o pisanie próśb. Adwokat nic nie robi w naszej sprawie, mówili. Miałem dobrą rękę. Prośby były zresztą opatrzone solidnymi paragrafami. Zdobyłem niezłe rozeznanie w prawie. Wyrywałem artykuły z żółtych stron „Rzeczpospolitej”.

Co panu więzienie zabrało?
Intymność. Kiedy się więzień chce załatwić, a inni jedzą, musi powiedzieć: „Jedzą. Nie jeść”. Potem musi ogłosić, że skończył. Wtedy oni mogą jeść dalej. Starsi więźniowie pierwszy raz karani długo nie są w stanie wydusić z siebie tego „jedzą, nie jeść”. Wstrzymują się z wypróżnianiem. Trzeba też obwieścić potrzebę puszczenia gazów. Wystawia się swą fizjologię na widok publiczny. To właśnie niszczy potrzebę intymności, delikatności. Jest już kilka więzień z oddzieloną ubikacją i tego problemu nie ma.

A resocjalizacja? Gdzie ona jest w tym wszystkim? Przecież głównie po to wsadza się ludzi za kraty, a nie tylko dla kary i z zemsty.
Nieprawda. Tam nic takiego nie może się zdarzyć. Nikogo nie naprawią. To niszczycielski system, unicestwiający godność. Tam są wyłącznie upokorzenia. Czasem to jest niby drobiazg. Prosiłem kiedyś o miskę, bo ta, którą mieliśmy, była dziurawa. Oni – że miski nie ma. A ja – że w magazynie są. Trzy tygodnie błagania o miskę. Mogłem napisać skargę do ministerstwa. Wyobrażacie sobie, jakby się uśmiali? Skarga o miskę.

Ale dlaczego jej nie dali, skoro mieli?
Służba więzienna to jest władza. Władza zawsze chce pokazać, że jest władzą.

Są jednak świetni klawisze. Mądrzy, po ludzku dobrzy.
Spotkałem i takich. Napiszcie o Romanie Bączkowskim z Włocławka, o Ryśku Seroczyńskim, poruczniku więziennictwa. To on zorganizował nam klub literacki: „Bartnicka 10”. Dzięki niemu napisałem pierwszą książkę i uwierzyłem, że mogę żyć nawet wśród krat. Mądrych psychologów też nie brakuje, ale ich ten system również przytłacza.

Powiada się: dołożyć im. Ciasno? To niech się tam poduszą. Telewizor? A co to – sanatorium?
Ci co tak mówią, niech pamiętają, że ci ludzie kiedyś wyjdą. I oni będą z nimi jechać tym samym tramwajem, spotkają ich na ciemnej ulicy. Pamiętam siebie, jak nienawidziłem w więzieniu ludzi, którzy trafili tam za wymuszanie haraczy. Jaki byłem dla więźnia, który kazał kobiecie rozebrać się do połowy, a potem polewał jej piersi wrzątkiem na oczach męża, który zapłacić nie chciał. Straszny byłem. I mam tę satysfakcję, że pokonałem więzienie. Inni nie są w stanie tego zrobić. I trzeba o tym pamiętać.

Nie pokonuje się więzienia w pojedynkę, prawda? Zawsze musi być ktoś, kto poda rękę.
I taki człowiek jest błogosławiony. Kiedy wyszedłem po raz pierwszy na przepustkę, poszedłem do Żydowskiego Instytutu Historycznego podziękować za pomoc, jakiej udzielili nam, kiedy organizowaliśmy w więzieniu wystawę o Holocauście. Potem poszedłem do Barbary Toruńczyk do „Zeszytów Literackich”, żeby podziękować za książki, które podarowała więzieniu. Chodziłem i chodziłem. Dostałem od takich ludzi nadzieję.

Nagle, jak iluminację?
Powiem wam dokładnie, kiedy to było: 2 stycznia 2000 r. Po reportażu Jerzego Morawskiego w „Życiu” i po nakręconym przez Krzysztofa Krauzego na podstawie scenariusza Jerzego filmie „Dług”. Ludzie zaczęli inaczej patrzeć na moją historię. Poznałem tylu życzliwych, bezinteresownych ludzi, że aż się w głowie nie mieści. Polityków też. Pomogli mi nie dla splendoru, ale po cichu, bez rozgłosu. Z różnych partii: Paweł Poncyliusz z PiS, Krzysztof Janik z SLD, Maria Szyszkowska, też z SLD, Jan Lityński z UW. Taki młody chłopak Michał Siudera z Federacji Młodych Socjalistów skrzyknął do współdziałania przybudówki młodzieżowe od prawa do lewa. Młodzi z SLD razem z tymi z PiS w mojej sprawie porozumieli się ponad podziałami i wspólnie organizowali poparcie dla mojego uwolnienia.

Jest pan wolny. I co teraz?
Chcę zapłacić za swój czyn. Więzienie nie wyrównuje rachunku. Zakładam stowarzyszenie Współodpowiedzialność. Chcę pomagać innym, żeby nie znaleźli się w miejscu, w którym ja wylądowałem. Każdy z poczuciem zagrożenia, każdy kto wpada w matnię, będzie mógł zwracać się do mnie, do nas. Będziemy pomagać, doradzać, kierować do mądrych ludzi, prawników, psychologów. Będę robił wszystko, żeby pomagać innym w ratowaniu godności, majątku, a czasem nawet życia. Będę walczył o ułaskawienie Artura Brylińskiego. To mój przyjaciel. Razem byliśmy w matni i obu nas skazano na 25 lat. Nie może być tak, że ja jestem wolny, a on ciągle prosi.

Odmawia pan wywiadów, ucieka dziennikarzom.
Zgodziłem się na wywiad dla „Polityki”, bo wobec waszego pisma też mam dług. Zwłaszcza wobec Piotrka Pytlakowskiego. Nie odmówiłbym wam. I dość. Rozgłos byłby w moim przypadku czymś niestosownym. Zamierzam, razem z moim przyjacielem pisarzem Michałem W. Pistoletem, napisać książkę „Spłacam dług”. Ale do folderu się nie nadaję.

Ożeni się pan, urodzi się panu syn...
Ci co wyszli z więzienia, tak robią. Pragną domu, rodzinnego ciepła. Nie będę się spieszył. Powtórzę jeszcze raz. Mam rodzinę: to moi przyjaciele. Urodziłem się po raz drugi, więc będę uczył się życia tutaj z rozmysłem i powoli. Z lektur w więzieniu zapamiętałem maksymę: nie zakotwiczaj statku na jednej kotwicy. Nie trzymaj życia na jednej nadziei.

Sławomir Sikora (ur. 1964 r.) jako młody człowiek zajął się biznesem, wikłając się w układy ze światem przestępczym. W 1997 r. został skazany na 25 lat więzienia za udział w zabójstwie dwóch gangsterów. Sprawa ta stała się kanwą słynnego filmu „Dług” Krzysztofa Krauzego. Sikora spędził w więzieniu, wliczając okres aresztowania, 10 lat. Od roku ze względu na stan zdrowia zezwolono mu na przerwę w odbywaniu kary. Zwracał się o ułaskawienie już dwukrotnie: w 2002 i 2003 r. O to samo stara się Artur Bryliński, skazany wraz z Sikorą. Bryliński został ułaskawiony w 2010 r. przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. Sikora pięć lat wcześniej przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.

Polityka 50.2005 (2534) z dnia 17.12.2005; Społeczeństwo; s. 98
Oryginalny tytuł tekstu: "Mam dług"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną