Klasyki Polityki

Lato 1939

Tatusiu, zapisz mnie na powstańca!

Żyjemy w czasach inscenizacji, zastępujących staroświeckie panoramy, gdzie wszystko musiało być jak żywe. Nawet nieboszczycy. Triumf inscenizacji to odnotowana w jednej z gazet prośba dzieciaka:

– Tatusiu, zapisz mnie na powstańca!

I niech ktoś powie, że to nie jest sukces polityki historycznej. Kto szuka, ten znajdzie, chociaż nie zawsze znajdzie to, czego szukał. Wróćmy do wizualizacji zdarzeń z przeszłości. Chyba jednak łatwiej odtwarzać sceny dramatyczne niż to, co je poprzedzało – klimaty codzienności, stan umysłów, samopocieszenia zrodzone z braku rzetelnej informacji, zatrucie propagandą niedopuszczającą myśli, że finał obejdzie się bez braw. To oczywiście marzenie nad stan, lecz chciałbym zobaczyć Warszawę w dniach poprzedzających wrześniową zawieruchę, wybuch wojny i pierwsze wybuchy bomb spadających z bezchmurnego nieba.

Ostrzegawcze buczenie syren – tak, to można sobie wyobrazić. Zresztą warszawiacy byli na to przygotowani. Kilka miesięcy wcześniej odbył się próbny alarm przeciwlotniczy i przeciwgazowy. Stał się on tematem rozmów, zawędrował nawet do kabaretu: Mira Zimińska w monologu „Zaciemnienie” opowiadała, jak to w schronie pomyliła w ciemności męża z sąsiadem, który już dawniej wpadł jej w oko. Osłupiały mąż nie miał pojęcia, dlaczego tak hojnie obsypany został całusami i pieszczotami. Ostentacyjna niefrasobliwość kabaretowego numeru nie powinna zdumiewać. Z głośników płynęło wybijane rytmicznie zapewnienie: „Nikt nam nie zrobi nic, bo z nami Śmigły-Rydz!”.

Niemcy zaś, wiadomo: czołgi mieli z dykty i tektury, głód skręcał im kiszki. Satyryk tak komentował zastąpienie czołgami i wozami pancernymi kawalerii:

Więc ten zapas motorów
Z prostej rzeczy wynika –
I Salomon by z czołgu
Nie usmażył befsztyka!
Tak czytają, czytają
Niemcy smutni i głodni,
Że bez koni skuteczniej,
Że bez koni wygodniej.
Ale cóż, gdy z tej wersji
Ku pociesze zrodzonej
Nawet koń by się uśmiał...
(Gdyby nie był zjedzony).

Celowo ograniczam się do przypominania ówczesnej twórczości satyrycznej. Jeśli miała wywołać reakcję widzów, słuchaczy, czytelników, musiała współbrzmieć z ich wyobrażeniami o polityce i świecie. Zaspokajać ciekawość, co tłumaczy, dlaczego zarówno w teatrze, w „Genewie” Shawa (ostatniej premierze Teatru Polskiego), jak i w teatrzykach pojawiał się Hitler. Sempoliński nie zawsze mógł jako Adolf H. śpiewać: „Ja chcę narody wszystkie uszczęśliwić, zacząłem od Czechów” – interwencje niemieckiej ambasady sprawiały, że nieraz charakteryzował się na doktora Goebbelsa. Za to jako Chaplin mógł bez przeszkód nucić: „Ten wąsik, ach, ten wąsik”, by nagle z Charliego przeistoczyć się w wiecowego krzykacza.

O Hitlerze nie zapomniano również w kabaretach grających w jidysz. – Co on zrobi, kiedy już znajdzie się w piekle? – pytał Norski-Nożyca. – I sam sobie odpowiadał: – Hitler będzie musiał przetłumaczyć „Mein Kampf” na hebrajski... Inny żart, z kabaretu Azazel: Berlin. Hitlerowiec obserwuje Żyda czytającego „Sturmera”.

– To nie jest gazeta dla ciebie, parszywcu! – wrzeszczy.

– Jak to nie dla mnie – słyszy po chwili. – A gdzie indziej mógłbym przeczytać, że Żydzi rządzą światem, trzęsą giełdą, powołują i obalają rządy, wszystko mogą. Czytam o tym i od razu mi jakoś raźniej.

Ktoś, kto podjąłby się inscenizacji ostatnich dni II RP, musi zauważyć rozmach i skuteczność ówczesnej propagandy. Pogróżki z Berlina to tylko strachy na Lachy. Jesteśmy mocarstwem, mamy sojuszników, którzy pospieszą nam z pomocą, o czym przekonała niedowiarków wizyta ministra Becka w Londynie. Nie dało się więc zauważyć objawów paniki. Gromadzenie zapasów, kupowanie mąki, cukru, kasz miało miejsce dopiero po ogłoszeniu mobilizacji, a i to na niewielką skalę. Fortyfikowanie miasta, przygotowywanie okopów traktowano jako okazję do towarzyskich spotkań.

Dążenie do konsolidacji, zjednoczenia społeczeństwa jedynie zaostrzało podziały. W „Prosto z mostu” Stanisław Piasecki oznajmiał: „Rozwiązanie kwestii żydowskiej w Polsce jest równie ważne jak obrona przed Niemcami”. W „Małym Dzienniku” wracał postulat, by ustawami nakłonić wiadomą mniejszość narodową do emigracji, pozbawiając ją wszelkich praw i majątków. Ale to nie było żadne odkrycie. Odkryciem lata 39 stał się Bałtyk – plaże nadmorskie odwiedziło więcej niż zazwyczaj turystów i urlopowiczów. To nie przypadek, lecz efekt nastrojów – w sierpniu miała premierę operetka „Panna wodna” Lawiny Świętochowskiego ze szlagierowym duetem „Morze, szumiące, kołyszące”. Akcję libreciści ulokowali na polskim okręcie wojennym.

W ostatnim, datowanym na 3 września, numerze „Wiadomości Literackich” Antoni Słonimski pisał: „Od dawna lud nasz modlił się, by nieba łaskawe obroniły nas przed »powietrzem, głodem i wojną«. O jakie to powietrze chodziło? Oczywiście, o zatrute powietrze, o powietrze morowe. Nie ma jeszcze wojny, nie ma głodu, ale morowe powietrze mamy. Morowość bije z powietrza rozedrganego falami radia. Wystarczy posłuchać stacji niemieckich czy włoskich, aby ta morowość ogłuszyła nas rykiem przemówień agitacyjnych...”. Ale sam Słonimski w wybuch wojny nie wierzył. Nie wierzyli w atak Hitlera skamandryci, nie wierzył Boy. A już chyba najbardziej nie wierzyła celebrytka Mira Zimińska. Nalot na Warszawę zaskoczył ją u fryzjera w Bristolu. Wybiegła na Krakowskie w lokówkach – i taką właśnie chciałbym ją zobaczyć w inscenizacji o pierwszych dniach września, gdzie zamiast barykad i małolatów, naśladowców Antka Rozpylacza będzie bezradność: oklejanie szyb w oknach paskami papieru, wsłuchiwanie się w głos spikera: „Uwaga, uwaga przeszedł, koma trzy. Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy”.

Ryszard Marek Groński

Polityka 34.2009 (2719) z dnia 22.08.2009; Groński; s. 89
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Jak komunikować swoje potrzeby

Jak wyrazić swoje potrzeby, aby inni je uwzględniali.

Anna Dąbrowska, Anna Dobrowolska
06.02.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną