Proces Mirosława Garlickiego

Doktor G. trzy lata później
Proces doktora Garlickiego wchodzi w drugą fazę. Przesłuchano ponad 200 świadków oskarżenia, teraz czas na świadków obrony.
Maj 2007: Mirosław Garlicki opuszcza areszt na warszawskim Mokotowie. Obok jego ówczesna adwokat Małgorzata Bentkowska - Kiczor
Krzysztof Miller/Agencja Gazeta

Maj 2007: Mirosław Garlicki opuszcza areszt na warszawskim Mokotowie. Obok jego ówczesna adwokat Małgorzata Bentkowska - Kiczor

Nad dokumentowaniem przestępstwa pracowało 18 prokuratorów okręgowych i kilkudziesięciu agentów CBA. A także biegli, którzy szukali fałszywych banknotów, narkotyków, pirackiego oprogramowania, płyt z pirackimi filmami. Na ławie oskarżonych zasiadło w efekcie 20 osób. Łączy je tylko tyle, że one albo ich rodziny leczyły się u doktora Mirosława G.

Teraz. Najwięcej zarzutów postawiono samemu lekarzowi, ponad 40, m.in. spowodowania śmierci pacjentów, molestowania seksualnego, łapówkarstwa i znęcania się nad personelem. Od tego pierwszego zarzutu wybronił Mirosława G. ten sam prokurator, który wcześniej napisał akt oskarżenia. Przed sądem oświadczył, że został wprowadzony w błąd, uległ autorytetom medycznym. Sąd uniewinnił lekarza.

Kobieta oskarżająca go o molestowanie zgłosiła się na infolinię, którą uruchomiło CBA już po aresztowaniu. Ma do doktora żal, że jej mama umarła mimo operacji. Zeznała: jej partner zawsze wyczuwa mężczyznę, który na nią leci, i wtedy też coś wyczuł. Oraz że doktor zadarł jej spódnicę pod pretekstem rzekomego badania tętnic. Sąd będzie musiał ocenić wiarygodność tych zeznań. Partner, mimo wezwań, nie stawia się w sądzie. Osobno toczyło się dochodzenie w sprawie znęcania się Mirosława G. nad żoną. Zostało umorzone.

Są jeszcze zarzuty o korupcję. Pokazywały to wszystkie telewizje – pani przychodzi z książką i mówi: „Tak jak się umawialiśmy”. Na zdjęciach widać, że w środku jest koperta. W telewizyjnych urywkach nie pokazano jednak, że wcześniej ta sama pani była w gabinecie z pieniędzmi, a dr G. ją odprawił i poprosił o książkę. Uzbierało się sporo podobnych ujęć: lekarz wyrzuca z gabinetu chcących coś wręczyć. Ta część materiałów CBA służy teraz obronie.

Choć w paru wypadkach koperty zostawały na stole, zwykle po operacji. Ci, którzy je położyli, też się potem zgłaszali na infolinię, mówiąc, że sami nie wiedzą, czy popełnili przestępstwo, czy wyrazili wdzięczność. Sąd będzie musiał więc się uporać z definicją łapówki.

Wreszcie mobbing: w sądzie przesłuchano już ponad 200 osób, świadków oskarżenia, z których gros zeznaje jednak życzliwie dla doktora. Niektórzy mówią, że to najlepszy ordynator z jakim pracowali.

Kiedyś. Być może nie byłoby całej tej sprawy, gdyby dr G. – wtedy znany jako Mirosław Garlicki – nie przyjechał do Warszawy z Krakowa. Był  2001 r. Wydawało się, że osiągnął sukces. Nawet jego mentor prof. Antoni Dziatkowiak podkreślał, że do innego miasta nie puściłby go od siebie, ale stolica to stolica. Garlicki obejmował oddział kardiochirurgii w szpitalu MSWiA przy ul. Wołoskiej po prof. Zbigniewie Relidze, któremu właśnie udało się zrealizować cel życia – w macierzystym szpitalu w podwarszawskim Aninie stworzyć kardiochirurgię według własnego pomysłu.

Ówczesny szef szpitala przy Wołoskiej, doc. Marek Durlik pamięta, że decyzję o odejściu profesora z Wołoskiej do Anina przyjął z ulgą. Nie zgadzali się co do koncepcji oddziału i oceny efektów pracy. Dyrektor pamięta też jednak, jak słynny profesor wściekł się, słysząc, kto ma objąć po nim fotel. Opowiadał coś o ukradzionym sercu do przeszczepu, które Garlicki miał wyszarpać dla jakiegoś biskupa, wystawiając pacjenta Religi na pewną śmierć, ale ta historia się nie potwierdziła. Na obrady komisji konkursowej profesor przyniósł teczkę z papierami, które miały zdyskredytować kandydata. Nikt nie chciał tego przejrzeć, profesor wyszedł więc, trzaskając drzwiami.

Kandydatury, które Religa sam forsował, były ponoć dyskusyjne. Jeden lekarz z góry uprzedzał, że wybiera się na emeryturę, wobec drugiego, młodszego, toczyło się postępowanie prokuratorskie. Plotkowano więc, jakoby profesor planował przytrzymać ordynaturę dla syna, też kardiochirurga (który, pytany o to, prosi jednak, by zwrócić uwagę choćby na ten fakt: gdy po maturze nie dostał się na studia medyczne, przez rok pracował jako pielęgniarz, bo ojciec uważał, że załatwianie mu czegoś byłoby niemoralne).

Niechęć prof. Religi do doktora Garlickiego była jednak dużo wcześniejsza niż sprawa ordynatury. Już na początku lat 90. profesor w prasie wspominał o młodszym koledze zawsze negatywnie, choć lekarz dopiero startował w zawodzie. W środowisku tłumaczą rzecz współzawodnictwem między prof. Religą a mentorem Garlickiego prof. Dziatkowiakiem. Bo to Dziatkowiak, a nie Religa przeprowadził pierwszy przeszczep serca w Polsce – wspólnie ze swoim mistrzem, prof. Mollem. Lecz pacjent umarł im na stole i zaniechali prób. Jako pionier w społecznej świadomości funkcjonuje Religa, który podobny przeszczep przeprowadził 20 lat później. Pacjent też zmarł, ale nie od razu. W świat poszło, że za żelazną kurtyną udało się pionierowi – Relidze. Bywa jednak, że ktoś to prostuje. Garlicki był najzdolniejszym uczniem Dziatkowiaka.

Później. Przyjechał więc do Warszawy. Był luty 2001 r. Wynajął mieszkanie nieopodal szpitala, w Krakowie zostawił szeregówkę kupowaną na kredyt. Mieli z dyrektorem Markiem Durlikiem spójną wizję: menedżer szpitala chciał, żeby placówka zarabiała. A zarobić można, wykonując bardzo dużo operacji bez powikłań. Lekarz miał ambicję, by jak najwięcej operować, brać się za najtrudniejsze przypadki. Na przykład – osoby w starszym wieku. Albo te, których inne ośrodki nie chciały. Najstarszy pacjent z przeszczepem miał 96 lat, przeżył.

Garlicki miał też wyćwiczony na stypendium w Ameryce styl: żelazna dyscyplina septyczna, ścisłe procedury. Plus formowanie zespołu metodą naturalnej selekcji. Tłumaczył: w Stanach młody lekarz, kandydat na kardiochirurga, przez pierwsze 7 lat po studiach właściwie nie wychodzi ze szpitala. Im więcej operacji, tym lepiej. Musi nabrać rutyny, zanim branie się za coraz trudniejsze przypadki przestanie mu sprawiać przyjemność, a organizm zacznie szwankować. Garlicki chciał wyszkolić czwórkę, piątkę lekarzy wszechstronnych, wybierając najlepszych z tych, którzy trafią w jego ręce. Ci mieli w ciągu 5 lat wyszkolić po dwóch innych. I tak, w perspektywie 10 lat, powstać miał silny zespół kardiochirurgów.

Początek rządów Garlickiego na oddziale: troje lekarzy odeszło razem z Religą, zostało ośmioro: pięciu młodych, tuż po studiach, i trzy osoby z doświadczeniem, ale bez specjalizacji. Skromnym zespołem zrobili jednak zaraz w pierwszym roku ponad 700 operacji, czyli ponad dwa razy więcej, niż pod kierownictwem prof. Religi przeprowadzono w sześć lat. W 2007 r., w którym aresztowano Garlickiego, planowano wykonać ich tysiąc.

Garlicki wierzył, że się uda, jeśli zacznie się od podstaw. A więc: śluzy antyseptyczne, obowiązkowe mundurki i białe skarpetki, bo tylko na takich widać krew, czyli siedlisko bakterii. Zakaz palenia i noszenia kolczyków. I nowoczesny sprzęt, na który trzeba jednak zarobić operacjami. Wywalczył zdecydowanie większe pieniądze dla zespołu. Ale i inny ich podział: zamiast nadgodzin – premie za każdą operację do proporcjonalnego podziału między lekarzy i instrumentariuszki. Pod warunkiem, że operacja przebiegła bez powikłań. Sam Garlicki nie brał tych premii. Swoją część dzielił między personel.

Za to zabrał lekarzom z dyżurki telewizor. Opowiadali potem: wpadł i odciął kabel. Bywało, że się wściekał i mówił podniesionym głosem, jak wtedy, gdy pielęgniarka wyznaczona do monitorowania urządzeń w izolatce, gdzie leżał chłopak z zerową odpornością po przeszczepie, poszła sobie, zostawiwszy otwarte drzwi na korytarz. Choć, jak często zeznają dzisiaj świadkowie oskarżenia, niespecjalnie się w tej kwestii różnił od innych ordynatorów. Może tylko tym, że nie klął nad stołem operacyjnym. Bo większość sław jednak klnie.

Potem. Dawni podwładni wytykają mu dziś, że jako szef się nie sprawdził. Nie doceniał, że się poświęcają, nie widział, że są zmęczeni, nie chwalił. Potrafił powiedzieć człowiekowi, że się nie nadaje. A Religa był inny.

Dziś część kolegów ocenia, że brać się w ósemkę za coś, co powinno robić dwadzieścioro, to był błąd podstawowy. Może należało po prostu mniej operować? Choć niekiedy dodają, że jeszcze większym ryzykiem był ten eksperyment, żeby szef z konkurencyjnego ośrodka wszedł między ludzi z wrogiego obozu, zamiast przywieźć sobie swoich, zaufanych.

Dyrektor Durlik pamięta, że Garlickiemu już od wejścia na oddział towarzyszył trudny do zrozumienia, podskórny opór załogi. Wciąż przychodzili się skarżyć. A to, że gdy coś się dzieje z pacjentem, którego operowali, szef ściąga ich do szpitala, zamiast zlecić problem koledze dyżurnemu. A to, że za nieudane operacje nie wypłaca premii. Że nie daje urlopu. Że mają pomagać przy myciu pacjenta, jeśli pielęgniarek jest za mało. Choć Garlicki też mył.

Dyrektor doradził ordynatorowi, by zrobił imprezę integracyjną dla zespołu. Ale potem mówili, że Garlicki urządził sobie ich kosztem fetę w Pułtusku, chcąc się popisać tysięczną operacją. Wprowadzono dni wylewania łez, spotkania, podczas których każdy z zespołu miał się wygadać. Wspólnie wymyślali propozycje naprawcze, ale potem sami nie przestrzegali ustaleń.

Nie rozumieli go. Nawet to, że jeździł do pracy tramwajem, drażniło. Mówili, że pozer (pierwszy samochód kupi dopiero, gdy się ożeni, na życzenie żony: wyklepane w zakładzie wdzięcznego pacjenta używane BMW).

Z czasem dyrektor szpitala odkrył, że doktorzy po kryjomu wynoszą dokumentację medyczną prof. Relidze, który przegląda ją pod kątem ewentualnych błędów Garlickiego. W dodatku sypało się Garlickiemu to świeże, zawarte w 2004 r. małżeństwo.

W 2004 r. prof. Dziatkowiak napisał do dyrektora Durlika, że zaczyna się bać o swojego pupila, bo Garlicki jest zniechęcony, zmęczony i że jego zdaniem genialny chirurg się wypala. Ale Garlicki nie chciał zrezygnować. Dziatkowiak mówił o nim: tylko granatem da się oderwać od stołu.

Akcja. O tym, że mają go aresztować, Mirosław Garlicki dowiedział się już jesienią 2006 r. od kogoś na oddziale. Uznał to za bzdurę.

Informację przyniosła do szpitala Honorata K., pielęgniarka. Latem 2006 r. zacieśnił się jej kontakt z dawnym kolegą ze studiów i szybko zostali parą. Narzeczony mówił, że pracuje w policji, potem się okazało, że to CBA. Przed sądem po trzech latach Honorata K. opowie, że kolegę szczególnie interesowały wątpliwe przypadki na oddziale, zwłaszcza zaś te dwa, które potem, według aktu oskarżenia, miały okazać się zabójstwem. Wynosiła mu więc dokumenty, odpytywała chorych, szukała niezadowolonych.

Do trojga byłych pacjentów pojechali razem aż pod Rzeszów. Wpadli ok. 22, a Honorata pod zmyślonym pretekstem, że jej wujka też czeka operacja, zaczęła wypytywać, ile trzeba dać Garlickiemu. Jedna z nagabywanych mówiła, że nic nie dała, ale zapisali: dała, lecz nie chce powiedzieć ile. Zeznania tych pacjentów posłużą potem do sporządzenia wniosku o założenie kamery w gabinecie doktora. A Honorata K. skonstatuje przed sądem, że też czuje się ofiarą tej historii: została wykorzystana, agent mówił o ślubie, w połowie stycznia zniknął, przestał odbierać telefony.

12 lutego 2007 r. agenci CBA wpadli do szpitala, zatrzymując trójkę lekarzy. Zajrzeli też do dyrektora. W Aninie, mówili, u prof. Religi czeka w pełnej gotowości zespół kardiochirurgów gotowych natychmiast przyjechać i wykonać zaplanowane zabiegi. Dyrektor nie zgodził się, parę dni później złożył rezygnację, odszedł ze szpitala.

Tymczasem Polska zaczęła żyć aferą doktora G. Minister sprawiedliwości urządził pamiętną konferencję, w reklamówce PiS lekarz wystąpił jako czarny charakter. Telewizja do znudzenia powtarzała parę scen: pieniądze, które zabezpieczono w jego domu, bo na swoje nieszczęście dzień wcześniej wypłacił je z banku na zakup nowszego samochodu. Butelki, wieczne pióra, wszystko to, czego przyjęcia niezręcznie odmówić. I tę panią, która przychodzi z książką, „tak jak się umawiali”. I przebitki na ręce w kajdankach. Należące zresztą do innego z aresztowanych tamtego dnia lekarzy.

Ruszyła gigantyczna machina. Infolinia, gdzie całą dobę zbierano głosy niezadowolonych z usług doktora G. Przeszukania – w domu lekarza, u jego rodziców, u Bogu ducha winnego człowieka w kawalerce, którą G. zdążył sprzedać, żeby kupić swoją szeregówkę. Przesłuchania świadków – kilkaset osób. Tymczasem Mirosław G. siedział w areszcie i wciąż słyszał, że nie wyjdzie już nigdy.

CBA ostro traktowało też ewentualnych świadków oraz oskarżonych, którzy nie omieszkają poskarżyć się potem przed sądem na szantaże, nocne przesłuchania, wielogodzinne oczekiwania na różnych korytarzach albo na wielokrotne, niespodziewane zatrzymania wprost z ulicy, choć przecież można było wezwać, to człowiek by przyszedł i zeznał, co wie. Panią J.M., oskarżoną o włożenie w książkę tysiąca złotych łapówki po operacji, zabrano wprost z samochodu w środku nocy, po trwającej 19 godzin podróży. Dzieci zostały w aucie. Potem z zaskoczenia zabierano ją jeszcze dwa razy i nie miał kto odebrać dzieci ze szkoły.

Kardiochirurdzy się podzielili. Część pisała apele, że oskarżanie lekarza o morderstwo przy stole operacyjnym to mylenie pojęć. Ale największy polski autorytet w dziedzinie kardiologii, minister zdrowia prof. Zbigniew Religa wziął stronę swojego rządu. Na konferencji prasowej przekonywał, że dranie i świnie znajdują się w każdym środowisku. Napisał opinię – jedyną niekorzystną dla Garlickiego. W książce o sobie poświęcił mu cały rozdział. Mówił o tamtym biskupie i wadach charakteru młodszego kolegi.

Bardzo przeżył, gdy w maju 2007 r. wygwizdała go pełna sala lekarzy. Łapał potem każdego z kolegów z osobna, przekonywał, że prawdę o G. ujawni dopiero proces. Zmarł w marcu 2009 r.

Dalej. Sprawa Garlickiego w fazę są­dową weszła jesienią 2008 r., półtora roku od zatrzymania lekarza. Oskarżony wziął adwokata, ale broni się sam: zadaje pytania, udowadnia sprzeczności, i to są te momenty, kiedy znów gra pierwsze skrzypce. Bo poza tym bywa nerwowy, rozchwiany, depresyjny. Jego znajomi mówią, że ma obsesję CBA i podsłuchów.

Choć z drugiej strony widać, że służby nie przestały pilnować tego procesu. Ginie korespondencja przesyłana do sądu przez wiernych doktorowi pacjentów. Co jakiś czas okazuje się, że jakiś świadek został przez pomyłkę wezwany do CBA na parę dni przed datą składania zeznań w sądzie i trochę go przestraszono. W dodatku były pacjent, człowiek służb, powiedział G. ostatnio, że będą go obserwować, a być może i podsłuchiwać jeszcze przez 5 lat, bo takie są procedury. G. pomyślał o wyjeździe za granicę.

Choć ma propozycję z Polski: prywatny szpital w Krakowie, który zatrudnił również Marka Durlika, byłego menedżera w szpitalu MSWiA, by stworzyli coś na miarę tamtego szpitala oraz własnych marzeń. Kłopot, że oddział kardiochirurgii wciąż nie może wystartować.

Kłopot kolejny, że podobne szpitale na całym świecie mają tę właściwość, że zatrudniają sławy, żeby robiły bypassy. Nie lubią trudnych przypadków, skomplikowanych operacji i medycznych wyzwań, bo to więcej kosztuje i w razie niepowodzenia źle wygląda w statystykach. A Garlicki deklaruje przyjaciołom, że nie odnajdzie się w medycynie ograniczonej do prostych spraw i bypassów.

Kardiochirurgia w szpitalu MSWiA w Warszawie już nie istnieje. Nie znalazł się nikt, kto potrafiłby ten oddział poprowadzić. Garlicki bardzo się zdenerwował, gdy na sali sądowej okazało się, że jego dawny perfuzjonista – rzadkiej specjalności, specjalista od utrzymywania krążenia – siedzi teraz na recepcji, odbiera telefony. Z nim też nie wiadomo co zrobić.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną