Kraj

Kierownika siła

Po co komu SLD?

Grzegorz Napieralski Grzegorz Napieralski Adam Kozak / Agencja Gazeta
Przeciwnicy Napieralskiego stawiają na Szmajdzińskiego. Cimoszewicz nie wierzy w SLD. Kwaśniewski mówi, że Sojuszowi brakuje lidera. Po co komu taka partia?

Im bliżej konwencji SLD, która zbierze się 19 grudnia, tym podobnych stwierdzeń i pytań jest więcej. Gdyby policzyć wszystkie ciosy, jakie przewodniczący SLD zebrał w ostatnich miesiącach, można byłoby go uznać za polityka pokonanego, bez przyszłości. Włodzimierz Cimoszewicz, będący ciągle autorytetem nie tylko dla lewicy, ale także popularnym kandydatem do prezydentury dla tych, którzy nie chcą starcia Kaczyński-Tusk, nie pozostawia na obecnym przywództwie SLD suchej nitki. Leszek Miller nie ukrywa, że Napieralski musi się jeszcze wiele nauczyć, a nauka idzie mu generalnie słabo.

Żywiołem Napieralskiego jest jednak gra, a także zdolność poruszania się w gronie partyjnego aparatu, któremu składa się mile brzmiące obietnice. Tymczasem wewnętrzna opozycja, która nie zanika, ale po prostu okresowo milknie, bardziej lubi sejmowe kuluary, w których można sobie ponarzekać, ale tak, aby na wszelki wypadek zbytnio się nie narażać. Bo przecież ostatecznie to przewodniczący będzie decydował o kształcie list w wyborach samorządowych, o kandydatach na prezydentów, wójtów i burmistrzów, kandydacie do prezydentury i wreszcie o miejscach na listach do parlamentu. Opozycja chciałaby więc coś zmienić, a już zwłaszcza przewodniczącego, ale staje bezradna wobec tych, którzy mają władzę.

Opozycja tęskni za dawnymi czasami. Za spokojem Aleksandra Kwaśniewskiego, za kanclerstwem Leszka Millera, który wprawdzie partię doprowadził na skraj przepaści, ale przedtem zapewnił jej wielkość. Nostalgicznie snuje więc plany, że nową lewicę można byłoby zbudować wokół Jolanty Kwaśniewskiej, bo ma wysoką pozycję w prezydenckich sondażach. Ale te plany to raczej dowód naiwności, a nie politycznej przenikliwości.

Może jeszcze raz chciałaby spróbować patronatu Aleksandra Kwaśniewskiego, chociaż dotychczasowe kończyły się mało błyskotliwie, a bywało, że z pewną konfuzją. Kto tam zresztą wie, czy Kwaśniewskiemu dziś nie bliżej do Andrzeja Olechowskiego, jeśli ten zdecyduje się jednak na start w wyborach prezydenckich, niż do Napieralskiego, z którym dzieli go praktycznie wszystko. Wewnątrzpartyjna opozycja liczyła też na Włodzimierza Cimoszewicza, chociaż wie dobrze, że ten żadnej partii nie stworzy. Zawsze był politycznym solistą, czasem mocno kapryśnym. Cimoszewicz mógłby patronować jakiemuś większemu przedsięwzięciu zjednoczonej centrolewicy, ale tego akurat Napieralski nie chce.

W czasach, gdy polityka ma być do bólu pragmatyczna, mistrzowską klasę osiąga ten, kto potrafi rozprowadzić politycznych konkurentów. W tej zaś sztuce Napieralski w SLD nie ma sobie równych. Ma też grono swoich młodych żołnierzy, którzy skutecznie wykopują podział na nowych – prężnych i dynamicznych, oraz starych – coraz bardziej sfrustrowanych. Napieralski walczy więc, a reszta się snuje, pielęgnując swoje niezrealizowane ambicje i wspomnienia, z pewnym spokojem nawet patrząc, jak partia zmierza ku przepaści. Bo że przepaść już widać, partyjna opozycja nie wątpi.

Na dwa tygodnie przed konwencją, która zapowiadała się jako przełom, wszystko się uspokoiło. Przewodniczący raz jeszcze okazał się niezłym rozgrywającym. Ułożył personalną układankę mniej więcej tak: Jerzy Szmajdziński, postrzegany przez Napieralskiego jako główny konkurent, zrealizuje swoje ambicje startując w wyborach prezydenckich. Aleksander Kwaśniewski Sojuszu nie skrytykuje, bowiem sam na Szmajdzińskiego od lat stawia. A słaby wynik kandydata (dobrego jakoś nikt się nie spodziewa) podważy pozycję obecnego wicemarszałka Sejmu w SLD i wyeliminuje go jako konkurenta do przywództwa w partii.

Wojciech Olejniczak powalczy o prezydenturę stolicy, zdobywając kilka procent głosów. Przypomni o sobie na chwilę i znów jako europoseł zniknie w Brukseli. Ryszarda Kalisza już tak zniechęcono, że coraz poważniej myśli o zakończeniu politycznej kariery. Napieralski przyjąłby to z ulgą, bo Kalisz cieszy się wzięciem mediów, a co za tym idzie, większą niż przewodniczący popularnością. Na wszelki wypadek, w ramach „ujednolicenia” przekazu medialnego, przed konwencją Kaliszowi próbowano zamknąć dostęp do mediów.

Jednolity przekaz byłby taki: SLD podczas konwencji nie będzie się zajmować nieważnymi w gruncie rzeczy sprawami personalnymi, co pozytywnie odróżni go od innych ugrupowań, ale skupi się na programie dla Polski. A w nim postawi na sprzeciw wobec rządów liberałów, przyspieszenie wzrostu gospodarczego, równość szans dla wszystkich, obronę rencistów i emerytów, integrację europejską. I jeszcze opowie się przeciwko klerykalizacji życia publicznego w Polsce, za refundacją in vitro oraz innymi kwestiami, w których zawiera się kanon lewicowych wartości.

Jakich? Na pewno nie takich, które kierowałyby Sojusz bardziej w kierunku centrum, bo przecież była już centrolewicowa koalicja LiD i się nie sprawdziła. Teraz ma być po prostu lewicowo. Jak lewicowo? Trudno dopytać. W SLD myśli się kategoriami pragmatycznymi, opozycyjnymi, kontakty ze środowiskami intelektualnymi nie są zbyt ożywione, gdyż przewodniczący Napieralski nie ma wiele czasu, podróżując i spotykając się z aparatem, zacieśniając alianse z OPZZ, bo to siła, której słaba partia lekceważyć nie może.

Ponadto Sojusz będzie pierwszą partią, która uchwalając program rozpocznie praktycznie oficjalną kampanię przed wyborami samorządowymi i prezydenckimi. Ma to znaczenie, gdyż jako partia o nie najwyższych notowaniach musi w promocję kandydatów włożyć więcej czasu i wysiłku. Ten postulat Jerzy Szmajdziński zgłaszał od dawna i zostanie on spełniony.

W ten sposób Napieralski sprawia, że wilk syty i owca cała, jego pozycja nie ulega zagrożeniu. Ale czy rozstrzyga jakiekolwiek dylematy, odnoszące się już nie tylko do SLD, ale do przyszłości lewicy w Polsce? Otóż nie rozstrzyga praktycznie niczego, tworzy sytuację przejściową, w której Sojusz jest nadal po stronie lewicy głównym graczem, ale takim na 10 do 12 proc. głosów w wyborach, 30, 40 mandatów w przyszłym Sejmie, co tylko konserwuje status quo.

A status quo to brak określenia stanowiska w najważniejszych dziś kwestiach – wobec wyzwań ekonomicznych i społecznych (gra na kryzys słabo wyszła, bowiem z kryzysu jakoś na razie się wywijamy), stylu opozycyjności, a także partyjnej formuły. Jeżeli bowiem SLD przejdzie raz jeszcze w miarę suchą nogą przez kolejny wyborczy cykl (a „sucha noga” oznacza w tym przypadku co najwyżej stabilizację na niskim poziomie i lata w opozycji, co każde ugrupowanie frustruje i prowadzi do wewnętrznej destabilizacji), to rozkwitu w przyszłości nie widać.

Widać to samo co obecnie: kryzys przywództwa, wokół którego gromadzą się wprawdzie zastępy wojowników w stylu PiS (kariera Bartosza Arłukowicza w komisji hazardowej jest tu dobrym przykładem), ale powoduje to tylko coraz większą nieumiejętność odróżniania się od partii Kaczyńskiego. Widać brak selektywnej opozycyjności wobec rządu PO i PSL (na co słusznie zwracał uwagę właśnie Włodzimierz Cimoszewicz, dziś być może najostrzejszy krytyk Sojuszu). I widać czekanie, że wreszcie Platforma się potknie i tak się jakoś stanie, że na tym potknięciu utuczy się SLD, bo przecież Sojusz dla wielu wyborców PO jest partią drugiego wyboru.

Napieralski mógłby powiedzieć: jesteśmy partią programu. W tej kadencji Sejmu złożyliśmy już projekty prawie 50 ustaw, poparliśmy rząd w tak ważnej sprawie jak emerytury pomostowe, poparliśmy reformę szkolnictwa, dzięki której sześciolatki mogą pójść do pierwszej klasy, pomogliśmy odrzucić prezydenckie weto w sprawie rozdzielenia stanowiska ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Nasz projekt reformy CBA odrzucono już w pierwszym czytaniu, bo PO nie skorzystała z naszej propozycji. Dlaczego nikt tego nie widzi? Dlaczego wszyscy widzą tylko koalicję medialną z PiS, która nie była przecież marzeniem partii?

Siły partii nikt jednak nie mierzy liczbą zgłoszonych projektów ustaw. Sporo z nich powstało jeszcze w czasach istnienia LiD, która była jednak formacją twórczą, pomostówki były już dawno, jeszcze za czasów Olejniczaka, który nie ukrywał woli selektywnej współpracy z PO. A koalicja medialna z PiS była jednak momentem przełomowym.

Pokazała ona nie tylko gotowość do współpracy z największym dotychczas wrogiem, czyli w sposób bezwstydnie jawny zaprzeczyła wcześniej głoszonym hasłom. Odsłoniła także te skłonności SLD, które już kiedyś były przyczyną zapaści – dążenie do podziału państwa na strefy partyjnych wpływów, rzucanie się na stanowiska za każdą cenę. W tym sensie ta koalicja ma znaczenie wręcz symboliczne, nawet jeżeli Robert Kwiatkowski, główny doradca medialny Napieralskiego, wierzy, że dzięki porozumieniu stworzy enklawę telewizji naprawdę profesjonalnej w morzu nieprofesjonalizmu PiS.

Życie partyjne w głównym nurcie Sojuszu toczy się więc utartym trybem. Jest nas nieco więcej w telewizji, jesteśmy bardziej bojowi w nowej komisji śledczej. A media pytają przewodniczącego o zdanie w każdej sprawie, choć nie zawsze emitują. A że wokół kręci się jakieś grono malkontentów? Cóż, mogli się do nas przyłączyć, wszak od dawna przewodniczący Napieralski mówił, że liczy się tylko szyld SLD.

Mieliśmy już w jednym sondażu 17 proc., powtarza z dumą przewodniczący. Tyle że w następnym było już tylko osiem. Po konwencji będzie lepiej, mówią działacze SLD, a w kampanii wyborczej jeszcze lepiej. Ponadto nikt przecież nie obiecywał, że SLD odrodzi się szybko. To musi być jednak długi marsz.

Na razie najważniejszy jest jednolity przekaz przed konwencją i takie wewnętrzne ułożenie się, aby nikomu nie przyszło do głowy kwestionować pozycję przewodniczącego. Jeden, dwa krytyczne głosy nie zaszkodzą. Partia jest wszak demokratyczna. Czyli wszystko jest w porządku.

I właściwie obawa jest jedna: żeby tylko ktoś nie namówił Włodzimierza Cimoszewicza do startu w wyborach prezydenckich, bo to mogłoby dopięte już scenariusze nieco, a może nawet całkowicie zburzyć. Cimoszewicz w puszczy jest rozwiązaniem najlepszym. I najbezpieczniejszym.

Polityka 50.2009 (2735) z dnia 12.12.2009; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Kierownika siła"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Szkoła bardzo szkodzi. Uczniom, demokracji, światu

Rozmowa z dr. Mikołajem Marcelą o fatalnych skutkach kultywowania XIX-wiecznej formuły szkoły, wychowywaniu do autorytaryzmu i o tym, jak można to zmienić.

Jacek Żakowski
18.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną