Polacy z elitarnych uczelni US Army

American dream w panterce
Polska armia wysłała ich na najlepsze amerykańskie uczelnie wojskowe. Zainwestowano w nich dziesiątki tysięcy dolarów. Zapomniano tylko po co.
Maj 2009: promocja oficerska na akademii West Point
BEW

Maj 2009: promocja oficerska na akademii West Point

Komandor porucznik Piotr Nieć skończył akademię US Navy. Dziś dowodzi największym polskim okrętem: fregatą 'Generał Pułaski'
Łukasz Głowala/Forum

Komandor porucznik Piotr Nieć skończył akademię US Navy. Dziś dowodzi największym polskim okrętem: fregatą "Generał Pułaski"

Kadet w amerykańskiej uczelni ma do wyboru sześć odpowiedzi. Dobrze widziane są dwie: yes sir, no sir. Można jeszcze powiedzieć, że się nie wie bądź nie rozumie, ale w sumie kogo obchodzi, co myśli takie zero jak kadet? Zresztą on ma nie myśleć, ale słuchać. Kadet ma siedzieć na jednej trzeciej krzesła. Nogi i kostki razem. 45 stopni pomiędzy butami, ręce z pięściami na kolanach. Siedzieć prosto i nie oglądać się na boki. A jak kadet nie siedzi, to ma biegać. Biega się po kwadracie, bo tak zbudowana jest akademia. Zakręca się pod kątem prostym. Salutuje zawsze i wszędzie. Zawsze i wszędzie trzeba umieć opisać wszystkie medale, stopnie i wymienić najważniejszych generałów.

Wszystko to kadet ma zapisane w złotej książeczce. Jeśli nie wryje tego głęboko w swój kadecki mózg, to szybko pożegna się z uczelnią, która bynajmniej nie mieści się w Chinach czy w Rosji, ale w USA. Konkretnie w Colorado Springs i wbrew opisowi nie kształci bezwolnych idiotów, ale elitę amerykańskiej armii. Pierwsze miesiące w uczelni celowo są tak przykre, żeby ok. 10 proc. kadetów się załamało i odeszło. To są te najsłabsze ogniwa. Co prawda przeszły sito intelektualnej i sprawnościowej selekcji, ale miały ukrytą rysę w charakterze, której w inny sposób nie dało się wyłuskać.

Kajetan Łapczuk nie miał takiej rysy. Wysłany do Colorado Springs w 2007 r., świetnie przeszedł szkolenie podstawowe i ponownie otworzył drogę na uczelnię kolejnym polskim kadetom. Choć tak naprawdę drogę tę otworzył amerykański podatnik, bo Polacy za swoje studia płacić nie muszą. Gdyby musieli, pewnie grzecznie byśmy podziękowali za udział w programie. Wydać 40 tys. dol. rocznie na edukację jednego człowieka, to ciągle nie mieści się w budżetach polskiej armii.

Dzięki Łapczukowi kolejni polscy kadeci wiedzieli, że przez pierwszych parę miesięcy jakiś sierżant w nienagannie wyprasowanym mundurze będzie ich wbijał głosem w ziemię, z odległości kilku milimetrów od twarzy. Ale już na drugim roku to oni przejmą jego obowiązki. – Podstawowym zadaniem tej uczelni jest kształcenie przyszłych dowódców i śmiało mogę powiedzieć, że akademia doskonale realizuje ten cel – mówi Krzysztof Reszka, który jest na pierwszym roku w Colorado Springs. – Praktycznie wszystko tutaj jest oddane w ręce kadetów. Oficerowie głównie nadzorują. To my w kolejnych klasach ustalamy zasady panujące w szwadronach, organizujemy treningi militarne, dajemy własne wykłady, dowodzimy młodszymi rocznikami. Jest to po prostu miniwersja przyszłych obowiązków. Odbywa się wiele dodatkowych lekcji z oficerami, którzy uczą poprawnego dowodzenia.

W rankingu „Forbesa” akademia jest w pierwszej dziesiątce najlepszych uniwersytetów w USA. Zresztą jej program niewiele ją różni od uczelni cywilnych. – Szkoła z nazwy jest wojskowa, ale można ją ukończyć np. z dyplomem z historii sztuki. Filozofia edukacji oficerów w USA opiera się na przekonaniu, że w akademii należy im dać solidną podstawę wiedzy z różnych dziedzin i kreować ich na liderów. A prawdziwej wojaczki uczyć już po studiach na specjalistycznych kursach – tłumaczy Piotr Błazeusz, który, choć ukończył Akademię Sił Powietrznych w Colorado Springs, nigdy nie zasiadł za sterami samolotu.

East Point na West Point

Propozycję kształcenia kadetów na amerykańskich uczelniach Polska otrzymała zaraz po tym, jak ostatni radziecki żołnierz opuścił jej ziemię. – To była dla nas zupełna nowość – wspomina Józef Buczyński, emerytowany generał i były szef wojskowego departamentu kadr. – Na zagraniczne studia wysyłaliśmy tylko doświadczonych oficerów. Z reguły takich, wobec których mieliśmy generalskie plany. Kadet, nawet najlepiej się zapowiadający, to jednak duża niewiadoma. Ale Amerykanie nalegali, żeby kształcić młodzież. Myślę, że działali w myśl amerykańskiego przysłowia, że starego psa nie uczy się nowych sztuczek.

Chętnych na pierwszy rzut postanowiono wytypować z Wojskowej Akademii Technicznej i Akademii Marynarki Wojennej, bo te uchodziły za kuźnie najbystrzejszych polskich oficerów. Podstawą do udziału w programie była świetna znajomość języka angielskiego i wzorowa kondycja fizyczna. Testy przeprowadzali Amerykanie. Za próbę ściągania z miejsca wyrzucano za drzwi. Z zakwalifikowanych do testów 50 osób do ostatniego etapu przeszło 5.

Pierwsi kadeci zza żelaznej kurtyny zaczęli studiować na amerykańskich uczelniach wojskowych w 1992 r. Do Colorado Springs przyjęto Piotra Błazuesza i Rafała Nowaka. Piotr Nieć studiował w Akademii Marynarki Wojennej. Przemysław Soszyński w Akademii Obrony Wybrzeża. Jarosław Jędrzejowski dostał się do West Point. Ojczyzna pożegnała się z nimi wylewnie, fundując bilet lotniczy, całkiem spore stypendium i kurs savoir vivre’u, na którym informowano m.in., że gdy ktoś się spoci, powinien użyć dezodorantu. Na miejscu okazało się, że gdy ktoś się spoci, to może wziąć prysznic, który – w odróżnieniu od polskiej uczelni – jest czynny non stop. Okazało się również, że na West Point każdy dostał komputer i to na własność. – Na WAT uczono nas posługiwać się komputerami, ale nie mieliśmy ich na własność. W West Point cały system edukacji już wtedy opierał się na współpracy z komputerem – mówi Jarosław Jędrzejowski. Od studentów oczekiwano, że będą podnosić kwalifikacje. Rozwijać ciało i ducha. Ale sprawą nadrzędną był kodeks honoru, którego nieprzestrzeganie równało się automatycznej relegacji z uczelni. – Każdy przyszły oficer musiał postępować w myśl zasady, że nie tylko nie będzie kłamał, kradł, oszukiwał, ale również nie będzie tolerował tych postaw wokół siebie – mówi Piotr Jaskólski, który w 1997 r. ukończył studia na West Point.

Po powrocie do kraju pierwsi polscy absolwenci amerykańskich uczelni wojskowych przeszli przyśpieszony kurs psychologii poznawczej z naciskiem na stan dysonansu. Mogli się tylko pocieszać, że nieprzyjemne napięcie w kontaktach towarzyszyło również ich przełożonym. Podwładny, który z własnej woli wstawał o 5 rano, żeby joggingować, z obcymi rozmawiał po angielsku płynnie, czyli zupełnie niezrozumiale, prośby chciał przesyłać e-mailem, choć dowódca wołał sztabowca do włączenia komputera, był trudny do zaakceptowania przez polską armię końca lat 90. Z kolei przyzwyczajonym do amerykańskich standardów młodym oficerom trudno było zaakceptować, że poborowi, których mieli szlifować na diamenty, regulaminowo zmieniali bieliznę raz na tydzień. A wpajane za oceanem zasady, że oficer nie kłamie, nie oszukuje i nie kradnie, nie wytrzymywały w kontakcie z rzeczywistością zastaną po powrocie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną