Boże Narodzenie w Afganistanie

Święta na DEFAC-u
Stacjonujący w Afganistanie polscy żołnierze spędzą już drugą w tym roku Wigilię. Pierwszą obchodzili 22 grudnia za sprawą ministra obrony narodowej Bogdana Klicha.
Baza Ghazni w bożonarodzeniowej szacie
Kuba Dąbrowski

Baza Ghazni w bożonarodzeniowej szacie

Przygotowania do świąt Bożego Narodzenia w bazie w Ghazni trwają już od kilku dni. Dla żołnierzy to czas szczególny, bo każdy chce stworzyć choć namiastkę rodzinnej atmosfery.

Wydawało się, że problemem nie do przejścia będzie zdobycie żywych choinek. Ale żołnierze poradzili sobie nawet z tym. Skąd je wzięli w Ghazni, w której trudno spotkać nawet zwykłe drzewo, nie mówią. Ale pięknie ubrane choinki stoją już w trzech miejscach bazy. W większości namiotów też przystrojono już świąteczne drzewka - większość z nich jest sztuczna. Ci, którym nie udało się zdobyć nawet takich, swoje zrobili z papieru.

Minister jako Święty Mikołaj

Pośpiech ze strojeniem drzewek okazał się wskazany, bo w tym roku Wigilia w Afganistanie przyszła dwa dni wcześniej, niż normalnie. A to za sprawą niezapowiedzianej, ale bardzo oczekiwanej wizyty szefa resortu obrony Bogdana Klicha. Żołnierze do samego końca nie wiedzieli, czy uda się im spotkać z ministrem. Przez awarię rządowego samolotu. Na szczęście polskiej delegacji udało się pokonać tę przeszkodę.

Ministrowi bardzo zależało, żeby odwiedzić żołnierzy stacjonujących w bazie Four Corners, gdzie służył starszy szeregowy Michał Kołek (w sobotę zginął w akcji). Po wizycie w tej jednej z mniejszych polskich baz, Bogdan Klich powrócił do Ghazni.
Oczywiście przywiózł prezent, bardzo zresztą trafiony. Choć klub żołnierski działa w bazie już od dłuższego czasu, to polskich książek było w nim jak na lekarstwo. Po wizycie ten stan znacząco się zmienił.

Oprócz książek i opłatka ministerialna wizyta przełożyła się na zmianę menu. Śledź, smażona ryba, to dania na co dzień tutaj nieobecne. Ale na czas świąt żołnierze są dobrze przygotowani. 24 grudnia będą mogli zjeść pierogi z grzybami, krokiety z kapustą i grzybami, barszcz czerwony z uszkami, kompot z suszu, ciasta. Wystarczy dla każdego, ale żołnierze przygotowują się również indywidualnie. O ile czerwony barszczyk większość żołnierzy dostała w świątecznych paczkach, o tyle uszka takiej drogi by nie przebyły. – Na DEFAC-u, czyli naszej stołówce jest kapusta, pieczarki. Wystarczy tylko trochę wynieść. A potem zagnieść ciasto, ugotować na przenośnej maszynce i uszka gotowe – mówi jedna z żołnierek, która podobnie jak 1999 polskich żołnierzy spędzi te święta w Afganistanie.

Śnieżynką - „latający czołg”

Bardziej oficjalną drogą trafiły do nich prezenty. Ksiądz Stanisław Denys, kapelan polowy z bazy Warrior, skarpetę na podarunki przygotował już dobrych kilka dni temu. Skarpeta jest w czerwoną-czarną kratkę. Spora, ale nie za duża, bo akurat w tym roku może dostać prezent jedynie o z góry ustalonych wymiarach: 235 na 265 na 150 milimetrów, czyli w żargonie Poczty Polskiej „karton typu E”.

Do księdza Stanisława i innych żołnierzy z bazy Warrior Święty Mikołaj przybył dosyć nietypowo, bo w roli sań wystąpił śmigłowiec Mi-17, a w Śnieżynkę wcielił się „latający czołg”, czyli Mi-24. Przy takiej obstawie żołnierze mogli być pewni, że przy okazji nie dostaną jeszcze podarunków od talibów.
Bo baza Warrior należy do najczęściej atakowanych posterunków wojsk sojuszniczych w Afganistanie. Ostatnio miała sporo alarmów związanych z atakami rakietowymi i moździerzowymi. Żołnierze - z typowym dla nich fasonem - lecące w ich kierunku pociski zaczęli żartobliwie nazywać prezentami. – Ale ostatnio też im wysłaliśmy sporo prezentów i od dwóch tygodni mamy spokój - uspokajał jeden ze stacjonujących tu Polaków.

Nie wiadomo, czy Mikołaj pamiętał o księdzu Stanisławie, ale szansę na podarunek dostał każdy żołnierz, który stacjonuje w Afganistanie. W tej kwestii każdy z nich ma jednakowe prawa, które znajdują odzwierciedlenie w jednakowych paczkach. Zdarza się jednak, że niektórzy rezygnują ze swojego prawa do paczki z kraju. Wówczas mogą je scedować na któregoś z kolegów. Dzięki temu Remek, 27–letni kapral z 15 brygady wsparcia dowodzenia z Sieradza dostał aż trzy. Dwie od żony i jedną od dowódcy macierzystej jednostki. W sumie dokładnie dziewięć kilogramów prezentów.

Największy to ramka ze zdjęciem, na którym jest z żoną. Były jeszcze witaminy (zupełnie niepotrzebne, bo tutaj jedzenie żołnierzy jest nimi wręcz faszerowane), szklana kulka ze Świętą Rodziną i czekoladowy Święty Mikołaj. Dowódca postawił na słodycze (tych żołnierzom również nie brakuje), kawę rozpuszczalną i mieloną oraz sok pomidorowy.

Jadnak najcenniejszym i chyba najbardziej przydatnym prezentem, jaki dostał kapral Remigiusz, był aparat cyfrowy. W bazie w Ghazni, gdzie stacjonuje, nie mógłby go sobie kupić. PX, czyli amerykański sklep dla wojskowych otwarty ma być dopiero za kilka dni. Co prawda zakupy można robić w kilku sklepach prowadzonych przez Afgańczyków, ale poza satysfakcją z ostrego targowania o cenę trudno liczyć na coś więcej. Zegarki spod znaku Prady, Armaniego, czy Swiss Army potrafią mylić się o dziesięć minut na dobę. W kraju, w którym nikt się nie śpieszy, to jedyna oznaka pogoni za czasem.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj