Lech Kaczyński: ludzki człowiek
Kiedy żył, zwykle byłem z Nim w zasadniczym sporze. Gdy zginął, ważniejsze stało się to, co dobrego chciał wnieść i wnosił do naszego życia.
Lech i Maria Kaczyńscy
Paweł Krzywicki/Forum

Lech i Maria Kaczyńscy

Nie był łatwy. Ale też nie miał łatwo. Był liderem formacji radykalnej, a sam z natury radykałem nie był. Jego polityczne zaplecze było w dużej części brutalne, żądne rewanżu, często bezlitosne. A on był umiarkowany, empatyczny, ciepły, ludzki.

Kiedy przed wyborami robiłem z nim wywiad w gabinecie prezydenta Warszawy, zobaczył papierosy w kieszonce mojej koszuli.

– Chciałby pan zapalić?

– Jak można.

– Otworzymy okno, to się nie zorientują.

W urzędzie wprowadził zakaz palenia. Ale człowiek to człowiek. Także polityczny przeciwnik, jakiego we mnie widział. Nie tylko w sprawach drobnych bez większego znaczenia. Także wtedy, gdy szło o sprawy, które uważał za bardzo poważne i które tworzyły ideowy fundament jego środowiska. Na przykład lustracja. Uważał ją za podstawę zbudowania w Polsce dobrego, sprawiedliwego ładu. Nie rozumiałem tej wiary. Ale szanowałem starania, które czynił, żeby pohamować zapędy IV RP przed krzywdzeniem lustracją niewinnych. Przekonania, że „gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą”, nie podzielał. Dużo zrobił, żeby w kolejnych ustawach lustracyjnych zachować gwarancje intymności i tajemnicy drobnych potknięć prostych ludzi, którzy nie zrobili nic złego. To różniło go nie tylko od dużej części polityków PiS oraz środowiska „prawicowych publicystów”, ale też od wielu zaangażowanych w IV RP polityków PO z Janem Rokitą na czele.

Podobnie było, gdy na samym początku transformacji zastąpił Lecha Wałęsę na czele Solidarności. Związek był oczywiście w większości krytyczny wobec rządu Mazowieckiego, Balcerowicza, liderów OKP, popierającej ich „Gazety Wyborczej”. I Lech Kaczyński też był wyraźnie krytyczny. Ale kiedy walkę o schedę po Wałęsie przegrał z Marianem Krzaklewskim, krytycyzm zamienił się w pełną brutalności wojnę.

Podobnie się stało, gdy po kilkuletniej przerwie jego miejsce w fotelu ministra sprawiedliwości zajął Zbigniew Ziobro. Obaj byli zwolennikami kontrowersyjnej, populistycznej, „twardej” polityki karnej. To Lech Kaczyński jako minister w rządzie Jerzego Buzka wydał na przykład instrukcję nakazującą wszystkim prokuratorom jak najczęstsze stosowanie aresztów tymczasowych (co zapchało areszty i stało się przyczyną humanitarnych interwencji organizacji międzynarodowych). Ale to, co dla Kaczyńskiego było „twardym narzędziem” obrony przed przestępcami, dla Ziobry stało się narzędziem bezpardonowej walki politycznej. W ręku człowieka pozbawionego empatii kontrowersyjny instrument „wymiaru sprawiedliwości” stał się narzędziem jawnej niesprawiedliwości. Bo tylko wrażliwość różni twardość od brutalności. Lech Kaczyński mógł i chciał być twardy, ale nie był brutalny.

***

Rozumiał ten problem, ale polityka zamknęła go w pułapce. Bo chcąc mieć wpływ na polską politykę, stworzył partię daleką od swoich własnych marzeń. Po porażce Porozumienia Centrum założył z bratem Prawo i Sprawiedliwość jako formację mającą przełamać prawicową „niemożność”, by rozbić „postkomunistyczny” porządek. I odniósł gigantyczny sukces. Ale ani styl, ani treść tego sukcesu nie oddawały jego politycznych wyobrażeń i marzeń. Przyznawał otwarcie, że dokonał wyboru między partią masową a jednoprocentową, czyli między formacją, która mogła zdobyć władzę w Polsce, a taką, która wyrażałaby jego osobiste poglądy. W demokratycznej polityce nawet najsilniejsza pozycja i największy sukces nie dają szansy robienia tego, co się chce. By zrobić część z tego, co się chce, trzeba zrobić wiele rzeczy, których się nie chce.

Myślę, że Lech Kaczyński był jednym z najbardziej wyrazistych znanych mi przykładów tak rozumianego dramatu polityki. Nie chodzi tylko o niechciane sojusze z Giertychem, Lepperem, Rydzykiem. Nie mniej trudny był kompromis z Markiem Jurkiem, Antonim Macierewiczem, Jackiem Kurskim. Jego bratu takie kompromisy przychodziły łatwiej. On się z nimi coraz bardziej i widoczniej męczył.

Nigdy nie był samodzielnym politycznym graczem. Zawsze szedł ramię w ramię z bratem. Ale w NIK, we władzach Warszawy, w Pałacu Prezydenckim konsekwentnie budował swoją własną formację. Tworzył ją z ludzi wyraźnie różniących się od pisowskiej normy. Czasem miało to wręcz ostentacyjny charakter, gdy sprawy międzynarodowe powierzył uczniowi Bronisława Geremka Andrzejowi Krawczykowi lub gdy kapelanem mianował bliskiego korowskiej lewicy księdza Romana Indrzejczyka (który też zginął w Smoleńsku).

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną