Kraj

Żyją za innych

Kuratorzy są zmęczeni

Kurator Irena Krajewska: - Bywa, że pracujemy w niebezpiecznych warunkach Kurator Irena Krajewska: - Bywa, że pracujemy w niebezpiecznych warunkach Miłosz Poloch / Materiały prywatne
Telefon nie zwiastował nieszczęścia. Źle się dzieje w domu W., proszę pani. Wszyscy pijani, a przecież tam jest małe dziecko. Proszę przyjechać. Nie zdążyła zapukać do drzwi, kiedy ktoś znienacka uderzył ją w tył głowy.
Kurator Bożena Król: - Naszych podopiecznych czasem trzeba wziąć za rękęMiłosz Poloch/Materiały prywatne Kurator Bożena Król: - Naszych podopiecznych czasem trzeba wziąć za rękę

Zabójca musiał uderzać wiele razy, bo śledczy byli wstrząśnięci ogromem obrażeń kobiety. Do dziś nikt nie wie, komu mogło zależeć na jej śmierci. Komu przeszkadzała kuratorka, która zarabiała grosze za to, że przychodziła pomagać bezradnej wobec biedy i wódki rodzinie? Po tragicznej śmierci Pauliny Ozgi, 28-letniej społecznej kuratorki sądowej z Dolnego Śląska, wielu jej kolegów odchodzi z pracy. Nie chodzi nawet o poczucie zagrożenia i syzyfowy trud, ale o społeczne niezrozumienie dla ich profesji.

Co trzeba zrobić, żeby zarobić jeden grosz za zrobienie druciaka do czyszczenia garnków? Trzeba go najpierw odpowiednio skręcić: owinąć wokół palca, zacisnąć, przeciągnąć jeden druciany koniec przez dziurkę, znów zacisnąć tak, by powstał kłębek. Niewprawna para rąk może się z tym męczyć nawet pół godziny. Żeby zarobić 400 zł, jedna para małych rąk i trzy pary nastoletnich zwinęły 40 tys. druciaków. Przez dwa miesiące. Było na jedzenie. A teraz siedzą spłakane i usmarkane przy wielkiej balii wypełnionej druciakami. Obok porozbijane butelki po piwie. Ojciec znów miał nalot. Czyli napił się i latał po domu z siekierą. Nastoletnie zadzwoniły po policję. Policja – po Agnieszkę: może pani kurator oceni sytuację rodzinną. Policjant ma dopiero 25 lat i nie ma zielonego pojęcia o psychologii zaszczutego dziecka.

Kurator pomaga

Agnieszka (kurator z Wołowa, Dolnośląskie) zjawia się po pół godzinie. Co się dzieje w waszym domu, pyta, a cztery pary podrapanych rąk wycierają łzy: mamy kilka minut na to, żeby przynieść tacie papierosa, jak nie, to nas bije. Wyzywa od suk, kurew, mówi, że może z nami zrobić wszystko, bo jesteśmy jego dziećmi. Zabrania nam jeść. Nigdy nie mogliśmy wejść do kuchni, jak tato jadł obiad, bo mówił, że dostanie wrzodów na żołądku. Zawsze bił mamę. Łapał za szyję, brał siekierę i krzyczał, że jej odetnie głowę. Trzy nastoletnie dziewczynki i siedmioletni chłopiec. Dzieci wiejskiego alkoholika. – Żebyśmy byli cicho, uspokajał nas o tak – główka o główkę. Tak zapamiętały swoje dzieciństwo.

Agnieszka każe im spakować dokumenty i najpotrzebniejsze rzeczy. Znajduje miejsce w Domu Samotnej Matki w Ścinawie. Po jakimś czasie cała rodzina trafi pod nadzór Agnieszki. Matka dzieci rozwiedzie się w końcu z mężem i znajdzie inne miejsce do życia. Ale młode zostaną w niej już tylko oczy.

Minęło 14 lat, odkąd Agnieszka jeździ po biedadomach, melinach, zagląda w garnki, lodówki, szafy i popycha ludzi do życia. Tak, śmierć Pauliny Ozgi to był dla kuratorów szok. Ale w moim życiu, mówi Agnieszka, nic się nie zmieniło i nie zmieni. Agnieszka jest kuratorem zawodowym, ma do stracenia stały etat i pewną pensję (zawodowy zarabia średnio 3–4 tys. miesięcznie). Społecznym łatwiej rezygnować. Tym różnią się od zawodowców, że dostają niewielki ryczałt (w granicach 40 zł od sprawy). Mają tych spraw nie więcej niż 10 miesięcznie i na co dzień pracują w innych zawodach. Są nauczycielami, pracownikami socjalnymi (jak nieżyjąca Paulina), wychowawcami na przykład w schroniskach dla bezdomnych, czasem policjantami albo po prostu emerytami. Łączy ich poczucie społecznej misji.

Kurator popełnia błędy

Na forum kuratorskim śmierć Pauliny odbija się echem: „Kuratorzy społeczni lawinowo rezygnują z pełnienia funkcji. Są to przeważnie kobiety. Powiecie pewnie, że na ich miejsce jest wielu, ale o czym to świadczy? U nas w ciągu tygodnia w jednym zespole zrezygnowało sześciu kuratorów społecznych”.

A Agnieszka pcha tymczasem do życia Aśkę. Aśka jest młoda, ma czworo dzieci i popija. Agnieszka zagląda jej pod pokrywkę. Pierogi robiłam, bąka Aśka, niemrawo grzebiąc w garnku. Dzieci brudne, umyj, mówi Agnieszka. Umyję, umyję, odpowiada Aśka. Ale nie umyje. Będzie piła tak długo, aż zabiorą jej całą czwórkę. Głodnych, zaniedbanych, a jak już zabiorą, to Aśka o nich zapomni.

Dla podopiecznych kurator należy do tych, którzy coś im zabierają. Kojarzą go z pracownikiem elektrowni (jak ciągną na lewo prąd), prokuratorem, komornikiem, policją, przedstawicielem Providenta. Więc szczują psami kuratora (ponad sto zgłoszeń w 2008 r.), reagują agresją (ponad 160 zgłoszeń). Dla większości kurator to ktoś, kto zabiera dzieci. Jedni – rodzice objęci kuratelą – zwykle twierdzą, że dzieje się to za wcześnie, drudzy – że kuratorzy za długo zwlekają.

Weźmy Katarzynę K., społeczną kuratorkę, która nie dopilnowała rodziców 3-letniego Bartka z Kamiennej Góry. Zakatowali chłopca na śmierć. Kuratorka dostała 10-letni zakaz uprawiania zawodu. W 2008 r. dyscyplinarnie sądzono 14 kuratorów, 9 ukarano.

Równie źle odbierany jest kurator, gdy przyjdzie zabrać dziecko na wniosek sądu. Na przykład jak w opisywanym szeroko w mediach przypadku małżeństwa Szwak i ich Różyczki. To co, że sąd zabrał dziecko na wszelki wypadek, zaraz po narodzinach: ojciec Różyczki za stary, lat wtedy 62, a matce już raz odebrano czwórkę, bo piła. Ludzie i tak gadają, że zawsze zabiera kurator, a nie sąd. A potem widmo małej Róży ciągnie się za Agnieszką. Jak widmo dzieci z rodziny R. Zabiję cię, suko, cedził jej do ucha ojciec czwórki, którą musiała zabrać do placówki. Goniła je po polach w 20-stopniowym mrozie. Wolały żyć w głodzie i brudzie, ale w domu. 17-letni krzyczał: wywieziesz mnie stąd w worku! Do domu dziecka dotarł po dwutygodniowej tułaczce. Mówił, że popełni samobójstwo. Ale dostał jedzenie i spokój. Nie chciał wracać. Załamany ojciec poszedł na odwyk. Nie pije już kilka lat, dzieci wróciły do domu. Dlaczego nie zrobiła pani tego 15 lat wcześniej? – pytał Agnieszkę.

Przeważnie jednak kuratorowi, mającemu średnio ponad sto spraw na głowie, trudno pochwalić się sukcesem. Jeden przypadek na kilka lat, że ktoś wyjdzie na człowieka, a reszta to syzyfowa praca. Czasami z trudem zapamiętuje się imiona wszystkich podopiecznych.

Agnieszka: – Jak rodzice mają ograniczone prawa rodzicielskie do dzieci i ja mam te dzieci pomóc im dobrze wychować, to jestem w kontakcie nie tylko z rodziną, ale i nauczycielami, pedagogiem, psychologiem, pracownikiem socjalnym, lekarzem, wreszcie policją i sąsiadami. W jedną sprawę potrafi być zaangażowanych od kilku do kilkunastu ludzi. I weź tu, człowieku, to wszystko ogarnij.

 

Kurator ryzykuje

Zazwyczaj kuratorzy chodzą do domów podopiecznych samotnie. Jeśli któryś idzie w asyście kolegi, to przeważnie znaczy, że zmienia rejon, stary wprowadza w daną rodzinę nowego opiekuna.

Bożena Król, kurator rodzinny z Wrocławia, kiedyś potrafiła wpaść do podopiecznego, zwinąć mu ze stołu płynny chleb (jak mówił na wódkę) i wylać do zlewu. Dzisiaj już nie jest taka odważna. Ludzie są bardziej agresywni niż kiedyś. Bożena chodzi po kamienicach w starej części miasta. Na piętrach same smutki. Jej podopieczna nie daje sobie rady z nastoletnią córką z zespołem Downa. U dziewczynki, która wciąż nosi pampersy, rośnie agresja; trzeba ją dźwigać po schodach. Starsza, schorowana matka z rozpaczy popija. Bożena zbierze ją do kupy. Matka zapisze się do AA, odda dziewczynkę do dziennego ośrodka opieki. Odpocznie.

Brama dalej, u Aliny (rocznik 1976), dwoje dzieci i mąż w kryminale. Kuratorka podejrzewa, że one widziały, jak zmuszał Alinę do wielu rzeczy, których dziecięce oczy nie powinny oglądać. Alina w skrajnej depresji. Nie wychodzi z domu, nie szuka pomocy. Dwóch chłopców, straż przyboczna, siedzi obok matki, wpatrzonej tępo w podłogę. Mam raka żołądka, dzieci oddam siostrze, i tak mi już niewiele zostało, beznamiętnie, powoli, matka odpowiada na pytania. Pójdzie się pani leczyć? – pyta Bożena. – Może pójdę.

Nie zostawię jej tak, już wie kuratorka i zapisuje: na początek potrzebny psycholog i psychiatra. – Żyjemy za tych ludzi. Czasem trzeba ich wziąć za rękę do lekarza, opieki społecznej, urzędu pracy. Pójść za nich do szkoły ich dzieci. Nawet ich rachunki, długi, renty przysyłają czasem na nasze adresy. Byli i tacy, co chcieli się u kuratora zameldować.

Kurator wyciąga wnioski

Dziś 35 tys. kuratorów dogląda niemal 2 mln obywateli wyrzuconych poza społeczny nawias. – Jesteśmy obarczeni wieloma traumami, a do tego nasza praca jest naprawdę niebezpieczna. Może ktoś to w końcu zauważy? – zastanawia się Irena Krajewska. – Wśród próśb do ministra była też ta o wsparcie psychologiczne. Powinien z nami pracować psycholog, bo nie zawsze jesteśmy w stanie poradzić sobie z takim bezmiarem nieszczęść i stresu.

Andrzej Martuszewicz, szef Krajowej Rady Kuratorów, mówi, że wyposażenie kuratora w środki ochrony, na przykład gaz pieprzowy, nie będzie najlepszym posunięciem. – Kurator powinien raczej posiadać telefon z odpowiednim przyciskiem, którego użyje w razie zagrożenia, by automatycznie zadzwonić na policję. Policja zaś zlokalizuje kuratora i natychmiast zareaguje.

Andrzej Martuszewicz uważa, że negatywny obraz kuratora-ciemiężcy rodzin, który zabiera dzieci, kształtują w dużej mierze media, nagłaśniając sprawy mocno powierzchownie. I ten obraz rozpowszechnia się w społeczeństwie. – Kurator jest od tego, żeby rodzinie przede wszystkim pomóc się podźwignąć. Ale nie może być tak, że wyroki sądu są pustymi kartkami papieru, które się lekceważy: że ktoś ma iść na odwyk, do pracy albo zwyczajnie do psychologa, żeby właściwie zająć się rodziną. Jesteśmy od tego, by te wyroki były przestrzegane, co nigdy nie będzie dla wszystkich wygodne.

Paulina Ozga dostała pośmiertnie Medal Pamiątkowy Ministra Sprawiedliwości i kilkanaście wieńców na grób. Środowisko kuratorów zebrało dla jej syna ponad 100 tys. zł. Po jej śmierci ktoś na kuratorskim forum napisał: „Nie chcę, by mnie opluwano, nie chcę pośmiertnych odznaczeń resortowych. Domagam się szacunku, odpowiednich warunków pracy, zabezpieczenia na wypadek, gdyby coś mi się stało. Domagam się bezpiecznego powrotu do domu”.

Polityka 25.2010 (2761) z dnia 19.06.2010; Kraj; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Żyją za innych"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Fotoreportaże

Urok małych liczb. Najlepsze polskie apartamentowce

Zamiast balkonów na długość stopy i niedoświetlonych parapetów są szerokie tarasy i wielkie okna, zamiast anonimowości – przestrzenie, które sprzyjają spotkaniom z sąsiadami. Najlepsze polskie apartamentowce mają mało mieszkań, wyjątkową architekturę i położenie. Niestety, kameralne wciąż znaczy rzadkie i ekskluzywne.

Marta Polny
28.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną