Pies czyli kot

I o to chodzi
W czasie kampanii prezydenckiej Waldemar Pawlak, jeszcze wtedy kandydat, zabrał głos w sprawach „dotyczących sumienia” (sam to tak określił).

Powiedział, że wszystkie ustawy sejmowe dotyczące spraw sumienia (chodziło pewnie o in vitro, aborcję, a może i prawa homoseksualistów) powinny być w Sejmie głosowane nie zwykłą większością głosów, ale większością trzech piątych. Wypowiedź ta przeszła ogólnie niezauważona, być może we wrzawie kampanijnej bijatyki po prostu umknęła, a przecież to kuriozum. Bądź co bądź wicepremier rządu, aspirujący do stanowiska głowy państwa, uznaje za właściwe rozstrzygać za nas wszystko to, co mieści się w najbardziej osobistej i intymnej sferze naszego życia. Przez głosowanie? Ani jedna druga, ani trzy piąte, ani siedem ósmych posłów nie jest mi potrzebne do podejmowania decyzji w istotnych dla mnie sprawach. I jestem pewny, że ogromna większość uważa tak samo. I to nie większość w Sejmie, tylko większość ludzi w Polsce.

„Mówienie wierutnych bzdur, aczkolwiek w zwykłym towarzystwie nie przydaje splendoru, jest z natury uznanym sposobem zapewnienia stałości przywództwa i trwałości opinii” – przepisuję to zdanie Waltera Bagehota (z 1852 r.), bo wynika z niego, że już 150 lat temu Jarosław Kaczyński śnił się filozofom. Nam się on nie śni. Nam się już dawno objawił jako przewodniczący PiS, który kilka dni temu powiedział w Łodzi, że „PiS chce nie polityki dla bogatych, tylko bogactwa dla wszystkich”. Słowem: prawo, sprawiedliwość i wszyscy bogaci leżymy sobie milionami na plażach Morza Śródziemnego, co prezes Kaczyński też nam wskazał jako najlepszy sposób wypoczynku. To się kiedyś nazywało utopią, a w XX w. nastąpiła próba wcielenia utopii w życie. Był to – jak wszyscy wiemy – bolszewizm. Władzę sprawowali wtedy leninowsko-stalinowscy politrucy, którzy nic konkretnie nie umieli, ale obiecywali, że w komunizmie będzie jak w raju. Kto w ten raj nie wierzył, ten był wrogiem ludu. A po kwadransie w ogóle go nie było.

Kaczyński też umie obiecywać. Wchodzi na wały przeciwpowodziowe, do których umocnienia zresztą ręki nie przyłożył, i nie ma słów pogardy dla Tuska, którego rząd chce wspomóc powodzian sumą 6 tys. zł. On dałby 12 tys.! A ja obiecuję Jarosławowi Kaczyńskiemu, że gdy będę premierem, to dam mu 120 tys. Oczywiście, pod warunkiem, że on przedtem da każdemu obiecane 12 tys.

Bogactwo dla wszystkich? W praktyce wygląda to tak: jeśli jakiś Polak ma cztery miliardy na koncie, to kłuje tym w oczy. Jeśli w imię hasła „bogactwo dla wszystkich” politruk zabierze mu te pieniądze, a potem demokratycznie i solidarnie je podzieli pomiędzy nas wszystkich, to każdy dostanie po 100 zł. Z tej stówy politruk każdemu odbierze 40 zł jako podatek od darowizny, bo z czegoś musi utrzymać siebie i swój pałac. Polska jest najważniejsza. A Polska jest tam, gdzie on. Polacy na Białorusi to sprawa Rosjan, więc trzeba z nimi rozmawiać. Dobre? Patriotyzm najwyższej jakości. Aby sobie ułatwić rozmowę z Rosjanami, prezes PiS zapowiedział, że wystąpi o odebranie im śledztwa w sprawie smoleńskiej katastrofy.

24 czerwca wieczorem w TVN24 poseł PiS Adam Hofman udowadniał senatorowi Kazimierzowi Kutzowi (PO) wyższość Jarosława Kaczyńskiego nad Bronisławem Komorowskim. Powiedział: „Pan popiera człowieka, któremu o nic nie chodzi, a ja popieram człowieka, któremu o coś chodzi”. Tylko o co chodzi? Wiemy z konstytucji, a niedawna historia to potwierdza, że jedyną realną mocą prezydenta jest wetowanie ustaw. Wszelkie inne możliwości bezpośredniego wpływania na władzę wykonawczą są praktycznie żadne. Dotyczy to również – a może przede wszystkim – sfery finansów. Obiecywać oczywiście można zawsze. Niezawodny był w tym Zagłoba, podpowiadając: Ofiaruj, wasza dostojność, królowi szwedzkiemu w zamian Niderlandy. I chyba o to właśnie chodzi. Trzeba tylko pamiętać, żeby się nie pomylić i nie obiecać czegoś, co niechcący się ma.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj