Tajna instrukcja przeciw policji

Instrukcja 0039
Kiedy trzem bohaterom tej opowieści prokuratorzy stawiali zarzuty, obowiązywała opatrzona gryfem najwyższej tajności instrukcja. Tak tajna, że nie można było jej użyć jako dowodu podczas rozpraw w sądzie.
Stanisław Szafran, Piotr Wróbel i Karol Prasałowski byli gwiazdami w policji. Kuriozalne przepisy strąciły ich w przepaść
Krzysztof Mystkowski/KFP

Stanisław Szafran, Piotr Wróbel i Karol Prasałowski byli gwiazdami w policji. Kuriozalne przepisy strąciły ich w przepaść

Podinspektor Piotr Wróbel, nadkomisarz Karol Prasałowski i aspirant Stanisław Szafran nie znali się nawzajem, pracowali w różnych komendach, ale każdy z nich prowadził agentów zwerbowanych w grupach przestępczych. Wszyscy trzej byli gwiazdami w policji. Gdy spadali z firmamentu, niektórzy ich przełożeni bez sądu wydali wyrok: to czarne owce!

Policyjny agent-przestępca (do wyboru: kapusta, uchol, konfident, źródło, informator) coś daje i coś bierze. Zasada brzmi, że ma dawać więcej, niż sam dostaje. Przekazuje wiedzę o przestępstwach popełnionych i planowanych, w zamian oczekuje od policjanta lojalności, przymykania oczu na drobne sprawki, czasem pieniędzy, a czasem informacji. Policjant i jego uchol zawierają układ, na którym każdy ma skorzystać. Policjant prowadzący swojego POZI (poufne osobowe źródło informacji) składa raporty, odnotowuje w aktach każde spotkanie i zdobytą informację. Regulują to supertajne zarządzenia i instrukcje wydawane przez komendantów głównych policji. Ale zdarzają się sytuacje nieujęte przepisami, wtedy policjant balansuje na granicy ryzyka. A kiedy później prokurator zarzuca mu przekroczenie tej granicy, policjant dowiaduje się, że jest sam jak palec. Jego dowódcy nagle ślepną, tracą słuch i pamięć. Raportów i notatek ujawnić nie można, bo są tajne.

Podinspektor Piotr Wróbel w połowie lat 90. zwerbował do współpracy słynnego Jarosława S. ps. Masa, ważnego członka grupy pruszkowskiej. Policjant miał wydajnego kreta, a Masa chwalił się kompanom, że w policji ma swojego psa. To było alibi na wypadek, gdyby gang zdekonspirował ich kontakty. Wróbel szybko awansował. Został naczelnikiem wydziału do walki z przestępczością zorganizowaną. Wytypowano go na szefa warszawskiego zarządu tworzonego właśnie CBŚ. Ale nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Na początku grudnia 1999 r. w Zakopanem zastrzelono nie mniej słynnego Pershinga. Masa, uważany za prawą rękę zabitego bossa, wpadł w panikę. Bez wątpienia to on miał być następną ofiarą. Wszędzie wietrzył zdradę. Zaczął się ukrywać.

W tym samym czasie poszukiwała go policja, bo pewien właściciel sklepu z elektroniką zgłosił, że Masa obkłada go haraczem. Areszt byłby dobrą kryjówką, ale gangster panicznie bał się pobytu za kratami.

Gdy więc pod jego dom w podwarszawskim Komorowie przyjechała policyjna ekipa z Wróblem na czele, Masa był już daleko. Został schwytany aż pod Korbielowem i umieszczony w areszcie w Wadowicach. Tam odwiedzili go dwaj wysocy rangą funkcjonariusze CBŚ. Na początku marca 2000 r. sporządzili notatkę służbową, która dla Wróbla stała się gwoździem do trumny, a dla Masy początkiem nowego wcielenia. Na jej podstawie prokurator zbudował przeciwko policjantowi akt oskarżenia. Zarzucił mu, że usiłował wymusić od Masy 10 tys. dol. łapówki za opóźnienie aresztowania, że przekazywał agentowi tajne informacje służbowe oraz – drobiazg w tym kontekście – że podczas wizyty w domu Masy policjant miał być pijany i bawić się bronią służbową.

Piotr Wróbel został aresztowany, siedział siedem miesięcy. W śledztwie wszystkiemu zaprzeczał: nie żądał pieniędzy; przekazywał nie informacje, ale dezinformacje; na służbie nie był pijany. Na jego rzecz świadczyło sześcioro policjantów, z którymi podjechał feralnego wieczoru pod dom Masy.

Podczas konfrontacji z podejrzanym Masa zmienił ton, można było odnieść wrażenie, że wycofuje się z oskarżeń. „Wróbel był dobrym policjantem – mydlił mnie w ten sposób oczy, że przekazywał informacje, które, jak się okazywało, nie były przydatne, a w zamian wyciągał ode mnie dobre informacje” – mówił Masa podczas konfrontacji. Tłumaczył też, dlaczego obciążył policjanta: „Miałem złość do Wróbla, dlatego że się zawiodłem na tym człowieku. (...) Wróbel był policjantem, a ja tylko zwykłym gangsterem i miał prawo mnie oszukać”.

Prokurator jednak konsekwentnie trzymał się pierwszej wersji zeznań Masy. Proces ruszył dopiero w grudniu 2004 r., a wyrok zapadł 23 czerwca 2010 r. Sprawa ślimaczyła się, bo najpierw akta odsyłano od sądu do sądu, potem długo trwały procedury zdejmowania klauzul tajności, zarówno z instrukcji 0039, jak i zeznań oskarżonego oraz świadków policjantów. Po 10 latach od wybuchu afery sąd wydał wreszcie wyrok – Piotr Wróbel został całkowicie uniewinniony. Uzasadnienie też jest utajnione.

Policjant wygrał bój o prawdę, ale w ogólnym bilansie jest przegrany. Odszedł z policji, pracuje w firmie zagranicznej. – To dobra robota – mówi. – Ale gdyby zaproponowali mi powrót do CBŚ, nie wahałbym się nawet przez chwilę.

Ustalanie prawdy

Równie tajne procedury obowiązywały podczas procesu nadkomisarza łódzkiego CBŚ Karola Prasałowskiego. Obciążyła go żona jego agenta. Dzisiaj już wiemy, że chciała zemścić się na mężu, a zeznania uzgadniała wcześniej z funkcjonariuszami policyjnego Biura Spraw Wewnętrznych. Na podstawie jej opowieści Prasałowskiego wtrącono do aresztu i dołączono do ławy oskarżonych, gdzie zasiadał obok groźnych bandytów, których wcześniej sam zamykał. Akt oskarżenia przypominał amerykański film o sprzedajnych gliniarzach. Oto Prasałowski miał pomagać swojemu agentowi kierować grupą przestępczą, ostrzegać go o zamiarach policji, chronić przed aresztowaniem. W zamian dostał prezent w postaci wartego 140 tys. zł jachtu pod nazwą „Tequila Sunrise”.

Podczas procesu żona agenta wycofała się z oskarżeń. Sąd ustalił, że Prasałowskiego z owym agentem łączyła nie tylko praca operacyjna. Znali się od lat, przyjaźnili, obaj żeglowali. Jacht kupili wspólnie, nie za 140 tys., ale płacąc po 20 tys. zł każdy. Agent pomagał oficerowi rozpracować tzw. mafię winiarską, czyli słynną łódzką ośmiornicę. Oficer też pomagał agentowi, chronił go. Ta pomoc, np. sfingowane aresztowanie agenta, według prokuratury była dowodem na zdradę policjanta; zdaniem obrony była zgodna z instrukcją 0039, która umożliwiała udzielanie policyjnym agentom pomocy w sytuacjach szczególnych.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną