Kraj

Bezkrwawe rany

Afganistan w umysłach polskich żołnierzy

mashleymorgan / Flickr CC by SA
Wyniki badań nad psychiką polskich żołnierzy wracających z Afganistanu mogą być szokujące. To nie zabijanie jest dla nich największym obciążeniem psychicznym.

Dave Grossman oficjalnie przedstawiany jest jako teoretyk zabijania. Napisał nawet książkę „O zabijaniu” (wywiad z autorem na sąsiedniej stronie). Na polskie wydanie musiała poczekać 15 lat, ale zdaniem wojskowych ukazuje się w dobrym momencie. Specjaliści liczą, że może stać się przyczynkiem do dyskusji na tematy tabu, chociażby, czy zabijanie zostawia ślad w psychice i czy każdy, kto na misji skutecznie pociągnął za spust, do końca życia będzie się zmagać z traumą. Albo co bardziej dotyka żołnierzy: nienawiść Afgańczyków czy niechęć cywilnych Polaków do wojny.

Grossman, który odbył setki rozmów z weteranami różnych wojen, stawia tezę, że pozbawienie kogoś życia, zwłaszcza w bezpośrednim starciu, to główny stresor mający wpływ na późniejsze zaburzenia psychiczne. – Od czasu powstania książki sporo się w tej kwestii zmieniło – mówi płk Jan Wilk, psychiatra wojskowy. – Zarówno amerykańska, jak i polska armia jest zawodowa. Ci ludzie przechodzą intensywne przeszkolenie odczulające, po którym otwarcie ognia ma być odruchem. W armii nie mówi się już o zabijaniu, lecz o likwidacji celów. Nie atakuje się przeciwnika, tylko prowadzi działania kinetyczne. Zmieniono metody szkolenia oraz język i to daje efekty. Podczas procesu przygotowywania do misji ogromny nacisk kładzie się na procedury. W efekcie wyjazd na patrol i odpowiedź na ogień to takie same procedury. Ściśle rozpisane na każdego żołnierza z drużyny czy plutonu. – Widziałem zdjęcie z celi śmierci. Zapadnia do wieszania miała trzy guziki. Naciskało je trzech różnych ludzi. Ale tylko jeden guzik był prawdziwy. W ten sposób nie było wiadomo, kto tak naprawdę jest katem – mówi Andrzej, który zaliczył dwie misje. – Z naszymi procedurami jest podobnie. Dostajesz ostrzał i na niego odpowiadasz. Często nawet nie wiemy, czy kogoś trafiliśmy. Albo nie można tego sprawdzić, bo się wycofujemy. Albo na miejscu jest już tylko plama krwi, a ciało zabrali ci, co przeżyli.

Zdaniem psychiatrów taki rodzaj prowadzenia walki chroni żołnierzy przed traumą. – Kwestia strzelania, zabijania rzadko pojawia się w rozmowach z naszymi pacjentami. Jeśli nawet coś opowiadają na ten temat, to raczej bez emocji. Zdecydowanie najważniejszą kwestią wywołującą stres pourazowy są sceny śmierci kolegów i zagrożenie własnego życia przez miny pułapki – mówi doc. Stanisław Ilnicki, szef Kliniki Psychiatrii i Stresu Bojowego w Wojskowym Instytucie Medycznym w Warszawie, w której się nie tylko leczy, ale i prowadzi badania nad psychiką żołnierzy.

Natrętne myśli

W klinice przebywa obecnie żołnierz z silnymi objawami stresu pourazowego, nazywanego z angielskiego PTSD. Wcześniej zaliczył dwie misje, w czasie których ani razu nie został ranny. Nie brał również udziału w walce. Ale, jak sam mówi, przeżył cztery śmierci. – Był świadkiem wybuchów min pułapek, które zabiły czterech jego kolegów. Ciągle żył w zagrożeniu, że on będzie następny. Myśli o zabitych kolegach stawały się coraz bardziej natrętne. Aż wreszcie trafił do nas – dodaje doc. Ilnicki.

Jak podkreślają obaj lekarze, przez 15 lat od wydania książki nic nie zmieniło się w innej ważnej kwestii, którą Grossman uznaje za winowajcę psychicznej degradacji żołnierzy amerykańskich wracających z Wietnamu. „Obecność umundurowanego weterana wojny wietnamskiej w jego własnym mieście prowokowała często natrętne spojrzenia i obelgi. Nikt nie powiedział mu, że dobrze walczył, ani nie zapewnił go, że zrobił tylko to, czego oczekiwał od niego kraj i współobywatele. Nie mógł liczyć na otuchę, lecz – jako morderca dzieci – najwyżej na potępienie, aż w końcu sam zaczynał wątpić w wartość tego, co zrobił, i we własne zdrowie psychiczne. Wskutek tego u co najmniej 500 tys., a być może nawet 1,5 mln żołnierzy powracających z wojny w Wietnamie rozwinęły się różnego rodzaju zaburzenia psychiczne określane mianem zespołu stresu pourazowego” – pisze Grossman.

Prawdziwy wysyp traum zaczął się dopiero po Wietnamie, kiedy amerykańscy żołnierze wrócili do kraju, w którym nikt na nich nie czekał. A już na pewno nie przyjmował ich jak bohaterów. – Jednym ze sposobów zdejmowania naturalnej dla człowieka blokady przed zabijaniem jest utwierdzanie go w przekonaniu, że działa dla dobra swojego kraju – mówi płk Wilk. – Uroczyste przyjęcie po powrocie z wojny już w czasach plemiennych było rytuałem oczyszczającym. Podważanie sensu misji i brak akceptacji ze strony społeczeństwa to cios, który może załamać psychikę nawet najsilniejszego żołnierza.

Nasza misja w Afganistanie ma jednocyfrowe poparcie społeczne. Ale żołnierzy ratuje wysoki poziom zaufania społecznego do ich zawodu. I rodzaj społecznej umowy. Żołnierze nie mówią, co robią w Afganistanie, a społeczeństwo o to nie pyta. Armia przestała już nagłaśniać ich powroty, a po misji każdemu przysługuje kilkumiesięczny urlop. – Jedynymi osobami, z którymi można w miarę szczerze porozmawiać o tym, jak jest na misji, są chłopaki z jednostki – dodaje Andrzej. – Innych to nie obchodzi, co najwyżej zadają głupawe pytania, ilu zabiłem Afgańców. A tam człowiekowi robi się niedobrze od samego patrzenia na ten syf i biedę. Wjeżdżasz do wioski, a dzieciaki robią kciukiem gest podrzynania gardła. To jest inna rzeczywistość, o której ciężko zapomnieć.

Rachunek z odroczoną płatnością

W oczekującym na wejście pod obrady Rady Ministrów Narodowym Programie Ochrony Zdrowia Psychicznego jeden rozdział zarezerwowany został dla instytucji wojskowych. Specjaliści nie mają wątpliwości, że w to, co nasi żołnierze przywieźli w głowach z Iraku i Afganistanu, z czasem trzeba będzie ingerować z udziałem psychiatrów. – Rotacji ze względu na załamanie psychiczne w polskich kontyngentach jest niewiele, średnio trzy przypadki na każdy tysiąc wysłanych żołnierzy. Można nawet zaryzykować tezę, że jest to zastanawiająco mało – mówi doc. Stanisław Ilnicki. Wojsko tłumaczy to jakością procedur przygotowujących do misji. Żołnierze – raczej strachem przed kontaktami z psychiatrami, które w polskiej armii są prostą drogą do wymuszonej zmiany zawodu.

Prawda jest też taka, że wojsko do dziś nie wprowadziło narzędzi do diagnozowania zaburzeń psychicznych żołnierzy wracających z misji. – Nasze działania to rachunek z odroczoną płatnością – mówi jeden z lekarzy. Jego zdaniem część polskich żołnierzy, którzy służyli w Iraku i w Afganistanie, będzie musiała zmierzyć się z podobnymi problemami jak ich amerykańscy koledzy wracający z Wietnamu 40 lat temu.

Polityka 39.2010 (2775) z dnia 25.09.2010; Ludzie i obyczaje; s. 100
Oryginalny tytuł tekstu: "Bezkrwawe rany"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rzeź ptaków

Co roku myśliwi zabijają około 200 tys. ptaków. Wyłącznie dla własnej rozrywki. Żadnych innych powodów polowania na ptaki nie ma.

Joanna Podgórska
05.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną