Zięba Maciej

Pożegnanie z guru
Maciej Zięba jako szef Europejskiego Centrum Solidarności miał pogodzić polityków z solidarnościowego etosu. Wysokie oczekiwania zderzyły się jednak z osobistą depresją.
o. Maciej Zięba w gdańskim klasztorze Dominikanów
Damian Kramski/Agencja Gazeta

o. Maciej Zięba w gdańskim klasztorze Dominikanów

Zapowiadane jako rewelacja widowisko uświetniające obchody (koszt 9 mln zł) okazało się klapą. Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz zażądał wyjaśnień i rozliczeń finansowych od ojca Zięby, dyrektora Europejskiego Centrum Solidarności, odpowiedzialnego za obchody. I wtedy do „Gazety Wyborczej” jakimś cudem (kto jeszcze wierzy w takie cuda?) wyciekł list do ministra kultury, który prezydent miasta szykował na wypadek, gdyby Zięba nie zechciał dobrowolnie złożyć rezygnacji ze stanowiska. Efekt był taki, że zanim duchowny zdążył podjąć decyzję i oznajmić ją Adamowiczowi, odwiedzili go dziennikarze. 11 września cała Polska mogła poczytać o problemie duchownego z alkoholem. 13 września podczas rozmowy z prezydentem Gdańska ojciec Zięba podał się do dymisji. Ma tylko jeszcze dokończyć kilka projektów.

Na zwołanej po spotkaniu w magistracie konferencji prasowej ojciec dyrektor mówił o skazaniu go na śmierć cywilną, „zabijaniu we w miarę kulturalny sposób”. Sugeruje polityczne drugie dno. Mówił o politykach, którzy chcą konfrontacji, sporu dwóch etosów wokół Sierpnia. „To – zapewniał – mnie nie interesuje. Ten etos jest wspólny, całe moje działanie polegało na tym, żeby podkreślać jedność”.

Problemom z alkoholem nie zaprzecza. Gdy rozmawiamy w cztery oczy w jego gabinecie w budynku dawnej dyrekcji Stoczni Gdańskiej, też o nich mówi, nawet niepytany. Jednak znów podkreśla, że w jego przypadku nie wchodzi w grę alkoholizm, tylko depresja, z której najpierw nie zdawał sobie sprawy. Ludzie powinni się dowiedzieć, jaka to straszna choroba. Alkohol obsadza w roli antydepresantu. Dodaje, że sam lepiej się czuje teraz, gdy prysła nagle bańka otaczającej go dwuznaczności. Bo środowiskom decydenckim i opiniotwórczym Gdańska (przynajmniej niemałej ich części) przypadłość ojca Zięby (mniejsza o to, jak ją nazwiemy) stała się znana już wkrótce po jego przybyciu.

Ojciec w oczku prezydenta

Trzy lata temu, gdy Maciej Zięba, były prowincjał dominikanów, obejmował stanowisko dyrektora w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku, prezydent miasta Paweł Adamowicz (PO, nurt konserwatywny) nie znajdował dość słów pochwalnych: nietuzinkowa postać, otwarty, ekumeniczny. Podczas fety urządzonej w Dworze Artusa duchowny rozbawił część towarzystwa schowanym pod marynarką T-shirtem z nadrukiem „ojciec dyrektor”. Mówiono: wielki intelekt, rozległe, światowe kontakty, umiejętność zjednywania ludzi, etosowy rodowód.

Mało kto miał wtedy wątpliwości, czy to dobra decyzja kadrowa. Wśród nich – arcybiskup Tadeusz Gocłowski, który wyrażał niepewność, jak tę nominację przyjmą ludzie świeccy. Zupełnie nieliczni zgłaszali zastrzeżenia, że pogłębi to obraz Polski jako kraju, w którym bez Kościoła ani rusz, że stworzy barierę między instytucją a resztą otoczenia. Adamowicz, według bliskich współpracowników, początkowo był ojcem Ziębą zafascynowany. Niektórzy mówią o „stosunku bałwochwalczym”.

ECS to oczko w głowie Pawła Adamowicza. Zatem, nim powołał zakonnika na dyrektora, zasięgał rady innych polityków o konserwatywnym zabarwieniu – Rafała Dutkiewicza i Jarosława Gowina, prywatnie przyjaciół duchownego. Utwierdzili prezydenta Gdańska w tym pomyśle kadrowym. Podobno mieli nadzieję, że Ziębie takie wyzwanie dobrze zrobi. Może nie docierała do nich miara zadania.

A jeśli szef sam nie ma wystarczających zasobów tych talentów, to musi umieć dobrać współpracowników, scedować na nich część zadań. Bo ECS to wyjątkowo trudne miejsce. Po pierwsze, ze względu na związek z dziedzictwem, które wydzierają sobie coraz bardziej skłóceni liderzy sił postsolidarnościowych. Po drugie, jest to instytucja in statu nascendi. Gdy ojciec Zięba zostawał jej szefem, wiadomo było, że ma ona łączyć funkcje muzeum, archiwum i ośrodka badawczo-edukacyjnego. Ale reszta była dość mgławicową ideą.

Jasna i nader korzystna była za to sytuacja formalno-prawna. ECS miał zagwarantowany budżet roczny w wysokości co najmniej 10 mln zł (składają się na tę sumę miasto, samorząd województwa oraz resort kultury). To dużo jak na instytucję, której siedziba ma dopiero powstać. Były też zagwarantowane środki na budowę (w tym dotacja unijna). Konkurs na projekt budynku został rozstrzygnięty 13 grudnia 2007 r.

Kiedy wyszły na jaw – a stało się to bardzo szybko – osobiste problemy ojca dyrektora, sporo osób z otoczenia Adamowicza doradzało rozstanie. Jednak ten usiłował ratować – jak uważał – wyjątkową osobowość. Potem przyszło rozczarowanie. Dziś padają słowa o wypaleniu szefa ECS, o braku świeżości, braku wizji, na którą miasto tak liczyło. Wyrosła za to instytucja zatrudniająca 60 osób. Wcześniej była mowa, że nim ECS dorobi się własnej siedziby, będzie w nim pracować góra 30–40 osób. Więcej etatów to mniej pieniędzy na bieżącą działalność.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną