Jak Amerykanie polską armię dozbrajali

Broń po Wuju
Bezpłatna pomoc wojskowa od Amerykanów okazała się za droga dla polskiej armii. No i trudno powiedzieć, na ile pomocna.
Fregaty ORP 'Pułaski' i ORP 'Kościuszko'
Wojciech Stróżyk/KFP

Fregaty ORP "Pułaski" i ORP "Kościuszko"

Przypadająca w tym roku 15 rocznica pomocy amerykańskiego rządu dla polskiej armii nie będzie specjalnie celebrowana. Żadnej ze stron nie byłoby łatwo ułożyć zgrabnej mowy pochwalnej. Tym bardziej że nie dałoby się uniknąć słów typu rozczarowanie, a nawet żal. – Myślę, że dojrzeliśmy już do sytuacji, w której powinniśmy zrezygnować z tej pomocy i opierać nasze relacje na innych zasadach. Dalsze korzystanie z bezpłatnych środków przyznawanych przez rząd USA stawia nas wśród krajów raczkujących, a my już nieco okrzepliśmy i dorośliśmy do bardziej partnerskich relacji – mówi minister Stanisław Koziej, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. To jeszcze nie jest oficjalne stanowisko Ministerstwa Obrony Narodowej, ale i resort wyraźnie do niego dojrzewa.

Ile kosztuje darmowy lunch

Amerykańscy doradcy wojskowi uaktywnili się w Polsce dużo wcześniej, nim opuściły ją ostatnie transporty z radzieckim wojskiem. Imponowali wiedzą na temat stanu naszej armii i kusili obietnicami jego poprawy. Realną współpracę zaczęli jednak nie od propozycji sprzętowych, ale edukacyjnych. Polskę zaproszono do programu IMET (International Military Education and Training), w ramach którego nasi studenci i wojskowi mogli się szkolić w amerykańskich uczelniach. Docieranie szczegółów dawało przedsmak późniejszych kontaktów. Amerykanie stawiali na młodych. Zależało im na kadetach, których chcieli sprofilować według własnych koncepcji. Strona polska zaproponowała listę wysokich rangą oficerów. Przy próbach negocjacji Amerykanie grzecznie zasugerowali, że ich elastyczność ogranicza się do przyjęcia bądź odrzucenia oferty. W 1992 r. pierwsi studenci z Polski pojechali do USA.

Polska zabiegała jednak o bardziej realną pomoc Wuja Sama. Zależało nam zwłaszcza na nowinkach technicznych z dziedziny łączności, nowoczesnej broni dla wojsk specjalnych i stopniowym przechodzeniu na sprzęt made in USA. No i najlepiej, żeby to wszystko dostarczono nam za darmo. Pomysł nie był całkowicie nierealny, bo rząd amerykański już od 1961 r. realizował taką pomoc w ramach programów Foreign Military Financing (FMF), który pozwala Kongresowi przydzielić pieniądze sojusznikom, i Foreign Military Sales (FMS), który pozwala za te pieniądze kupować sprzęt od amerykańskich firm. FMF rozpalał wyobraźnię polskich wojskowych i kolejnych ministrów obrony narodowej. Bezzwrotne granty przyznawane przez Kongres USA w ramach FMF pozwalają na zakupy amerykańskiego sprzętu bez wkładu własnego. Na szczeblach dowódczych głośno się mówiło, że to jak pójść do hipermarketu bez portfela i wyjść z pełnym koszykiem. Mało kto zwracał uwagę na założenia programu, w których wprost zapisano, że służy on kreowaniu polityki obronnej USA, zawieraniu sojuszy oraz ma na celu uzależnienie partnerów wieloletnimi umowami poprzez późniejszą eksploatację, serwis i wymuszone zakupy części zamiennych.

Wpisanie Polski do FMF zajęło sporo czasu. Negocjacje były trudne, bo strona polska znów chciała stawiać warunki, nie do końca rozumiejąc reguły gry. Polakom trudno było się pogodzić z faktem, że co prawda to oni tworzą listę potrzeb, ale to Amerykanie ostatecznie decydują, co nam sprzedadzą i za jaką cenę. Strona amerykańska rygorystycznie przestrzegała też zasad dotyczących opłat licencyjnych i serwisowania sprzętu jedynie przez własnych producentów.

Pierwsze środki przyznano nam w 1995 r. Na początek skromny milion dolarów, który w dużej części skonsumował GROM. Taka była zresztą sugestia strony amerykańskiej, która od początku stawiała na rozwijanie w tej części Europy nowoczesnych jednostek specjalnych. W 1996 r. Polska dostała już 16,5 mln dol. na zakupy. Amerykanie słusznie zasugerowali inwestycje w systemy łączności i kryptografii, bez których nie mogliśmy nawet marzyć o wejściu do NATO. A takie marzenia już wówczas głośno artykułowaliśmy.

Im bardziej zacieśniały się kontakty Polski z Ameryką, tym zimniej było na linii Warszawa–Moskwa. A skutki tego boleśnie odczuwała polska armia uzależniona od rosyjskich części zamiennych do używanego sprzętu. W efekcie trzeba było go wycofać, choć mógłby jeszcze służyć. – Siłą rzeczy po zamienniki musieliśmy zwrócić się do USA. Nas po prostu nie było stać na zakup nowego sprzętu. Dziś budżet MON to prawie 30 mld zł. Wówczas to było 12–15 mld, a armia była ponad dwukrotnie większa – wspomina Janusz Onyszkiewicz, były minister obrony narodowej.

Stronie polskiej szczególnie zależało na pozyskaniu okrętów dla Marynarki Wojennej. – Zlikwidowaliśmy dywizjony kutrów i ścigaczy. ORP „Warszawa” był zbyt drogi w eksploatacji, a program budowy nowych korwet miał zaowocować pierwszymi wodowaniami dopiero około 2005 r. Potrzebowaliśmy sprzętu przejściowego, który pozwoliłby zachować ciągłość szkolenia i pozwalał chronić nasze interesy na morzu – mówi emerytowany admirał Ryszard Łukasik, uważany za ojca pomysłu ściągnięcia amerykańskich fregat do Polski.

Negocjacje w tej sprawie prowadził minister Onyszkiewicz. – Amerykanie wcale się nie palili, żeby dać nam te okręty. Na spotkaniu w Waszyngtonie sekretarz departamentu obrony William Cohen powiedział mi: Janusz, tę pierwszą fregatę sprzedamy wam za jakieś 50 mln dol., a drugą damy za darmo. Odpowiedziałem, że w takim razie wezmę tylko tę drugą – wspomina Janusz Onyszkiewicz.

Ostatecznie Polacy wynegocjowali dwie fregaty w ramach programu pomocowego. Na początku 2000 r. do Polski przypłynął ORP „Gen. K. Pułaski”. Zwiedzającym go politykom i dziennikarzom wydawał się cudem techniki. Zachwycano się wszystkim: od maszyny do robienia lodów w messie oficerskiej po automatyczne systemy kierowania ogniem i lądowisko dla helikopterów. Polska Marynarka Wojenna po raz pierwszy dysponowała okrętem, na którym można było lądować. Głosy krytyki, że wodowany w 1979 r. okręt jest stary i wysłużony, łatwo było zbijać. Nic nowszego wówczas nie mieliśmy.

Szybko się okazało, że w kwestii 50 mln dol. sekretarz William Cohen jednak postawił na swoim. Po podliczeniu dodatkowych kosztów (np. dozbrojenie jednostek, przeszkolenie załóg) strona polska musiała zapłacić 55,5 mln dol. za wprowadzenie do użytku i zabezpieczenie obydwu fregat.

Przy okazji fregat bardzo szybko zaczęły wychodzić mankamenty darmowych umów. Uzależnienie od amerykańskich serwisantów i części znacznie podnosiło koszty remontów. A wiek okrętów był częstą przyczyną awarii. Jak podliczyli dziennikarze miesięcznika „Raport”, do 2009 r. na remonty obu fregat wydano ponad 40 mln dol., a i tak ich stan jest daleki od doskonałości. Z odpowiedzi MON na interpelację posła Ludwika Dorna wynika, że część systemów obronnych właściwie nie działa bądź ulega częstym awariom i fregaty muszą przejść szeroko zakrojone remonty.

Okazało się również, że nie bardzo nas stać na utrzymanie tych jednostek. Załogi są o połowę za duże (aż 215 osób na fregatę), a napęd paliwożerny. Tylko w latach 2001–07 utrzymanie fregat pochłonęło 160 mln zł. – Pozyskanie tych okrętów to była dobra decyzja. Ale dzisiaj modernizacja tych okrętów za kolejne 200 mln zł to topienie pieniędzy. Trzeba wreszcie skończyć budowę korwety „Gawron” i postawić na nowoczesny sprzęt – mówi Janusz Walczak, ekspert wojskowy i komandor porucznik rezerwy. Korweta „Gawron” budowana jest już 9 lat i trudno wskazać realną datę jej ukończenia oraz ostateczny koszt. Wiadomo, że przekroczy grubo miliard złotych.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną