Polska polityka wciśnięta w lejek

Teoria lejka
Wyobraźmy sobie dwa scenariusze. Pierwszy, że Polską rządzi Jarosław Kaczyński, po Smoleńsku, po krzyżu i po Łodzi. I drugi, że Kaczyńskiego w polityce już nie ma.
Mirosław Gryń/Polityka

Jarosław Kaczyński w Sejmie podczas specjalnego posiedzenia na temat tragedii w łódzkim biurze PiS
Witold Rozbicki/Reporter

Jarosław Kaczyński w Sejmie podczas specjalnego posiedzenia na temat tragedii w łódzkim biurze PiS

Prezes PiS w łódzkiej katedrze podczas pogrzebu Marka Rosiaka, zasłaniany przez działaczy PiS przed prezydentem Bronisławem Komorowskim
Łukasz Szeląg/Reporter

Prezes PiS w łódzkiej katedrze podczas pogrzebu Marka Rosiaka, zasłaniany przez działaczy PiS przed prezydentem Bronisławem Komorowskim

Dramat łódzki i wydarzenia, które po nim nastąpiły, pokazały jeszcze raz dobitnie, o jaką stawkę toczy się gra. Kiedy co bardziej zagorzali prawicowi publicyści piszą dzisiaj o konieczności stworzenia alternatywnej Polski w Polsce, państwa w państwie, z własnymi instytucjami, szkołami, mediami, nagrodami i normami, to widać, że może wygrać jedna Polska lub druga, a przegrana musi odejść.

Załóżmy zatem, że odchodzi Kaczyński. Wszystko jakoś nagle normalnieje, wycisza się, czego doświadczaliśmy w okresie, gdy prezes PiS po 10 kwietnia obwieścił zakończenie wojny polsko-polskiej. Ale normalnieje też na inny sposób: w jakimś sensie przestaje być ważne, kto akurat rządzi, kto po kim lub przed kim. Raz w jedną stronę, potem w drugą, ale bez wariactw, w ramach pewnej konwencji różnic i koniunktury, tak gospodarczej, jak i ideowej. I nie trzeba już na siłę kochać partii-matki, Platformy, która ma przecież swoje za uszami.

Podobnie jak dzieje się w doświadczonych demokracjach, gdzie między następującymi po sobie ekipami i politykami jest więcej zbieżności niż różnic. Polityka przestaje wzniecać wysokie emocje, zaczyna upodabniać się do teatru, w którym role są rozpisane, a sztuka przypomina komediodramat – może bez happy endu, bo po prostu nigdy się nie kończy – który trafia w średnie gusta publiczności. A ona ma też poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności następujących po sobie scen. Europejskie partie nie różnią się od siebie diametralnie nie dlatego, że tak się umówiły, że nie chce im się wymyślać nowych ideologii i rewolucyjnych trendów, ale dlatego, że po wieloletnich eksperymentach i badaniu ekstremów skurczyło się spektrum rozsądnych rozwiązań dla kraju.

Gdyby tak dzisiaj w Polsce było, gdyby było dość obojętne, czy rządzi Tusk, czy ktoś inny, na przykład Napieralski lub Pawlak, osobno czy razem – to oceny każdego z nich mieściłyby się we wspólnym mianowniku politycznym, przynależałyby do tego samego komediodramatu. Wtedy rotacja kolejnych ekip przy władzy jest naturalnym płodozmianem i układa się w cykle: trochę bardziej na prawo lub trochę bardziej na lewo. Wówczas być może wyborcy wczytywaliby się w eksperckie analizy, w polityce precyzyjniej odszukiwaliby własne partykularne interesy, rozważali osobiste przymioty polityków. Bo odległości do pokonania nie byłyby za duże, a odmienności nie do niezasypania.

Tylko jedno pytanie

Ale dziś obowiązuje teoria lejka. Polega ona na tym, że na górze można spierać się o wiele spraw państwa, służbę zdrowia, podatki, dług publiczny, emerytury i wytykać rządowi niewątpliwe zaniechania i błędy, wylewać żale i pretensje. Im bliżej jednak ujścia lejka, tym bardziej wszelkie dylematy zaczynają się redukować, oceny upraszczać i w końcu pozostaje jedno pytanie: czy bardziej nie chcemy Tuska, czy Kaczyńskiego?

Uczciwy proces krytykowania władzy powinien konsekwentnie zakładać opcję jej ostatecznego odrzucenia w wyniku kumulowania się porażek i przekroczenia masy krytycznej. To jest ostatnia cyfra na skali, już na czerwonym polu. Teoria lejka właśnie na to nie pozwala. Można do woli wytykać Platformie wpadki czy nieróbstwo, ale ostatnia cyfra skali, czyli dopuszczenie opozycji do władzy, nie wchodzi w grę, bo tą opozycją jest PiS. Dlatego krytyka PO jest niekonsekwentna, a momentami nawet nieszczera, bo inna być nie może. Budzi to oburzenie, a nawet wściekłość u tych, którzy uważają PiS za normalną opozycję mogącą bez problemu zastąpić Platformę. Tu nigdy nie będzie porozumienia. To główny punkt niezgody pomiędzy politykami i komentatorami.

Tusk napotyka coraz więcej kąśliwych uwag ze strony swoich zwolenników, ale teoria lejka zapewnia mu bezpieczeństwo. Na górze kipi, przechodzą burze, ale przy zwężeniu naczynia wszystko się zbiera i porządkuje, panuje cisza i spokój. Perspektywa, kto może Tuska zastąpić, powoduje, że inne kwestie, choć ważne, stają się mniej ważne.

Krytyka rządów Donalda Tuska byłaby oczywiście bardziej dokuczliwa i dogłębna, niż dzieje się to dzisiaj, gdyby nie lejek. Ba, można wręcz założyć, że byłaby też bardziej powszechna i masowa. Opinia publiczna nie miałaby żadnego innego interesu, tylko twardo egzekwować od panujących dobre myślenie i sprawne działania. A jak nie, to w konsekwencji następuje wymiana rządzących na opozycję, zawsze jednak z szansą nowej układanki w kolejnej odsłonie wyborczej.

Dociążanie

I tu jest miejsce na ten pierwszy scenariusz, czyli że w kolejnej odsłonie wyborczej do władzy dochodzi Jarosław Kaczyński. W wersji, do której wrócił natychmiast po przegranej kampanii prezydenckiej, a nawet gorszej, bo jeszcze bardziej desperacko agresywnej. Ze wzmocnieniem tendencji politycznych, które przesuwają największą partię opozycyjną gdzieś poza system, próbują narzucić nowe reguły gry, zmuszają wyborców do porzucenia idei płodozmianu w sprawowaniu władzy i wskazywania swoich faworytów nie w zgodzie z oceną realnych efektów rządzenia i zarządzania.

Ten proces wychodzenia PiS poza system ma swoją historię i dwie postaci. Pierwsza, w walce o władzę, polega na kwestionowaniu aksjologicznych, moralnych i historycznych podstaw tych, którzy dzisiaj sprawują władzę, a w istocie na delegitymizowaniu ludzi i urzędów władzy. Druga, gdy ma się już władzę – na próbach partyjnego opanowania państwa, co było najbardziej widoczne i dokuczliwe w epoce IV RP.

Można sobie wyobrazić: Kaczyński – premier, Macierewicz na resort spraw wewnętrznych albo koordynatora służb specjalnych, Fotyga do MSZ, Ziobro i Kempa wracają do Ministerstwa Sprawiedliwości, Kamiński do CBA, Błaszczak i Brudziński do Kancelarii Premiera, a na miejsca po Giertychu i Lepperze też się ktoś znajdzie. Słowa o Polsce jako kondominium stają się nagle słowami szefa rządu, a „Gazeta Polska” i „Nasz Dziennik” jego organami. Warto zawsze pomyśleć o takich konkretach, a nie tylko o abstrakcyjnej zgodzie na to, że opozycja, co normalne, ma zastąpić władzę. Blogerka o nicku „rebeliantka”, jak się wydaje wzorcowa zwolenniczka PiS, na prawicowym portalu pisze: „Już wkrótce obejmiemy władzę. Zabierzemy się znowu za złodziei. Tym razem poważnie rozwiążemy problem agentów”.

W tym sensie należna skądinąd krytyka rządu Donalda Tuska nie ma, bo nie może mieć, tego – chciałoby się powiedzieć – normalnego, zwyczajowego charakteru recenzowania i zwalczania polityki nietrafionej i błędnej, niechby tylko uważanej za taką. Zawsze musi być dociążona odpowiedzialnością za otwieranie pola dla najsilniejszej partii opozycji – takiej, jaką się przedstawia i jakiej pamięć po sobie zostawiła.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną