Finansowy remanent po Smoleńsku

Rachunki krzywd
Rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej narzekają, że nie otrzymały dostatecznej pomocy od państwa, a śmierć ich bliskich nie została właściwie upamiętniona. Właściwie, czyli jak?
Pomnik pamięci ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem
Tadeusz Późniak/Polityka

Pomnik pamięci ofiar katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem

Jacek Bednarczyk/PAP

Na nagrobku męża – Przemysława Gosiewskiego Beata Gosiewska kazała wypisać złotymi literami jego własne słowa: „Wdzięczność ważniejsza jest od pieniędzy”. – To była zasada, którą Przemek kierował się w życiu – tłumaczy.

Z tego, co pani Gosiewska od kilku miesięcy powtarza w mediach, wynika, że rodzina wicepremiera tej wdzięczności ze strony rządzących nie odczuła wcale albo bardzo niewiele.

Część rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej uważa Beatę Gosiewską za bohaterkę, która nie boi się publicznie powiedzieć tego, co i one po cichu myślą. Według innych, prowokowanie publicznych rozliczeń pomocy, jaką bliscy ofiar uzyskali od państwa, w przededniu rozmów o zadośćuczynieniach – kolejnym i największym zastrzyku finansowym, który mają otrzymać – może im tylko zaszkodzić. Prokuratoria Generalna, urząd zajmujący się wszystkimi roszczeniami wobec Skarbu Państwa, wysłała już zaproszenia do rozmów.

Wsparcie

28 października w „Kropce nad i” Beata Gosiewska wspominała, jak to jakiś czas temu premier Donald Tusk chwalił się, że rząd po katastrofie smoleńskiej zdał egzamin. „A ja widziałam, co się dzieje. Nikt mi nie pomógł tak naprawdę” – przekonywała. Choć jej mąż był zawodowym posłem – mówiła – nie dostała pomocy z Kancelarii Sejmu. Sama musiała załatwiać formalności związane z pogrzebem, dograć terminy w kościele i na cmentarzu, znaleźć przedsiębiorstwo pogrzebowe.

Brzmiało to łagodnie w porównaniu z jej wcześniejszymi wypowiedziami dla mediów, zwłaszcza prawicowych, ale występ w telewizji ma inny ciężar. Linie telefoniczne w instytucjach, które odpowiadały za pomoc rodzinom ofiar katastrofy, rozgrzały się więc do czerwoności. Służby podległe prezydent Warszawy Hannie Gronkiewicz-Waltz raportowały, że w Miejskim Przedsiębiorstwie Usług Komunalnych, które Beata Gosiewska wynajęła do przeprowadzenia pogrzebu, jej obsługą zajmowała się osobiście szefowa tej firmy; że na życzenie rodziny ciało byłego wicepremiera zostało w kondukcie przewiezione na mszę do Kielc (stolicy jego okręgu wyborczego) i z powrotem do Warszawy; że gdy szefowa MPUK powiedziała rodzinie, iż może nie sprostać zamówieniu 10 autokarów na uroczystości pogrzebowe – usłyszała, że tyle zostało zamówionych i tyle ma być; że na pogrzeb na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach ściągano specjalnie dla rodziny Gosiewskich dodatkowego meleksa z Łazienek Królewskich, żeby starsze osoby nie musiały się trudzić marszem do miejsca pochówku. Urzędnicy magistratu potwierdzają: owszem, Gosiewska sama uzgadniała terminy ceremonii i wybrała firmę pogrzebową, ale gdyby jej to narzucono, dopiero byłaby afera. Pracownicy Kancelarii Sejmu informują z kolei, że rodziny posłów, którzy zginęli pod Smoleńskiem, do czasu pogrzebów dostały do swojej dyspozycji samochody z kierowcami i że załatwiano za nie formalności.

Dziś Gosiewska twierdzi, że karawan do Kielc dano jej w ostatniej chwili i z łaski. Wypominanie meleksa i autokarów uważa za żenujące. O tym, że ma do dyspozycji samochód, poinformowano ją kilka dni po jego przydzieleniu: – Poprosiłam znajomego posła, by zapytał w Sejmie, czy mogą mi przydzielić dawnego kierowcę męża. Usłyszał od pracownicy kancelarii: „znowu będą jeździć po zakupy”. Tego kierowcę w końcu mi dano. Ale to było takie przeżute i zwymiotowane. Tak ta cała pomoc wyglądała – mówi.

702 tys. zł – kosztowała ceremonia powitania ofiar katastrofy na lotnisku Okęcie, przygotowanie hali Torwar i domu pogrzebowego na Cmentarzu Północnym do uroczystości żałobnych oraz przewiezienie tam trumien z Okęcia
647 tys. zł – msza za ofiary katastrofy na placu Piłsudskiego w Warszawie
6,16 mln zł – uroczystości pogrzebowe Lecha i Marii Kaczyńskich
3,4 mln zł – pogrzeby pozostałych ofiar
5,5 mln zł – wydały władze Krakowa na przygotowanie miasta do uroczystości
3 mln zł – władze Warszawy

Upamiętnienie

25 października 2010 r. w dzienniku „Polska. The Times” Beata Gosiewska poddała krytyce pomnik wzniesiony w centralnym punkcie kwatery smoleńskiej na Powązkach Wojskowych. Po jego bokach pochowano 28 ofiar katastrofy, wśród nich Przemysława Gosiewskiego. Mówiła o monumencie: „Jest brzydki, tandetny i ohydny. (...) nie mogę na niego patrzeć. To pomnik władz, a nie ofiar katastrofy”. Poparł ją Andrzej Melak, brat przewodniczącego Komitetu Katyńskiego Stefana Melaka, który również zginął w Smoleńsku.

Urzędnicy twierdzą, że obojgu od początku trudno było dogodzić. Każda z rodzin mogła wskazać cmentarz, na którym chce pochować swojego bliskiego. Państwo zadeklarowało, że pokryje koszty wykupu miejsc, ich 25-letniej dzierżawy i sfinansuje pogrzeby. Gosiewscy i Melakowie wskazali Cmentarz Wojskowy na Powązkach. – Na tym cmentarzu nie można kupić miejsca. Dysponują nimi rozmaite instytucje publiczne, każda swoją pulą. Zadecydowano, że ofiary katastrofy zostaną pochowane w osi Alei Profesorskiej, na terenie, który był w gestii władz Warszawy. Ale pan Melak chciał, by jego brat spoczął w tzw. dolince katyńskiej, gdzie nie dokonuje się pochówków, a Gosiewscy – bliżej bramy cmentarza, gdzie miejscami dysponowały inne instytucje – wspomina jeden z urzędników. Ostatecznie Stefan Melak i Przemysław Gosiewski zostali pochowani w kwaterze smoleńskiej, ale Beacie Gosiewskiej nadal trudno się pogodzić z tym, że na przykład grób Piotra Nurowskiego, szefa PKOl, znalazł się w innej części cmentarza, a Andrzej Melak mówi, że w sprawie miejsca pochówku podjęto „autorytarną decyzję”.

Wszystkie groby w kwaterze smoleńskiej przygotowano tak, by w przyszłości obok ofiar katastrofy mogli spocząć tylko ich małżonkowie. Chodziło o to, by kwatera pozostała przede wszystkim miejscem pamięci o ofiarach spod Smoleńska. Ale wynikało to także ze względów praktycznych – poniżej poziomu dwóch trumien na Powązkach stoi już woda. Według Hanny Gronkiewicz-Waltz, Beata Gosiewska chciała, by w grobie jej męża były nie dwa, lecz cztery piętra – również dla jego rodziców. – Wykopano trzy. Podczas pogrzebu modliliśmy się, żeby w momencie opuszczania trumny nie rozległo się głośne chlup – wspomina jeden z magistrackich urzędników.

W zamierzeniu architekta pomnik na Powązkach miał stanowić spójną całość z 28 nagrobkami. Rodziny poproszono więc o wybranie grobowców spośród kilku zaproponowanych modeli, co większość, po uzgodnieniach z architektem, zaakceptowała. Gosiewska zleciła budowę według indywidualnego projektu ze wspomnianym mottem i złamaną brzozą.

Jeden z członków zespołu ministra Michała Boniego, który koordynował sprawy związane z katastrofą smoleńską, wspomina, że kłopoty były także z nagrobkami innych ofiar: – Rząd zadeklarował, że sfinansuje budowę grobowców. Szybko trzeba było wprowadzić ograniczenie kosztów do 30 tys. zł, bo jedna z rodzin przedstawiła wyliczenie na 250 tys. zł.

Niektóre rodziny znalazły jednak na to ograniczenie metodę. Wdowa po aktorze Januszu Zakrzeńskim, Barbara Zakrzeńska, o dofinansowanie wycenionego na 67 tys. zł pomnika zwróciła się do Ministerstwa Kultury. Pełnomocnik wdowy przekonywał, że aktor został pochowany na Starych Powązkach, a taka lokalizacja zobowiązuje. I ministerstwo dołożyło 30 tys. zł.

Zakrzeńska, tak jak Gosiewska i Melak, jest zdania, że prawdziwy pomnik ofiar katastrofy powinien powstać na Krakowskim Przedmieściu. Jak mówi Melak: „w miejscu dla narodu najważniejszym i przez naród wybranym”. Gosiewska forsuje projekt „obelisku wierności ojczyźnie” przedstawiającego 96 dłoni, ale wie, że na „właściwe i godne” upamiętnienie ofiar trzeba poczekać, aż zmieni się w Polsce władza.

272 tys. zł – kosztowało wykupienie miejsc na cmentarzach dla ofiar katastrofy
1,6 mln zł – pomnik ofiar katastrofy na Powązkach
169 tys. zł – sarkofag prezydenckiej pary na Wawelu
3 mln zł – budowa pomników nagrobnych pozostałych ofiar
65 tys. zł – 105 urn onyksowych,które po napełnieniu ziemią z miejsca katastrof zostały przekazane m.in. rodzinom ofiar

Pomoc

W lipcu 2010 r. Beata Gosiewska w wywiadzie dla POLITYKI mówiła: „Jakieś 40 tys. zapomogi dostaliśmy, inne przysługujące świadczenia wynikają z przepisów i lat pracy. (...) Ja nie ubiegam się o rentę, pracuję. Zostałam w niełatwej sytuacji, z dwojgiem małych dzieci”.

Pracownik Kancelarii Sejmu: – Pani Gosiewska w kolejnych wywiadach konsekwentnie pomija fakt, że wszystkie rodziny posłów, którzy zginęli w katastrofie, otrzymały po 100 tys. zł z polisy, którą wykupiła kancelaria. Spośród ofiar katastrofy przez państwowe instytucje wyżej była ubezpieczona chyba tylko para prezydencka. (Lech Kaczyński na 2 mln zł, Maria Kaczyńska – na 1 mln zł). I zapomina o dodatkowych 5 tys. zapomogi, wypłaconej z kasy Sejmu rodzinie każdego zmarłego posła.

Dwojgu dzieciom Gosiewskiej, tak jak wszystkim dzieciom ofiar katastrofy, które nie ukończyły 25 roku życia, przyznano renty specjalne po 2 tys. zł miesięcznie.

Decyzją premiera renty specjalne przyznane zostały dotychczas 91 członkom rodzin ofiar katastrofy. Do kancelarii wciąż napływają jednak nowe wnioski. Gdy świadczenia odmówiono wdowie po funkcjonariuszu BOR Krystynie Łuczak-Surówce (bo ma 36 lat, stałą pracę i nie ma dzieci), media pisały, że przecież premier może przyznać rentę specjalną.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną