Wojna o raport MAK. Czy coś zmieni?

Tusk wezwany do raportu
Ustalenie przyczyn katastrofy Tupolewa zamienia się w wojnę polsko-polską oraz polsko-rosyjską. Obie te wojny nie mają szans na rozstrzygnięcie.
Protest przed rosyjską ambasadą podczas wizyty w Polsce prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa 8 grudnia 2010 roku
Zbyszek Kaczmarek/EAST NEWS

Protest przed rosyjską ambasadą podczas wizyty w Polsce prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa 8 grudnia 2010 roku

Podobna pikieta odbyła się w tym samym dniu (8 grudnia 2010 r.) przed Pałacem Prezydenckim
Jan Bielecki/EAST NEWS

Podobna pikieta odbyła się w tym samym dniu (8 grudnia 2010 r.) przed Pałacem Prezydenckim

Polska nie kwestionuje zasadniczych tez raportu MAK, ale uważa go za niekompletny – prawie jednym głosem powtarzali premier Donald Tusk i minister Jerzy Miller. Opisując prawdziwie błędy strony polskiej, wersja MAK pomija to wszystko, co działo się na wieży lotniska Siewiernyj. A to też było, jeśli nie jedną z przyczyn, to z pewnością istotną okolicznością towarzyszącą katastrofie.

Oficjalne stanowisko strony polskiej jest racjonalne, spokojne i wyważone. Nie zamyka furtek do ewentualnych dalszych rozmów z Rosjanami, wspólnego śledztwa czy do międzynarodowego arbitrażu. Rzecz jednak w tym, że to nie jest dobry czas na oceny racjonalne. To jest czas, kiedy najłatwiej budzić emocje czy wręcz upiory.

Nasze argumenty – jak to wiemy obecnie, po opublikowaniu dokumentu przesłanego do MAK – były rzeczowe, dobrze uzasadnione, wymagające poważnego potraktowania. Dlaczego MAK je zlekceważył? Czy były to dyspozycje z wyższego szczebla, nakazujące za wszelką cenę chronić swoich, czy działania kompleksu wojskowego, chcącego oddalić od siebie jakąkolwiek odpowiedzialność? Czy też były inne przyczyny? Nasza wiedza o mechanizmach podejmowania decyzji w Rosji wskazuje na jedno: decyzja MAK z pewnością nie była decyzją samodzielną i niezależną. Była w niej polityka. Nasze wątpliwości dotyczyć mogą tego, jakiego sięgnęła szczebla.

Podobnie zresztą polityka przyczyniła się w sposób oczywisty do katastrofy, gdyż równolegle po dwóch stronach panował strach przed podjęciem na czas racjonalnych decyzji – po polskiej, by z tego lotu po prostu w tych warunkach pogodowych zrezygnować, a po rosyjskiej – aby odpowiednio wcześniej nakazać odejście czy wręcz zabronić lądowania. Taki zakaz nieuchronnie oznaczałby międzynarodowy skandal i kolejne podejrzenia o rosyjskie spiski. Ci, którzy dziś oskarżają Rosjan o niezamknięcie lotniska, z takim samym zapałem oskarżaliby ich o zamknięcie. Taka jest logika tego konfliktu, zarówno w jego aspektach wewnętrznych, jak i międzynarodowych, gdzie PiS nieustannie gra na antyrosyjskich resentymentach. Ta logika rodzi sytuacje bez dobrego wyjścia, sprzyja natomiast decyzjom złym. Prezydent Bronisław Komorowski powiedział o arcyboleśnie prostych przyczynach tej katastrofy. Niestety, takie one w rzeczywistości są.

Lataliśmy na lotnisko w Smoleńsku, mimo że nie spełniało ono wielu standardów, lataliśmy jak do siebie, czasem nawet bez potrzebnych w Rosji wiz, bez zaproszeń do złożenia wizyt oficjalnych (wtedy wizyty zyskiwały oficjalny charakter pielgrzymek), bo było najwygodniejsze, blisko Katynia. Lataliśmy nawet wówczas, gdy przestało ono pełnić funkcję lotniska wojskowego, bo miejscową jednostkę rozformowano i przysyłano przypadkowych kontrolerów do sprowadzania polskich samolotów. Lądowali tam premierzy i prezydenci, chociaż absolutnie nie powinni. I nikt nie powiedział: dość, te wizyty muszą odbywać się inaczej.

Niezależnie jednak od intencji Rosjan i powodu, dla którego tak łatwo i pospiesznie odrzucili polskie zastrzeżenia do raportu, trzeba sobie uświadomić jedno: nie ma i nie będzie takiego raportu, rosyjskiego czy polskiego, nie będzie takich ocen prokuratorskich, rosyjskich czy polskich, które wszystkich zadowolą. Katastrofa była zbyt wielka, emocje ogromne, a przesiąknięcie całej sprawy polityką jeszcze większe. Jeśli PiS właśnie ten wypadek lotniczy przekuwa pospiesznie w swój mit założycielski i gorączkowo wiąże „dwa Katynie”, to obok „kłamstwa katyńskiego” musi być „kłamstwo smoleńskie”. Prawda o smoleńskiej katastrofie rozsypała się politycznie w kilka dni po tym tragicznym zdarzeniu i od kilku miesięcy oglądamy już tylko kolejne odsłony budowania mitu – od wawelskiego pochówku, poprzez wojnę o krzyż, który dziś zupełnie opuszczony stoi w kościele św. Anny i jakoś przestał nagle być symbolem wielkiej żałoby, przy którym trzeba się modlić.

Widzimy też próby zmagania się z tym mitem po to, aby ostateczna ocena tego zdarzenia była jednak w miarę bliska rzeczywistości, bo wątpliwości zapewne pozostaną na zawsze. Postulat powoływania komisji międzynarodowej, odwoływanie się do pomocy Stanów Zjednoczonych czy choćby NATO, o czym przypominają nieustannie politycy PiS, jest czystą grą propagandową. Wiedzą, że nic takiego się nie zdarzy. Nie tylko dlatego, że brak podstaw prawnych, także dlatego, że chętnych nie będzie, a końcowe wnioski i tak musiałyby być dla Polski niekorzystne. Tej rzeczywistości kokpitu Tupolewa nikt nie może pominąć, żaden poważny specjalista.

Orzeczenia komisji badających wypadki lotnicze nie ustalają winnych i nie określają zakresu winy i odpowiedzialności, od tego są prokuratorskie śledztwa. Raporty, odsłaniając mechanizm powstania katastrofy, naznaczają jednak piętnem winy i tak to odbiera opinia publiczna, dziś wyjątkowo zdezorientowana. Pokazują to pierwsze jej badania, w których większość odrzuca wiarygodność raportu MAK, ale prawie po równo dzieli się w ocenach przyczyn – wina pilotów, wina kontrolerów, naciski na pilotów oraz brak zdania. W zdecydowanej mniejszości są jedynie zwolennicy zamachu.

Ta dezorientacja jest w dużej mierze wynikiem tego, że od pierwszych minut po pokazaniu moskiewskiej komputerowej symulacji lotu, ruszyła prawicowa ofensywa i politycy brutalnie wyparli i zagłuszyli specjalistów.

Polityczne zabiegi o dyskredytację specjalistów trwały zresztą od pewnego czasu. Nie bez powodu płk Edmund Klich, akredytowany przy MAK, stał się wrogiem publicznym nr 1, a może nawet rosyjskim agentem wpływu, np. dla środowiska „Naszego Dziennika”, zespołu Macierewicza i zapewne dla sporej części polityków PiS oraz PJN (którzy w ostatnich dniach w swych ocenach i wnioskach tak bardzo zbliżyli się ponownie do PiS). To przecież Edmund Klich od dłuższego czasu swymi wywiadami przygotowywał polską opinię publiczną na wiele wniosków, które znajdujemy w raporcie. To on powtarzał jak mantrę, że do tego lotu w ogóle w tych warunkach nie powinno było dojść.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną