Kraj

Odwrót posła

Eksposłowie, którzy przeszli do samorządów

Janusz Palikot postanowił się odciąć od sejmowej polityki. Janusz Palikot postanowił się odciąć od sejmowej polityki. Iwona Burdzanowska / Agencja Gazeta
Posłom znudziło się granie drugorzędnych ról. Wolą mniej eksponowane sceny, gdzie łatwiej o poklask widowni. Dlatego coraz chętniej odchodzą z Wiejskiej.
Lisek daje słowo, że nie wystartuje jesienią do Sejmu, bo umówił się z wyborcami na pełną kadencję.Adrian Starus/Newspix.pl Lisek daje słowo, że nie wystartuje jesienią do Sejmu, bo umówił się z wyborcami na pełną kadencję.
Wojciech Żukowski jesienią został burmistrzem Tomaszowa Lubelskiego.Mirosław Trembecki/PAP Wojciech Żukowski jesienią został burmistrzem Tomaszowa Lubelskiego.
Jarosław Urbaniak, od dwóch miesięcy prezydent Ostrowa Wielkopolskiego.Bartosz Krupa/EAST NEWS Jarosław Urbaniak, od dwóch miesięcy prezydent Ostrowa Wielkopolskiego.
Marek Cebula jak wielu jego kolegów wybiera lokalną politykę, bo tam łatwiej się odnaleźć po utracie stanowiska.Tomasz Gawalkiewicz/Reporter Marek Cebula jak wielu jego kolegów wybiera lokalną politykę, bo tam łatwiej się odnaleźć po utracie stanowiska.

Wojciech Żukowski jesienią został burmistrzem Tomaszowa Lubelskiego. Wcześniej przez trzy lata był posłem PiS. Jak sam twierdzi, o trzy lata za długo. – Pamiętam wieczory w pokoju sejmowym, gdy siedziałem nad jakąś interpelacją i myślałem: co ja tu robię­? W Sejmie był debiutantem, i choć posłowanie wielu kojarzy się z awansem, dla niego okazało się degradacją. Zanim przyjechał do Warszawy, zajmował gabinet wojewody lubelskiego. – Do ostatniej chwili w urzędzie podejmowałem ważne decyzje. Nagle wszedłem do parlamentu i zobaczyłem, że na nic nie mam realnego wpływu. Gdy Jarosław Kaczyński dowiedział się, że Żukowski chce zostać burmistrzem 20-tys. miasta, na forum partii pogroził mu palcem. – Wymieniając mnie z imienia i nazwiska, powiedział, że to marnotrawienie potencjału partii, ale dodał, że nie będzie przeszkadzał – wspomina Żukowski.

Krzysztof Lisek (PO), który z Wiejskiej przeniósł się do Brukseli, rozumie Żukowskiego. – W Sejmie parlamentarzysta z tylnych rzędów przychodzi na głosowania, dostaje ściągę z klubu i naciska guziki. Tu nie ma miejsca na samodzielność.

Wielu posłów uważa, że dla ludzi w wieku średnim, z wykształceniem, energią i pomysłami trwanie przy Wiejskiej daje poczucie marnowania czasu i potencjału. Przeciwko nim działa logika bloków partyjnych. Wódz i jego najbliższe, wąskie otoczenie zapewniają spokój, pensję, dużo większą niż średnia krajowa, ale w zamian oczekują absolutnego posłuszeństwa. Wiele osób bez wcześniejszych doświadczeń zawodowych, dla których posłowanie to pierwsza poważna praca, w zamian za poczucie bezpieczeństwa idzie na duże kompromisy.

Ale coraz więcej posłów się na to nie godzi. W tej kadencji Sejmu, czyli od listopada 2007 r., z parlamentem rozstało się 41 posłów (nie licząc tych, którzy zmarli), czyli o 14 więcej niż w rekordowej do tej pory kadencji 2001–05.

Odchodzą do różnych zajęć. W ostatnich trzech latach: do Rady Polityki Pieniężnej, na fotele wojewodów, burmistrzów i samorządowców, do Parlamentu Europejskiego. W lokalnym działaniu nęci duża samodzielność w sprawowaniu władzy, a w europejskim – prestiż, poczucie, że są w centrum europejskich wydarzeń. I miesięczne wpływy na konto w wysokości ok. 35 tys. zł, a do tego prawie 20 tys. zł na utrzymanie asystentów.

Niektórzy, zanim jeszcze przyjęli mandat zdobyty w ostatnich wyborach, już powiedzieli pas. Marszałek dolnośląski Andrzej Łoś (PO) i marszałek Mazowsza Adam Struzik (PSL) zrzekli się mandatów, bo startowali tylko po to, by swoją popularnością w regionach pociągnąć partyjne listy. Ostatnim schodzącym ze sceny na Wiejskiej był Janusz Palikot. Założył ruch i postanowił się odciąć od sejmowej polityki. Mandat złożył na początku tego roku i teraz staje na głowie, by nie stracić zainteresowania mediów swoją osobą.

Poselski exodus

Kiedyś na samorządowe diety parlamentarzyści nie mieli apetytu. – Teraz moja pensja to trochę ponad 10 tys. brutto, o 400 zł więcej niż w Sejmie – wylicza burmistrz Żukowski. – Tam miałem jeszcze nieopodatkowaną comiesięczną dietę 2,5 tys., ale w samorządzie mam trzynastkę. Poseł ma też do dyspozycji mieszkanie w stolicy albo pokój w hotelu sejmowym oraz darmowe przejazdy pociągami i służbowe przeloty. Szczyci się też immunitetem. Parlamentarzyści mogą jednak zazdrościć niejednemu prezydentowi, burmistrzowi i wójtowi osobistego samochodu z kierowcą. Często sama pensja za przewodzenie miastu to jednak nie wszystko. Wielu z włodarzy samorządowych zasiada w radach nadzorczych spółek; u parlamentarzystów nie jest to mile widziane.

W wyborach 2002 r. na start samorządowy zdecydowało się zaledwie 16 posłów. Jednak im bardziej polska scena polityczna się stabilizowała, a jakiekolwiek dyskusje z partyjnym kierownictwem stawały się coraz trudniejsze, tym bardziej poselski exodus do samorządu przybierał na sile. W 2006 r. do lokalnej polityki ruszyło już 38 posłów. Przekonali się wtedy, że ich parlamentarne umocowanie wcale nie jest atutem w oczach wyborców, ale przeciwnie – obciążeniem. Mandaty poselskie na samorządowe zamieniło zaledwie siedmioro posłów (wśród nich była m.in. Hanna Gronkiewicz-Waltz z PO, która została prezydentem Warszawy).

W ostatnich wyborach samorządowych z 55 parlamentarzystów, którzy wystartowali, prezydentami i burmistrzami zostało 12, dwóch – radnymi wojewódzkimi. Najlepiej powiodło się Platformie, która wystawiała 22 posłów i  połowa z nich zdobyła mandaty. PiS zaryzykował w 27 przypadkach, ale sukces odnotował tylko w dwóch. Z pięciu posłów SLD powiodł się tylko Krzysztofowi Matyjaszczykowi (z naciskowej komisji śledczej), który zaczął rządzić w Częstochowie.

 

Najwięcej kpin nasłuchał się poseł Platformy Jan Tomaka, który startując na wójta podrzeszowskiej gminy Trzebownisko, zajął trzecie miejsce i nie przeszedł nawet do drugiej tury. Wyborcy pokrzyżowali jego plany, więc dalej musi pracować w sejmowych komisjach infrastruktury oraz ds. Unii Europejskiej i przewodniczyć polsko-rosyjskiej grupie parlamentarnej. Za to wszystko dostaje prawie 12,5 tys. zł brutto, jako wójt zarobiłby o 3,5 tys. mniej. – Mam 62 lata, wcześniej byłem już wójtem i po trzech kadencjach w Sejmie chciałem jeszcze popracować dla mojego regionu – tłumaczy się Tomaka. Dodaje, że do jego porażki przyczynił się partyjny szyld Platformy, która w Rzeszowskiem nie ma wielkiego poważania.

 

– W powszechnej opinii poseł kojarzy się z lenistwem, niekompetencją i kłótliwością – tłumaczy Jarosław Urbaniak, od dwóch miesięcy prezydent Ostrowa Wielkopolskiego z zarobkiem 12 tys. zł brutto, zbliżonym do poselskiego. Nic dziwnego, że Sejm ma niskie notowania w sondażach. Urbaniak wie, co mówi, bo choć w Sejmie jako poseł PO spędził dwie kadencje i był znany z pracy w komisji hazardowej, z anonimowym w świecie wielkiej polityki Włodzimierzem Jędrzejakiem, starostą ostrowieckim, wygrał dopiero w II turze, i to z przewagą zaledwie 7 proc.

Do samorządu ciągnie posłów nie tylko samodzielność, jaką cieszą się wójtowie, burmistrzowie i prezydenci, ale także poczucie większego wpływu na rzeczywistość. – Zamiast brać udział w politycznym show, w którym ważna jest tzw. narracja, a nie konkret, wolę decydować o tym, by droga, którą ludzie dojeżdżają do pracy, była wyremontowana – mówi Włodzimierz Kula, były poseł PO, który po ostatnich wyborach samorządowych zasilił szeregi radnych Platformy w łódzkim sejmiku. Mógł sobie na to pozwolić, bo niską dietę radnego trochę ponad 2 tys. zł rekompensują mu godziwe zarobki w kopalni Bełchatów, gdzie jest dyrektorem.

Wyścig do samorządu

Faktem jest, że do samorządów idą głównie posłowie mniej znani, którym nie udało się podbić świata wielkiej polityki. Sami nazywają się góralami, bo na sali sejmowej zajmują górne rzędy. – Na zajmowane przez liderów niziny możemy tylko popatrzeć – kpi jeden z byłych posłów, obecnie samorządowiec.

Najmocniej przeżywają to debiutanci, którzy mają za sobą doświadczenie we władzach lokalnych. – Tam jesteś najważniejszy, wszyscy cię znają, jak wybudujesz szkołę, napiszą w lokalnej gazecie. A na Wiejskiej wpadasz w rozbiegany tłum. Zero zainteresowania – opowiada jeden z burmistrzów. Nie daj Boże się skarżyć. Można wtedy usłyszeć od szefa: jak się nie podoba, możesz wracać, nikt cię tu na siłę nie będzie trzymał.

Ale kalkulacje bywają jeszcze bardziej przyziemne. Jak twierdzi burmistrz 12-tys. Krosna Odrzańskiego Marek Cebula, do grudnia poseł PO, wielu jego kolegów wybiera lokalną politykę, bo tam łatwiej się odnaleźć po utracie stanowiska. – Wchodząc w samorząd, wypracowują sobie szerokie kontakty w całym województwie. Gdy jakiś burmistrz przegrywa wybory, zawsze coś znajdzie – czy w sąsiedniej gminie, czy w sejmiku. Nie słyszałem, by w takiej sytuacji ktoś został na lodzie – twierdzi Cebula.

Nie ma się co dziwić, że pokusa przeskoczenia do lokalnej polityki jest tak silna, że niektórzy startują mimo grożących im kar. Jeden z posłów usłyszał od szefa swego regionu, że jeśli przegra wyścig do samorządu, nie ma co liczyć na miejsce na liście w najbliższych wyborach parlamentarnych.

O takie miejsce zabiega Sławomir Nitras (PO), dla którego salony europejskie to był jak mówili koledzy w klubie parlamentarnym klasyczny kopniak do góry. Ten najbardziej wpływowy kiedyś polityk w Szczecinie podpadł ówczesnemu sekretarzowi generalnemu Grzegorzowi Schetynie. Poseł pistolet czy awanturnik jak mówiło się w Sejmie o Nitrasie miał nieco ochłonąć w brukselskiej atmosferze. – Wiem, że Sławek czyni zabiegi, by wrócić na Wiejską – mówi jeden z dobrze zorientowanych polityków PO. Nitras: – Bardzo dobrze się czuję w europarlamencie, ale jeszcze bardziej lubiłem polski Sejm.

Europosła Liska to nie dziwi: – Posłowie, którzy lubią pojedynki słowne, na pewno męczą się w Brukseli. Tu nie ma ognia walki, ale mrówcza praca, tu się siedzi nad dokumentami, przesyła poprawki, negocjuje je. To nie jest efektowne.

Innym przykładem niepokornego eurozesłańca jest Zbigniew Ziobro, który swego czasu podpadł prezesowi Kaczyńskiemu, bo za bardzo chciał się wybić na samodzielność. W 2004 r. w szranki o euromandaty stanęło 57 posłów, do Brukseli przeprowadziło się 17 (jednym z nich był obecny komisarz UE Janusz Lewandowski). Taka sama liczba posłów zamieniła parlament polski na europejski po wyborach w 2009 r. Ale chętnych było znacznie więcej, bo aż 77.

Wtedy poszczęściło się Krzysztofowi Liskowi z PO, który jako poseł zajmował prestiżowe stanowisko szefa sejmowej komisji spraw zagranicznych. – Bywam w Sejmie i czasem łza się w oku kręci, ale nie zamieniłbym się z posłami. Po wejściu w życie traktatu z Lizbony Parlament Europejski nabrał znaczenia. Rzeczywiście, 60 proc. przepisów, które obowiązują w Polsce, uchwalają w Brukseli.

Szanse na reelekcję

Lisek daje słowo, że nie wystartuje jesienią do Sejmu, bo umówił się z wyborcami na pełną kadencję. Wojciech Żukowski pytany, czy wróci jeszcze do wielkiej polityki, odpowiada: – Mam wielkie rzeczy do załatwienia w moim mieście.

Eksposłowie, którzy przeszli do samorządów, na pewno oszczędzili sobie niepewności związanej z układaniem list wyborczych, które właśnie trwa. Nie wszyscy mogliby liczyć na miejsca „biorące”, czyli takie, które dają realne szanse na reelekcję. A z sejmowych statystyk wynika, że na Wiejskiej udaje się utrzymać fotele niewiele ponad połowie dotychczasowych posłów. To też jest odpowiedź na pytanie, dlaczego wielu z nich nie chce kusić losu i woli wcześniej przeskoczyć na bezpieczną, samorządową gałąź władzy.

Polityka 09.2011 (2796) z dnia 25.02.2011; Polityka; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Odwrót posła"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną