Kraj

Po romansie małżeństwo

Rozmowa z premierem Donaldem Tuskiem

"Aby wygrać wybory i rzadzić dalej, muszę zachować się wyjątkowo fair i wyjątkowo przejrzyście. Żadnego ściemniania, żadnych gier". Witold Rozbicki / Reporter
Premier Donald Tusk mówi w wywiadzie dla POLITYKI o buncie elit przeciwko PO, sporach w partii, zmianach w OFE i w rządzie.
'Ktoś musi rządzić. Jeśli nie ja, to Kaczyński, Pawlak, Napieralski albo Palikot'.Leszek Zych/Polityka "Ktoś musi rządzić. Jeśli nie ja, to Kaczyński, Pawlak, Napieralski albo Palikot".
'Nie może być tak, że minister Klich musi dać głowę, zapłacić za Smoleńsk i nie będzie problemu'.Wojciech Olkuśnik/Agencja Gazeta "Nie może być tak, że minister Klich musi dać głowę, zapłacić za Smoleńsk i nie będzie problemu".
'Jeśli u ministra Grabarczyka pojawiają się potknięcia, to jednak nigdy nie było takiej skali inwestycji'.Adam Chełstowski/Forum "Jeśli u ministra Grabarczyka pojawiają się potknięcia, to jednak nigdy nie było takiej skali inwestycji".
'Nie sądzę, by napięcie wywołane przez marszałka Schetynę miało decydujący wpływ na ocenę Platformy przez wyborców'.Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta "Nie sądzę, by napięcie wywołane przez marszałka Schetynę miało decydujący wpływ na ocenę Platformy przez wyborców".

Jerzy Baczyński i Janina Paradowska: – Spadki sondażowe, zewsząd krytyka, mnożą się nierozwiązane problemy. Jaki jest dziś premier Donald Tusk – zmęczony, zaniepokojony, zirytowany?
Donald Tusk: – Po tych trzech latach bardzo doświadczony. Wiem, co chcę osiągnąć i jak to zrobić. Byłoby jednak rzeczą niestosowną, gdybym publicznie dokonywał swojej psychoanalizy. Zresztą robi to za mnie, z dobrą lub złą wolą, wiele osób. Rozrzut ocen jest dla mnie zrozumiały, zwłaszcza pod koniec tak ekstremalnie trudnej kadencji, pełnej zdarzeń wyjątkowych, dramatycznych i tragicznych.

Ale nastroje wyraźnie się odwróciły, bunt elit przeciw Platformie jest faktem. Co się stało?
Szczerze powiedziawszy, wbrew temu, co mówi opozycja, nigdy nie byliśmy jakimiś szczególnymi ulubieńcami tak zwanych elit. Natomiast kilka spraw doprowadziło do konfliktu o konkretne interesy. Sprawa OFE nie jest może punktem zwrotnym, ale jeśli chodzi o kręgi opiniotwórcze, wywołała poważny spór i zdawaliśmy sobie sprawę, że tak będzie. Przy całym szacunku dla kompetencji Leszka Balcerowicza i jego autorytetu, uważam, że w tej akurat sprawie nie ma racji. Ale, zgadzam się, nic tak skutecznie nie przykuwa uwagi jak twarda, momentami histeryczna krytyka, pochodząca ze środowisk, co do których istniało powszechne przekonanie, że są naszym naturalnym zapleczem. Nic tak bardzo nie osłabia jak jakaś forma konfliktu domowego.

Dziś „wojna polsko-polska” wydaje się mniej ważna niż „wojna w obozie postępu”.
Jest z pewnością głośniejsza, zwłaszcza w mediach, ale nie sądzę, że jest ważniejsza. W ramach, jak to państwo nazwali, obozu postępu możemy spierać się o tempo, o konkretne rozwiązania, i dobrze, że o tym dyskutujemy. Nikt jednak nie kwestionuje głównego kierunku, samego postępu i konieczności modernizacji. Nadal uważam więc, że prawdziwy spór cywilizacyjny, polityczny i kulturowy toczy się między PO i PiS.

Konflikt z Balcerowiczem zagroził jednak waszej wiarygodności.
Moim zdaniem, szeroko pojęte elity nigdy nie miały klucza do wygranej, ale mają dużą zdolność osłabiania, szczególnie formacji, która jest z nimi kojarzona. Powiem krótko: elity nie są w stanie dać nam zwycięstwa wyborczego, ale mogą nas tak osłabić, że powrót PiS do władzy stanie się całkiem realny.

Może po prostu zlekceważyliście koszty polityczne sprawy OFE? Minister finansów jakby wcześniej sprawy nie widział, długo przedstawiał uspokajające informacje dotyczące długu publicznego, stanu finansów państwa; nagle odkrył głównego wroga i uderzył w OFE. To nie wyglądało wiarygodnie.
Rozmawiamy – nie zapominajmy o tym – o sytuacji kraju, który odnotował w czasie kryzysu, drugi rok z rzędu, wzrost gospodarczy i to dość wyraźny. Rok temu byliśmy pierwsi, dziś osiągamy drugi wynik w Europie po Szwecji, co świadczy dobrze o Polakach, o ich nastawieniu na sukces. Ale też mam wrażenie, że nie umiemy się cieszyć z własnych osiągnięć. Słyszałem już na przykład, że w związku z tym, że jesteśmy drudzy, to Polska przestała być zieloną wyspą. Życzę każdemu takich porażek. Już dzisiaj możemy powiedzieć, że – jeśli nie zdarzy się jakaś katastrofa będąca poza zasięgiem naszego przeciwdziałania – będziemy jedynym krajem, który przez kryzys przejdzie ze stałym wzrostem i z deficytem, który w ciągu trzech lat można zdusić do 3 proc. I to beż żadnych radykalnych cięć socjalnych, dramatycznie pogarszających warunki życiowe. Ja nie startuję w konkurencji, kto zrobi najbardziej bolesne dla ludzi reformy. Nie zgadzam się na taką „filozofię polityczną”, uważam ją za absurdalną. Trzeba mieć odwagę, aby podjąć decyzje o oszczędnościach, ale na tyle, na ile jest to konieczne, a nie, aby udowadniać, że jest się odważniejszym czy lepszym liberałem. Tu akurat nie mam żadnych kompleksów.

Zarzuty, że minister finansów uprawia kreatywną księgowość, to jedno, ale równie poważne są zarzuty, że dzięki tym manewrom można uniknąć niezbędnych reform. Nawet w tymże systemie emerytalnym – emerytury mundurowe, górnicze, KRUS…
Spór o zmiany, o system emerytalny i finanse publiczne jest jak najbardziej uzasadniony, każdy ma prawo zabrania głosu w tej debacie. Uważam jednak, że elementarna uczciwość wymaga, aby pokazywano rozwiązania nie tylko alternatywne (gdzie ciąć wydatki), ale także porównywalne co do wartości osiąganych w ten sposób oszczędności. Kiedy słyszę wezwania, aby zatrzymać podwyżki dla nauczycieli i znieść ulgę internetową, a nie zabierać się za OFE, to uważam, że proponujący to postępują jak demagodzy, a nie mówią prawdy. Różne wydatki wpływają na proces zadłużania się, ale w największym stopniu właśnie system emerytalny, w tym przelewy do OFE. Wiem, co mówię, w odróżnieniu od wielu komentatorów, którzy zabierają głos w tej sprawie. Koniec. Kropka. I teraz pytanie, kogo ma boleć: nauczycieli? młode małżeństwa? Które cięcia mają lepsze lub gorsze skutki społeczne lub promodernizacyjne? Od żadnego z naszych krytyków nie usłyszałem odpowiedzi na pytanie, co zrobić, aby osiągnąć wymagany przez Komisję Europejską 3-proc. deficyt, nie naruszając systemu emerytalnego. Ja nie jestem autorem KRUS. Zauważam, że ci, którzy go stworzyli, dzisiaj należą do jego najbardziej zagorzałych krytyków. Nie jestem autorem obecnego systemu emerytalnego, odziedziczyłem go w stanie, gdzie finansowanie OFE jest czynnikiem powodującym największą część długu. Mówię więc nie o moich przekonaniach ideowych, ale o konkretnych kwotach.

Jakie będzie więc ostateczne, po tych konsultacjach, jakie się odbyły, stanowisko rządu. Na razie mamy naruszone poczucie bezpieczeństwa, do ludzi dociera świadomość niskiej stopy zastąpienia ostatniej płacy, wątpliwości co do systemu, który stawiał Polskę w gronie liderów reform, i brak wyraźnego stanowiska rządu.
Pojawiła się cała paleta propozycji – od natychmiastowej likwidacji OFE, przez zawieszenie przekazywania części składki do funduszy na kilka lat, dalej nieruszania systemu, tylko radykalnego obcięcia wysokości składki wpływającej do OFE, aż po bardzo kuszącą wolność wyboru między ZUS i OFE. Staraliśmy się z najlepszą wolą oceniać skutki każdej ze składanych propozycji i tylko dwie gwarantują zachowanie systemu jako takiego – status quo, które jest nie do utrzymania, albo propozycja rządu, która jest kompromisowa. Została ona przedstawiona w projekcie oddanym do społecznych konsultacji i innej nie ma.

Atak polityków i finansistów na propozycje rządu może być dotkliwy, ale nasi oponenci nie chcą widzieć, jakie mogą być jego skutki. Proszę zwrócić uwagę, że podważana jest jedynie sensowność i wiarygodność projektu rządowego, a pomysły PiS i SLD, które oznaczają praktyczną likwidację OFE, właściwie nie są krytykowane. Może się więc zdarzyć, na co wskazują publiczne wypowiedzi liderów PSL, PiS i SLD, że w Sejmie znajdzie się większość przeciwko propozycjom rządowym. Końcowym efektem politycznym będzie faktyczna likwidacja funduszy, a nie – jak chcieliby atakujący nas politycy i eksperci – utrzymanie systemu emerytalnego na dzisiejszych zasadach. I nie będę miał żadnej satysfakcji z tego powodu, że będę mógł pogratulować oponentom zadziwiającej krótkowzroczności.

Dobrowolność wyboru byłaby likwidacją OFE?
Jeśli mówimy o prawdziwej dobrowolności, to tak. Przykład węgierski pokazał to w skali przekraczającej oczekiwania premiera Victora Orbana.

Rozczarowanie sporej części elit, inteligencji, wywołuje odejście PO od liberalizmu. Mówi się o utracie liberalnego kośćca w kwestii OFE, spółek Skarbu Państwa, tworzenia tzw. czempionów narodowych, o dopalaczach, hazardzie. Sporo tych zarzutów.
Ocena zawsze zależy od tego, jak rozumiemy liberalizm, bo ten styl myślenia ma różne tradycje. Co więcej, wielu z tych zarzutów w ogóle nie rozumiem. Wystarczy policzyć, ile sprywatyzował mój rząd, a ile rządy poprzednie, i to w sytuacji kryzysu finansowego, kiedy przez półtora roku w ogóle nie było wiadomo, czy cokolwiek uda się sprzedać poprzez giełdę. Sprywatyzowaliśmy też setki małych przedsiębiorstw państwowych i gotów jestem tu stanąć do współzawodnictwa z każdym wcześniejszym rządem.

Kiedy słyszę krytykę pod swoim adresem, bo uchwaliliśmy prawo przeciwko dopalaczom czy ograniczyliśmy hazard, to widzę, że inaczej rozumiemy pojęcie liberalizmu. Dla mnie wolność to nie znaczy przyzwolenie na każdą patologię. Wolność to nie jest obojętność wobec zła, a już szczególnie ktoś, na kim spoczywa odpowiedzialność za rządzenie, nie może tak uważać. Przy ustawie dopalaczowej słyszałem głosy broniące jakoby liberalizmu, ale dziś mogę przytoczyć statystyki mówiące, że już setki osób uratowaliśmy przed śmiercią. Nie kierowałem się tu ideową pasją, gdy widzę zagrożenie, staram się mu skutecznie przeciwstawić. W tym sensie jestem strażnikiem bezpieczeństwa publicznego, a nie politykiem owładniętym namiętnościami ideologicznymi.

Jako premier jestem też odpowiedzialny za to, czy dzisiejsi 60-latkowie będą mieli wypłaconą emeryturę. Istotą reformy emerytalnej sprzed dekady – i tu można schylić głowę przed jej autorami – są zindywidualizowane konta w ZUS i zdefiniowanie składki, a nie świadczenia. Drugi filar powstał jako pomysł na kumulację kapitału. I tyle.

Ale powróćmy do sprawy OFE, pokazała pewien szerszy problem. To jest kwestia zaufania, ale też rozumienia uprawianej polityki. Polityka małych kroków, ścibolenia, ciepłej wody w kranie chyba wyczerpała swoje możliwości. W polityce trzeba też wizji, perspektywy. To słychać w bardzo wielu głosach krytycznych, szczególnie młodego pokolenia.
Młodzi wyborcy, zwłaszcza ci najbardziej ambitni, z dużymi aspiracjami, mający największy potencjał, aby Polskę zmieniać, chcą iść czy wręcz biec dwa razy szybciej, niż to jest możliwe. Przyjemnie jest być w awangardzie, mówią: szybciej, śmielej, swobodniej, ale w tych pragnieniach nie wyraża się cała prawda o naszym kraju. Symbolicznie Polska podzieliła się na dwie części; na tych, którzy są świadomie lub potencjalnie wyborcami PiS, boją się zmian, a modernizację i Zachód postrzegają jako zagrożenie – i część drugą, mającą zachodnie aspiracje, wolnościowe, obyczajowe, dotyczące jakości życia (jest ich na szczęście większość). W tej większości są także nauczyciele, którzy wreszcie zostali jako tako docenieni i jest w niej wielu innych ludzi, dla których ważna jest stabilność, poczucie spokoju, którzy chcą gwarancji bezpieczeństwa. My posuwamy się w tempie, które uważamy za bezpieczne. Wprawdzie nie satysfakcjonuje ono tych, którzy chcą pędzić jak najszybciej, ale jednak kierunek jest ten sam. Prawdziwa polityczna alternatywa w Polsce jest dziś taka: albo krok po kroku będziemy spokojnie budować Europę w Polsce, co jest moim największym marzeniem, albo utkniemy w okopach wzniesionych przez Jarosława Kaczyńskiego i jego partię.

Nawet w PO słychać dziś jednak głosy, że antypisowskie paliwo się wyczerpuje.
To nie jest kwestia rozgrywki między dwiema partiami (tylko Palikot myślał, że im ostrzej zaatakuje Kaczyńskiego, tym lepiej). Spór dzielący PO i PiS jest daleko głębszy, czasami myślę, że dotyka wręcz rdzenia spraw polskich. Ścierają się bowiem realne interesy, emocje publiczne, wyobraźnia, odnoszące się do tego, co ważne w przeszłości i w przyszłości. Tak, wszystkie te problemy wyrażane są dzisiaj najpełniej przez spór polityczny Platformy i PiS. Niejednokrotnie spotykamy się z opinią, wedle której konflikt „polsko-polski” jest dla nas wygodnym wehikułem, takim widowiskiem, dzięki któremu mobilizujemy wyborców przeciwko PiS. Ale to jest kicz, a nie analiza polityczna. Jeśli ktoś uważa, że ludzie głosują na PO dlatego tylko, że boją się PiS, stawiam pytanie, a dlaczego nie na kogoś innego?

Właśnie coraz częściej wskazują SLD.
Nie mam takiego wrażenia. Wybory samorządowe mieliśmy bardzo niedawno i dokładnie wiem, kto jakie wyniki uzyskał. Mogę więc powiedzieć, że Platforma po rządzeniu przez pełną kadencję ma dużą szansę następne wybory wygrać.

To PO nie jest na równi pochyłej?
Daj Panie Boże każdemu taką równię pochyłą. Po ponad 3 latach rządzenia w takich warunkach!

Jednym z czynników, które zdecydowanie wpływają na spadek notowań PO, jest wewnętrzny spór w partii. Jak głęboki jest pana konflikt z marszałkiem Grzegorzem Schetyną?
Nie sądzę, aby napięcie wywołane przez marszałka Schetynę miało decydujący wpływ na ocenę Platformy przez wyborców. Wydaje mi się, że groźniejsze jest ujawnianie się pewnych postaw, obecnych w każdej dużej partii, kiedy to niektórzy, mimo mojego nieustannego napominania i perswazji, zapominają, że władza to służba, a nie przywilej. To jest niebezpieczne zjawisko dla każdej partii rządzącej.

A konflikt ze Schetyną jest czy go nie ma?
Mamy coraz wyraźniejszy, także na zewnątrz, pokaz ambicji polityków Platformy, co jest normalne pod koniec kadencji, kiedy wynik wyborów zawsze pozostaje jakąś niewiadomą. W każdej partii moment przygotowania się do wyborów jest tym czasem, kiedy decyduje się układ sił w partii po wyborach. Oceniam to jako nie zawsze zgrabną, najbardziej fortunną czy najszczęśliwszą w formie, ale normalną konkurencję o przywództwo na różnych szczeblach, co wynika także z wiary, że w najbliższych latach PO będzie miała w Polsce dużo do powiedzenia.

Czyli lidera PO nie niepokoi, że jest grupa Schetyny, spółdzielnia Grabarczyka, sympatycy Gowina? Jak pan dziś widzi mapę frakcji w swojej partii?
Wewnętrzny układ w PO jest zdecydowanie lepszy niż w innych partiach politycznych w Polsce. Na pewno toczy się walka o wpływy, o to, kto ma lepszą pozycję. Z tym trzeba żyć.

Czyli będzie współpracujący zespół i niekwestionowany lider Donald Tusk?
Żyję w tym środowisku, więc je znam i nie widzę, aby w Platformie została zachwiana hierarchia.

Chlebowski i Drzewiecki powinni kandydować do Sejmu?
Uważam, że nie i jest to w interesie nie tylko Platformy, ale także obu tych polityków, co do których nie mam jakichś zapiekłych emocji. Według mojej oceny potrzebują więcej czasu, aby sobie i innym udowodnić sens uczestniczenia w życiu publicznym.

Czy pan będzie osobiście weryfikował i akceptował listy wyborcze?
To wynika z reguł obowiązujących w Platformie, gdzie przewodniczący ma obowiązek zgłoszenia wątpliwości wobec kandydatów, co do których uczciwości i skuteczności ma zastrzeżenia, ale oczywiście władze Platformy w głosowaniu uwzględniają mój wniosek albo nie. Z prawa zgłaszania zastrzeżeń będę korzystał tak często, jak będzie to potrzebne, gdy będzie chodziło o elementarną przyzwoitość i wpływ na wizerunek partii.

Rywalizacja w Platformie jest bardziej zabieganiem o względy przewodniczącego czy też wymuszaniem na przewodniczącym określonych decyzji?
Przyjdzie taki czas, ale, jak się okazało, jeszcze nie w tej chwili, że niektórzy będą budowali swoją pozycję w Platformie jako alternatywę wobec mnie. Ale ja się dobrze czuję w warunkach konkurencji.

Tylko że nie ma pan konkurencji.
W każdym razie nie chciałbym, aby jakikolwiek konkurent, skoro dzisiaj nie jest w stanie konkurować ze mną otwarcie, swoimi zachowaniami szkodził Platformie. To jest jedyny wymóg, jaki muszą spełnić partnerzy współpracujący ze sobą w partii. Chcesz konkurować? Stawaj do konkurencji. Nie stajesz, nie osłabiaj pozycji Platformy. Póki jestem szefem, to ja ostatecznie definiuję, co szkodzi Platformie, a co nie. Mam prawo sądzić, że po ostatnich doświadczeniach wszyscy, w tym Grzegorz Schetyna, zaakceptowali w całości ten punkt widzenia.

A czy nie grozi następny konflikt? Jest taka polityczna hipoteza, że środowiska dawnej Unii Wolności skupiły się wokół prezydenta Komorowskiego, skonsolidowały i stąd między innymi ostrzejszy atak na Tuska, który kiedyś podzielił tę partię?
Ze strony Tadeusza Mazowieckiego, będącego największym autorytetem dla tego środowiska, często w przeszłości wobec mnie bardzo krytycznego, odczuwam dziś stuprocentowe i serdeczne wsparcie. Chyba też przekonałem do siebie osobę często też wobec mnie bardzo krytyczną, czyli Adama Michnika. Hipotezy o zemście Unii Wolności są więc zupełnie abstrakcyjne. Konstytucja zmusza jednak każdego prezydenta, mówiłem o tym często i zdania nie zmieniłem, do wchodzenia w konflikt z rządem. Nawet w sytuacji takiej jak nasza – przecież z prezydentem Komorowskim mamy wspólny pogląd na większość spraw i co tydzień się spotykamy – rozwiązania ustrojowe powodują, że musimy postępować bardzo rozważnie, aby państwo sprawnie działało. Uważam, że Bronisław Komorowski radzi sobie bardzo dobrze i to jest również ocena opinii publicznej.

Od pewnego czasu wszyscy pytają, gdzie jest premier? Mówią: potrzebne jest nowe otwarcie. Czy byłaby nim rekonstrukcja rządu?
Zmiana gabinetu na osiem miesięcy przed wyborami, jeśli nie ma być tandetną zagrywką, która zostanie zresztą natychmiast rozszyfrowana, musiałaby być ofertą nowego rządu na następne cztery lata, a z tym wypada poczekać do rozstrzygnięcia wyborców.

Taki wariant pan rozpatruje?
Nie. Uważam, że aby wygrać wybory i rządzić dalej, muszę wobec opinii publicznej zachować się wyjątkowo fair i wyjątkowo przejrzyście. Nie może być żadnego ściemniania, żadnych gier, że coś zmienię, kogoś wyrzucę. Jest też praktyczny powód, dla którego muszę uważać ze zmianami. Jest nim prezydencja w Unii Europejskiej, za którą odpowiadają przede wszystkim ministrowie. To wynika z traktatu lizbońskiego. Będziemy mieli udaną prezydencję, jeżeli dobrze będą pracowali ministrowie, którzy już się przygotowują do swoich ról, prowadzą określone projekty.

Czyli nie będzie nawet tych zmian, o których mówi się najczęściej, czy wręcz uważa się je za przesądzone, i pozostaną ministrowie, którzy, nie ma co ukrywać, negatywnie ważą na wizerunku rządu jak choćby Cezary Grabarczyk i Bogdan Klich?
Nie jestem przekonany, że wizerunek tych polityków jest balastem dla Platformy. Bogdan Klich, który, pamiętajmy, zniósł w Polsce pobór i stworzył zawodową armię, znalazł się też w samym centrum dramatycznych zdarzeń. Nie może być tak, że musi dać głowę, zapłacić za Smoleńsk i nie będzie problemu. A jeśli chodzi o infrastrukturę, to nawet jeśli pojawiają się potknięcia, to jednak nigdy nie było takiej skali inwestycji. Mamy w Polsce gigantyczny plac budowy.

A minister Arabski...? Powinien zostać po wpadce z telefonem do PAP?
Dziennikarze dobrze wiedzą, że zawsze mogą zadać mi dowolne pytanie. Dość regularnie jestem do ich dyspozycji. Na konferencje prasowe do KPRM wchodzą przedstawiciele wszystkich mediów, bez względu na ich sympatie i polityczny profil. I żaden z moich ministrów nawet nie próbuje wpływać na pytania, bo po pierwsze, nie ma takiej potrzeby, a po drugie, żaden dziennikarz by ich nie posłuchał. Sytuacja, która miała miejsce w Izraelu, była dość wyjątkowa i nie dotyczyła pytania, które mogłoby być dla mnie osobiście w jakikolwiek sposób trudne. Minister Arabski uznał po prostu, że skoro gospodarze nie podnoszą tematu zadośćuczynienia za utracone mienie, to nie jest w interesie naszego państwa, żeby robiła to strona polska. Podzielił się tymi przemyśleniami z szefem państwowej agencji, jaką jest PAP. Bez wątpienia miał dobre intencje. Wrzawa, jaką tym wywołał, to najlepszy dowód na to, że jakiekolwiek próby wpływania na pytania dziennikarzy przynoszą efekt odwrotny od zamierzonego.

Zbliża się rocznica katastrofy smoleńskiej, w jakiej fazie jest sprawa wyjaśnienia jej okoliczności. Czy toczą się jakieś rozmowy z Rosją, kiedy będzie raport polskiej komisji?
W Rosji struktura władzy umożliwia nadzwyczajne działania mające na celu obronę własnego wizerunku. My jesteśmy w zupełnie innej sytuacji. U nas prokuratura jest rzeczywiście niezależna, komisja pracuje w sposób niezależny i swoim trybem. Jednocześnie tam władza ma wpływ na media i nie ma opozycji rozgrywającej tę sprawę; katastrofa smoleńska nie jest w Rosji przedmiotem debaty publicznej jak u nas, nie wpływa na wybory. Dlatego jest dla mnie szczególnie ważne, by i nasze badanie zostało perfekcyjnie i konsekwentnie doprowadzone do końca. I już dzisiaj, szczególnie w ostatnich kilkunastu dniach, widać, że argumenty strony rosyjskiej, które nas tak mocno poirytowały, nie wytrzymują próby nie tylko efektów naszych prac, ale nawet śledztwa rosyjskiej prokuratury. Konferencja rosyjskich prokuratorów okazała się wyłomem w ich sposobie narracji; wypowiedzi prokuratorów były w tonie nieco inne, wymowny był brak odpowiedzi, widoczne były uniki. Myślę, że skutecznie udokumentujemy, w których sprawach Rosjanie nie mają racji, podobnie jak skutecznie udokumentujemy, jak absurdalne są te wszystkie opowieści o zbrodniach i spiskach. Mam też świadomość, że katastrofa jest dla PiS orężem politycznym i nie cofnie się przed użyciem go w każdej sytuacji, zwłaszcza w kontekście zbliżającej się rocznicy.

Jest szansa, że nasz raport pojawi się przed rocznicą?
Nie będę popędzać naszej komisji, ona musi uwzględnić wszystko, a więc nie może mieć poczucia, że brakuje jej czasu, że są naciski na określony termin, choć dla Polski byłoby lepiej, aby pojawił się on jak najszybciej.

Wspominaliśmy o polskiej prezydencji. Można robić plany, tworzyć priorytety, ale wydarzenia je zmieniają. Dziś Europa patrzy nie na problemy Partnerstwa Wschodniego, ale na to, co dzieje się w Afryce.
Wszyscy wyczuwamy, że być może nadchodzi czas wielkich zmian czy wstrząsów w różnych miejscach globu. Na pewno też polityczne emocje będą skierowane na Południe, bo to jest niezwykle ważne dla Francji, Hiszpanii czy Włoch. Chodzi o to, abyśmy w Europie nie odwrócili się do siebie plecami, gdy jedni patrzą tylko na Wschód, a inni tylko na Południe. Zadań przybywa, prezydencja będzie bardzo ciekawa, ale też pokazuje, ile prawdy jest w powiedzeniu, że człowiek planuje, Pan Bóg się śmieje.

Kampania wyborcza już trwa i będzie trwała w czasie prezydencji. Czy planuje pan przedstawienie jakiegoś planu modernizacji kraju na następne lata, nowego planu Tuska.
Do wyborów jest osiem miesięcy, a nie osiem tygodni. Materia rządzenia jest tak gęsta, że nie mogę dziś myśleć w kategoriach kampanii.

Wiem, że w polityce jak w życiu, czas jest bezlitosny, jestem jednak przekonany, że ludzie z zasady wybierają dlatego, że dobrze wyczuwają swoje potrzeby. Gwałtownego romansu już może nie będzie, chwila uniesienia była w 2007 r. Mam jednak przekonanie, że rząd, który przeprowadził Polskę z dobrymi efektami przez tak trudny czas, pokazał, że jest odpowiedzialny, zasługuje na dalsze rządzenie. Będę więc odwoływał się do zmysłu odpowiedzialności i zdrowego rozsądku, którego w Polsce jest dużo więcej, niż wielu sądzi. W polityce rozstanie oznacza automatyczny związek z kimś innym. Nie wybierzesz mnie, to wybierzesz kogoś innego. Zasady są proste i znane od tysięcy lat. Ktoś musi rządzić. Jeśli nie ja, to Kaczyński, Pawlak, Napieralski albo Palikot.

Proponuje pan więc wyborcom związek partnerski?
(Śmiech premiera).

Tak, oparty na zdrowym rozsądku.

Polityka 10.2011 (2797) z dnia 04.03.2011; Rozmowa Polityki; s. 12
Oryginalny tytuł tekstu: "Po romansie małżeństwo"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Jak walczono o wolność Ameryki Łacińskiej

Wojny o niepodległość, narodziny państw narodowych Ameryki Łacińskiej i pierwsze ich stulecie.

Piotr Łaciński
10.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną