Zmiany w TVP, czyli stara gwardia na Woronicza

Kanał
Po wielu miesiącach żenującego spektaklu, zawieszaniach i odwieszaniach prezesów, wybrano nową radę nadzorczą telewizji publicznej. Nowe twarze TVP wyglądają dziwnie znajomo.
TVP - od pewnego czasu kolos na glinianych nogach.
Henryk Jackowski/BEW

TVP - od pewnego czasu kolos na glinianych nogach.

Najnowsze widowisko publicznej telewizji ma niewiele wspólnego z tzw. misyjnością.
Jan Kucharzyk/EAST NEWS

Najnowsze widowisko publicznej telewizji ma niewiele wspólnego z tzw. misyjnością.

Politycy z telewizją od dawna robią to, co im się podoba. Widz w ramach protestu co najwyżej może nie zapłacić abonamentu.
Corbis

Politycy z telewizją od dawna robią to, co im się podoba. Widz w ramach protestu co najwyżej może nie zapłacić abonamentu.

Pat w telewizji publicznej polegał na tym, że żadna siła polityczna nie miała w żadnej instytucji, która decyduje o władzach przy Woronicza, dostatecznej większości, by pogrążyć rywali. Wydawałoby się, że to sytuacja w demokracji pożądana. Nic bardziej mylnego. Panował klincz, który nie pozwalał na żadną reformę, ogłoszenie jakiegoś punktu zero, od którego można byłoby zacząć budowanie bardziej niepartyjnych mediów.

Miała być nim niby tzw. mała nowelizacja ustawy medialnej, która weszła w życie we wrześniu 2010 r. To się nie udało. Główne założenie nowelizacji – zmiana zasad rekrutowania kierownictwa poprzez oddanie prawa wskazywania kandydatów uczelniom – nie okazała się przełomem. Zapewne uczelnie typowały ludzi, którzy o to zabiegali, bądź o których zabiegano. Bo na liście nie było prawie nowych nazwisk. Więc nowa rada TVP – podobnie jak władze mediów regionalnych – to jak zawsze efekt układów i tymczasowych politycznych kompromisów. Nie daje też żadnej gwarancji stabilizacji.

Przez ostatnie pięć lat, od PiS i prezesury w TVP Bronisława Wildsteina, władza w telewizji zmieniała się osiem razy, były dwa okresy wakatów, sześciokrotnie na czele zarządu stali prezesi tylko „pełniący obowiązki”. Wildstein, Urbański, Farfał, Szwedo, Szatkowski, Orzeł, Ławniczak, Piwowar, znowu Orzeł (po trzech dniach zawieszony), teraz Braun, znowu p.o. – można skakać jak po kanałach. A każde nazwisko to pensje, odprawy, koszty podejmowanych w pośpiechu decyzji lub ich braku. Tak nie może działać żadna firma, nawet państwowa. Najpierw rządził PiS, potem LPR/Libertas, PiS z SLD, sam Sojusz, następnie znowu PiS-SLD, teraz trudno powiedzieć, co się wyklaruje.

Zawsze decydował chwilowy układ, wytworzony woltami w radzie nadzorczej, z wykorzystaniem prawnych kruczków. Nie było mowy o prezesie jako autorytecie, człowieku, który cieszyłby się zaufaniem w więcej niż jednym środowisku. I dziś nikt już nawet o tym nie mówi, by nie narazić się na śmieszność. To domena kombinowania, szukania wsparcia, przekabacania, oczywiście w otoczce wielkich słów. Jarosław Kaczyński do dziś powtarza, że porozumienie z SLD w sprawie TVP miało ratować telewizję przed upolitycznieniem i upadkiem.

W dodatku stale pogarsza się sytuacja finansowa TVP, do tego stopnia, że dla oszczędności telewizja przerywa w nocy emisję z naziemnych nadajników. Przychody z abonamentu mają być w tym roku niemal trzykrotnie niższe od tych sprzed dziesięciu lat (niespełna 400 mln). Jeden z pracowników TVP ironizuje, że nadal obowiązuje stare hasło byłego prezesa Roberta Kwiatkowskiego, że „tyle misji, ile abonamentu”, a nocne nadawanie to właśnie „misja”, która będzie redukowana pod hasłem zmniejszającego się abonamentu. Znakomita większość przychodu telewizji publicznej (ponad trzy czwarte) to reklamy. Związki zawodowe stale skarżą się na łamanie regulaminu pracy, także przez zlecanie prac osobom z zewnątrz, a nie etatowym pracownikom. W planach finansowych na 2011 r. mówi się cięciach zatrudnienia, także na zasadzie „dobrowolnych odejść”, o „zbywaniu zbędnego majątku” i optymalizacji zatrudnienia kadry kierowniczej. A TVP czekają dwa wielkie wyzwania: EURO w 2012 r. oraz cyfryzacja (od 2013 r.).

W tych układankach ostatnich lat najdziwniejsza była prawie demonstracyjna nieobecność PO. Platforma podczas swoich rządów nie miała nigdy wpływów w telewizji publicznej, tworzyła projekty ustaw, które przepadały, a podczas kampanii wyborczych państwową telewizją rządzili jej polityczni przeciwnicy. I wykorzystywali ten fakt na wizji do maksimum. Czy wybór nowej rady nadzorczej TVP jest sygnałem, że PO – po ciężkich doświadczeniach minionego roku – włącza się do gry?

Jedynie Stefan Pastuszka (rekomendowany do KRRiT przez PSL) jest w pełni zadowolony z nowego składu rady nadzorczej. Twierdzi, że do samego momentu głosowania wynik był niewiadomą. Jego radość jest w pełni uzasadniona, bo PSL w radzie przypadły aż dwa miejsca: Stanisławowi Jakiełkowi (wybranemu na przewodniczącego rady) i Henrykowi Cicheckiemu. Obaj noszą zresztą zielone partyjne legitymacje. – Powiedziałem moim kolegom zaraz po głosowaniu, że to historyczny moment – mówi Pastuszka. Dlaczego? – Bo może nie udało się do końca odpolitycznić mediów, ale jest równowaga sił i to otwiera szansę na pogłębioną współpracę. Znalazło się przecież nawet miejsce dla prof. Roszkowskiego, kojarzonego z PiS.

Radość w PSL tym większa, że w przypadku jakiegokolwiek sporu między przedstawicielami PO (za sympatyków Platformy uchodzą rekomendowani przez ministrów skarbu i kultury: Grzegorz Borowiec i Juliusz Braun) a SLD (Leszek Rowicki i Bogusław Piwowar), to głos ludowców będzie rozstrzygający. W 7-osobowej radzie decyzje zapadają bezwzględną większością, czyli aby np. zawiesić członka zarządu TVP, trzeba zebrać cztery głosy. Witold Graboś (w KRRiT z ramienia SLD) twierdzi: – Jeśli żadna ze stron nie jest w pełni usatysfakcjonowana, to dobrze, bo to świadczy o kompromisie i pohamowaniu partyjnych apetytów.

Z kolei Jan Dworak, przewodniczący KRRiT, mówił posłom z sejmowej komisji kultury, że szumnie kiedyś wygłaszane nadzieje na odpolitycznienie mediów nie zrealizowały się: „Prawie wszystkie osoby kandydujące do rad nadzorczych mają określone politycznie barwy i rodowody”. Teraz trochę koryguje swoją opinię: – Tamto wystąpienie zabrzmiało nazbyt krytycznie. Mój stan zadowolenia z wyboru nowej rady nadzorczej oceniam na dostateczny. Nie udało się odpartyjnić, ale rada jest teraz bardziej pluralistyczna. Odpartyjnienie mediów publicznych to długa droga; zależy mi jednak, by odejść od czystek partyjnych i pracować w oparciu o zasady dobrego zarządzania. Dworak nie ukrywa, że obawia się politycznego zamieszania z wyborem nowego zarządu: – Ale nie mogę brać na siebie odpowiedzialności za decyzje rady nadzorczej. Mam nadzieję, że mają w sobie dużo wewnętrznej suwerenności.

Na nowe pełnoprawne władze TVP przyjdzie jeszcze trochę poczekać:Myślę, że za miesiąc, najwyżej półtora, uda się wyłonić zarząd – przewiduje Pastuszka. To wariant optymistyczny, bo rozporządzenie KRRiT w sprawie powołania zarządów mediów publicznych przewiduje aż trzy konkursowe etapy. Świeżo wybrany do rady nadzorczej Henryk Cichecki (zapowiada, że nie będzie kandydował do zarządu) mówi, że to może potrwać znacznie dłużej: – Biorąc pod uwagę wszystkie procedury, to zarząd poznamy za jakieś trzy miesiące. Kandydaci – zgodnie z tym, co zapisane w regulaminie – będą musieli wykazać się „wiedzą w dziedzinie zarządzania, mediów elektronicznych, zagadnień życia społecznego i politycznego”.

Komisja konkursowa ma też brać pod uwagę „dotychczasową rzetelność zawodową kandydata, dającą rękojmię należytego wykonywania zadań mediów publicznych”. Ciekawe jest to, że kandydat musi oświadczyć, że nie był „zatrudniany” przez partię, ale już o legitymację partyjną nikt go nie pyta. Krajowa Rada, na wniosek rady nadzorczej, powoła najprawdopodobniej trzyosobowy zarząd. – Jeszcze nie wiadomo, czy przesłuchania kandydatów będą otwarte dla mediów, ale na pewno będą nagrywane – mówi Pastuszka.

A telewizja teraz praktycznie władz nie ma, bo w ostatniej chwili stara rada nadzorcza zawiesiła cały zarząd. Ale ten zdążył jeszcze – podczas kilkudziesięciogodzinnej przerwy w zawieszeniu – uchwalić przywrócenie na antenę zdjętego niedawno programu Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać” (chociaż wspomina się o wadach prawnych tej decyzji). Nie przeszkodziło to Jarosławowi Kaczyńskiemu powiedzieć następnego dnia, że „nie może w demokracji tak być, aby bardzo poważny sektor opinii publicznej, praktycznie rzecz biorąc, nie miał dostępu do mediów elektronicznych. (...) To skandal”.

Osoba z kierownictwa TVP, chcąca zachować anonimowość, mówi: – Nikt dziś nie wie, czy chwilowe odwieszenie panów Orła i Tejkowskiego wpłynęło realnie na ramówkę [układ programu TVP]. Teraz prawnicy będą się zajmować podpisanymi przez nich dokumentami. Jednak pogłoski, że Jan Pospieszalski miałby wrócić na antenę o godz. 21, są przesadzone. Takie drastyczne zmiany w programie nie są możliwe. Nowa rada nadzorcza i nowy następny prezes TVP też nie będą mieli możliwości ruchu w ramówce. Ona jest ustalona od lutego do połowy czerwca, więc trochę za późno na zmiany. Poza tym w obecnej sytuacji finansowej TVP byłoby to finansowe samobójstwo. Mamy podpisane kontrakty i wszelkie zmiany odbiłyby się na przychodach spółki.

W zarządzie TVP jeszcze do poniedziałku zeszłego tygodnia (28 lutego) dwuosobowo rządzili ludzie z rekomendacji SLD – p.o. prezesa Bogusław Piwowar i Paweł Paluch. Kilka godzin później, po półrocznym zawieszeniu, do zarządu wrócili pisowscy prezesi Romuald Orzeł oraz Przemysław Tejkowski i nie zostali wówczas ponownie zawieszeni. Znów większość w zarządzie uzyskało PiS. Ale – jak się okazało – tylko na chwilę. Tym razem Sojusz najwyraźniej postanowił dogadać się z Platformą, której dłużej nie mógł ignorować, bo ta uzyskała chwilową przewagę. PiS zostało zatem w tych szachach porzucone, choć też nie wiadomo na jak długo.

O co właściwie chodziło z incydentalnym dopuszczeniem do zarządu TVP ludzi z PiS? Odpowiedź daje jeden z byłych członków rady nadzorczej TVP: – O powrocie Orła zdecydował przedstawiciel ministra skarbu Grzegorz Borowiec, który wstrzymał się od głosu. Sam Borowiec, pytany o to, dlaczego minister skarbu chciał, by przedstawiciele PiS wrócili do spółki, mówi: – To jest zarząd, który kiedyś wybrała medialna koalicja SLD-PiS. I dodaje: – Istotne jest to, że spółka od wielu miesięcy miała tymczasowe radę nadzorczą i zarząd. Uważałem, że KRRiT powinna jak najszybciej wybrać normalną radę, w miejsce tymczasowego organu, którego kadencja wygasła we wrześniu. Tłumacząc to na język ogólnopolski, można powiedzieć, że powrót PiS był zemstą Platformy na SLD za to, że Sojusz blokował w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji wybór nowej rady nadzorczej.

Nowa rada, co ciekawe, powstała mniej więcej w tym samym czasie, kiedy stara rada odwoływała ludzi PiS z zarządu. Nie brak opinii, że odbyło się polityczne machniom i oba zdarzenia były ściśle powiązane. Powstała nowa rada TVP, a stary zarząd znikł. P. o. prezesa został Juliusz Braun, wskazany przez ministra, a więc z puli Platformy, i może na tym polegało to porozumienie.

Braun, jak mówi, nie zamierza kandydować do stałego zarządu. – W najbliższym czasie chcę dokładnie poznać ostatnie decyzje poprzednich zarządów. Razem z prawnikami będę analizował dokumenty, by zorientować się, kto został zawieszony, odwieszony, które decyzje mają moc prawną, a które nie są wiążące. Będę się spotykał z dyrektorami anten, aby zorientować się, jaka jest sytuacja. Będę podejmował również decyzje finansowe. Ramówka była już ustalona, zanim przyszedłem, a to jest tankowiec, który niełatwo zatrzymać jednym ruchem. Braun twierdzi, że temu, co się dzieje w TVP, nie jest winna ustawa medialna, którą współtworzył przed dwudziestu laty, ale politycy, którzy upartyjnili media. – Nie da się mediów publicznych odpolitycznić, ale trzeba odpartyjnić i sprawić, by politycy słuchali analityków i ekspertów. Chcę, aby w kampanii wyborczej TVP nie dokładała do politycznego pieca. Zależy mi też na nowej ustawie medialnej i będę zabiegał o to, by w niedługim czasie ujrzała światło dzienne.

Targi wokół wyboru nowej rady trwały od wielu tygodni. Aby wybrać nową radę nadzorczą TVP, trzeba było w 5-osobowej KRRiT uzbierać 4 głosy na „tak” dla rekomendowanych kandydatów. SLD ma tam dwie szable (Graboś i Rogowski), Platforma też dwie (szef KRRiT Dworak i Luft) i jedną PSL (Stefan Pastuszka). Rachunek jest prosty: koalicyjne głosy nie wystarczą i trzeba się dogadać z lewicą.

Według nowej ustawy medialnej, w radzie nadzorczej TVP do obsadzenia było 7 foteli. Na początku maratonu negocjacyjnego SLD chciała aż trzy miejsca dla siebie, po jednym dla PSL i PiS, a dwa mieliby obsadzać ministrowie PO – skarbu i kultury.

Zatem w takiej wersji koalicja rządząca miałaby trzech przedstawicieli, a Sojusz też trzech. – To nieprawda, że zabiegaliśmy o trzy miejsca w radzie, my proponowaliśmy po dwa dla osób rekomendowanych przez: PO (czyli przez ministrów), SLD i PSL, i jedną przez PiS – mówi Tomasz Kalita z SLD. Podobno Jan Dworak chciał na to już wcześniej przystać, ale PO nie dała mu wtedy zielonego światła. Witold Graboś (związany z SLD) potwierdza tę opinię: – Uważałem, że w nowej radzie powinno się znaleźć miejsce dla przedstawicieli wszystkich formacji intelektualnych oraz światopoglądowych, także odłamu konserwatywno-zachowawczego. Na to długo nie chciała się zgodzić większość członków KRRiT.

Ale w końcu Platforma uległa i na plan Grabosia przystała: dała dwa miejsca ludziom z nadania ludowców oraz jedno kandydatowi PiS (który, podobno, jest dziś bardziej związany z PJN). Nie został za to wybrany jeden z doradców przewodniczącego Dworaka, prof. Tadeusz Kowalski.

Większość kandydatów, wskazanych przez uczelnie do rad nadzorczych publicznych mediów, ma jakieś związki ze Stowarzyszeniem Ordynacka Włodzimierza Czarzastego – mówi Iwona Śledzińska-Katarasińska, posłanka Platformy, zajmująca się mediami. Czarzasty odpowiada: Ordynacka nikogo nie rekomendowała. To wykształceni fachowcy, którzy znają się na mediach, i ze względu na ich związki z Ordynacką nie można ich dyskryminować. KRRiT próbowała wyłonić radę nadzorczą TVP od połowy grudnia. Wśród 15 osób, które dotarły do ostatniego trzeciego etapu konkursu, aż jedną trzecią stanowiły osoby związane ze środowiskiem Ordynackiej.

Czarzasty tuż przed nowym rokiem w telewizyjnej Dwójce (która wedle podziału łupów z PiS należała do SLD) mówił: „albo pan Dworak będzie osobą umiejącą znaleźć konsensus i powoła nowe rady nadzorcze, albo nie będzie tego umiał. Jeśli to się nie stanie, to w historii krajowej rady byli przewodniczący, którzy rezygnowali z funkcji”. – Jeśli kompromis ma polegać na tym, że we władzach TVP będą ludzie związani z panami Czarzastym i Kwiatkowskim, którzy w połowie lat 90. upolitycznili media, to my się na to nie godzimy. – mówiła tuż przed wyborem nowej rady Śledzińska-Katarasińska. – Dając lewicy dwa miejsca w KRRiT, uwierzyliśmy w ich dobre intencje. To był błąd – przyznaje Śledzińska-Katarasińska. Za takim, niekorzystnym dla PO, rozwiązaniem, dającym SLD siłę decyzyjną w KRRiT, optował podobno sam marszałek sejmu Grzegorz Schetyna, który ma swoje dobre kontakty z Grzegorzem Napieralskim (jak głoszą niektóre opinie, obliczone już na przyszłe sojusze polityczne).

Po ostatnich decyzjach nikt nie ma złudzeń, że ustawa medialna, przygotowana przez tzw. środowiska twórcze, doczeka się finału legislacyjnego w tej kadencji Sejmu, a nawet w ogóle. Nie ma politycznej woli jej uchwalenia. – To jest zły projekt – mówi szefowa komisji kultury Śledzińska-Katarasińska. – Zakłada, że władze mediów publicznych będą wybierały tak naprawdę środowiska twórcze i producenci. Oni chcą dla siebie odebrać władzę politykom, a media powinny być publiczne.

Czy wobec tego Platforma ma wizję tych nowych publicznych mediów? – Prowadzę konsultacje w tej sprawie i w kampanii wyborczej pokażemy swoje pomysły, z których część będzie się opierać na tych zawetowanych przez Lecha Kaczyńskiego. Opracujemy docelowy model odcięcia mediów od polityki – zapewnia Śledzińska-Katarasińska. Jan Dworak ma swoje nadzieje: – Przygotowaliśmy w KRRiT dokument opisujący priorytety Krajowej Rady na najbliższe trzy lata. Po wyborach przyjdzie czas na porozumienie zainteresowanych środowisk, które przełoży się na akty prawne regulujące wybór władz i finansowanie mediów publicznych.

Był na to czas przez ostatnie lata, ale tak się nie stało. W każdym razie na ambitniejszy projekt zbudowania nowych publicznych mediów trzeba będzie długo poczekać. Podjęte właśnie decyzje są jak doraźne łatanie dziur w drogach materiałem asfaltopodobnym. Widać, że po staremu nowego do telewizji wprowadzić się nie daje.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną