Kraj

Speechwriterzy, czyli jak pisać na polityczne zamówienie

Politycy różnie mówią, niektórzy mają też problemy z pisaniem. Od speechwriterów jednak z reguły stronią. Politycy różnie mówią, niektórzy mają też problemy z pisaniem. Od speechwriterów jednak z reguły stronią. FORUM / / PantherMedia
Słowa, które padają z ust polityka, nie zawsze wychodzą spod jego ręki. Coraz częściej przemówienia najważniejszych osób w państwie są dziełem wynajętego autora. Na Zachodzie to norma, w Polsce wciąż rzadkość.
Główny doradca premiera, Igor Ostachowicz (pierwszy z lewej). Zawsze w cieniu Donalda Tuska, nigdy nie wypowiada się publicznie.Adam Chełstowski/Forum Główny doradca premiera, Igor Ostachowicz (pierwszy z lewej). Zawsze w cieniu Donalda Tuska, nigdy nie wypowiada się publicznie.
Prezydent Barack Obama ze swym speechwriterem i doradcą Jonem Favreau na oficjalnym zdjęciu z Białego Domu. W Polsce niewyobrażalne.Pete Souza/Official White House Prezydent Barack Obama ze swym speechwriterem i doradcą Jonem Favreau na oficjalnym zdjęciu z Białego Domu. W Polsce niewyobrażalne.

Kiedy prezydent Bronisław Komorowski ma wygłosić dużej wagi, oficjalne przemówienie, najpierw zwołuje doradców. – Dyskusja nad tekstem trwa dość długo. Sławek Nowak daje swój PR-owski temperament, Tadeusz Mazowiecki spokój, Tomasz Nałęcz historyczne tło, a Irena Wóycicka zwraca uwagę, że warto wspomnieć o kobietach. Po tej burzy mózgów zazwyczaj rysuje się jakiś pomysł – opowiada jeden z doradców Komorowskiego.

Potem prezydent sam wokół tych tez buduje przemówienie. Na końcu jeden z doradców nanosi swoje poprawki, a prezydent i tak najczęściej odchodzi od tego co napisane, ma skłonność do dygresji.  – Nie ma jednej osoby, która pisze dla prezydenta. Zresztą on najlepiej wypada wtedy, gdy idzie na żywioł, gdy ma przed sobą tylko kartkę z tezami i podąża za swoim wyczuciem – opowiada osoba z Pałacu Prezydenckiego.

Może gdyby Komorowski bardziej niż na swoje wyczucie zdał się na profesjonalnych speechwriterów, nie narażał by się na czasem trudne do zniesienia komentarze. - Panu prezydentowi można doradzić, aby znalazł sobie dobrego speechwritera. Warto mieć jednego prowadzącego i dwóch wspomagających. Amerykanie mówią, że im więcej będziesz miał wokół siebie ludzi wybitnych, tym dalej zajdziesz. Barack Obama wygrał również dlatego, że postawił na profesjonalnego speechwritera – mówi Joanna Gepfert, specjalistka od politycznego PR, która pisała przemówienia m.in. Hannie Suchockiej i Jerzemu Buzkowi. Jon Favreau, 29–latek, szef speechwriterów amerykańskiego prezydenta,  jest autorem nie tylko inauguracyjnego przemówienia prezydenta USA, on też wymyślił hasło „Yes, we can”, które porwało całą Amerykę. Wszyscy światowi przywódcy korzystają z usług profesjonalnych pisarzy. W Polsce niewielu.

Speechwriter idealny

Mówi się, że polskim Favsem, jak powszechnie nazywa się autora tekstów Obamy, jest Igor Ostachowicz, który pisze dla Donalda Tuska.  - Pan premier bardzo dobrze wybrał. Ostachowicz ma bardzo dobre ucho społeczne – zauważa Gepfert. Najbliższy doradca Tuska podziela jedna z najważniejszych zasad wyznawanych przez Anthoniego Lennoxa, który współpracował między innymi z premierem Wielkiej Brytanii Davidem Cameronem, że „jeśli pragniesz wejść w kontakt ze swoimi słuchaczami, to muszą oni być przekonani, że jesteś takim samym człowiekiem”. 

Dlatego premier często powtarza „apeluje do polskich polityków” , choć sam nim jest. W trakcie debaty nad dopalaczami mówił o „ochronie naszych dzieci”,  w czasie powodzi w Sejmie, że „przywiązanie ludzi do własnego domu i niechęć do jego opuszczenia są zupełnie zrozumiałe”, a tłumacząc zmiany w sprawie OFE mówił o emeryturach dla „naszych rodziców”. Dlatego, jak wynika z badań, Donald Tusk wydaje się ludziom jakiś bardziej swój, a Jarosław Kaczyński raczej daleki. Tusk mówił, że wychował się na podwórku, jak większość, a Kaczyński chwali się inteligenckim Żoliborzem.

Specjaliści od wizerunku zwracają uwagę na jeszcze jedną ważną cechę Igora Ostachowicza - niewiele o nim wiadomo. Powszechnie tyle, że ma trochę ponad czterdzieści lat, zazwyczaj poważny wyraz twarzy i często spotyka się z Donaldem Tuskiem. Nie udziela żadnych wywiadów. Kiedyś doradzał Grażynie Gęsickiej, gdy za rządów PiS kierowała jednym z najlepiej ocenianych wtedy ministerstw – rozwoju regionalnego. Dobra współpraca z Tuskiem zaczęła się od 2007 r., gdy z sukcesem przygotowywał przyszłego premiera do przedwyborczych debat z Jarosławem Kaczyńskim.

Speechwriter premiera wie, że Tuska irytuje, gdy ludzie z jego najbliższego otoczenia nazbyt zajmują się promocją siebie. – Premier reaguje na to alergicznie, szczególnie gdy coś nie wypala. Mówi im, że zamiast chodzić do mediów, zajęliby się robotą – słyszymy od współpracownika premiera. Ostachowicz nie jest politykiem, nie musi być znany, nie zabiega o głosy wyborców  i na tym wygrał między innymi  ze Sławomirem Nowakiem i Rafałem Grupińskiem, którzy po wybuchu afery hazardowej zostali oddelegowani do Sejmu. Kiedyś to oni razem z Grzegorzem Schetyną ustalali tezy i szukali słów kluczy, które urzekną publikę. Teraz Grupiński angażuje się tylko w wystąpienia Tuska wygłaszane na partyjnych kongresach. Ostatnio na prośbę premiera napisał swoją wersję przemówienia na zeszłoroczny, wrześniowy zjazd partii. Po autorskich modyfikacjach szefa Platformy i tak dało się poznać, że Grupiński maczał w tym palce.

Autor widmo

Kiedyś tych, którzy przemówienia polityków nazywało się ghostwriterem, czyli piszącym duchem lub też - jak chcieli polscy dystrybutorzy ostatniego filmu Romana Polańskiego - autorami widmo. Te określenia lepiej oddają istotę ich funkcji. Muszą mieć doskonałe wyczucie tego, dla kogo piszą, muszą skrywać się za swoim zleceniodawcą, powinni też dostosować się do stylu osoby, dla której piszą. – Tak jest właśnie w przypadku Ostachowicza, który nadaje na tych samych falach co Tusk i nie ma parcia na szkło – opowiada jeden ze speechwriterów. W końcu trudno jest namówić polityka, by przemawiał z pełnym przekonaniem, jeśli mowa znacząco odbiega od jego stylu i osobowości.

Wie o tym Michał Kamiński, który w czasie ostatniej kampanii prezydenckiej pisał dla Jarosława Kaczyńskiego. Tym, co zostało dla niego napisane, uwiódł wielu wyborców, ale zaraz po ogłoszeniu wyników prezydenckich czar prysł. Najlepszym przykładem jest odezwa do przyjaciół Rosjan, którzy po wyborach usłyszeli od prezesa PiS, że zabili mu brata. To był pierwszy i ostatni raz kiedy prezes poprosił kogoś o taką przysługę. - Pisałem bardzo wiele  przemówień w kampanii po tragedii smoleńskiej. Prezes przyznawał, że pierwszy raz w swoim życiu, kiedy ze względu na tę specjalną sytuację nie mógł sam pracować nad swymi przemówieniami. Dlatego ja musiałem to robić – opowiada Kamiński. Potem Jarosław Kaczyński mówił, że w tym czasie nie był sobą, że kampania była źle prowadzona, a przemówienia nie takie jak powinny. Michał Kamiński odchodząc z PiS chwalił się, że to on pisał dla prezesa. Profesjonalny speechwriter trzymałby język za zębami.

Europoseł zdradził też, że często na dwie godziny przed samym wystąpieniem wysyłał Jarosławowi Kaczyńskiemu treść wystąpienia: – A on w ciągu dwóch godzin był w stanie całkiem niekrótkie przemówienia zapamiętać i je wygłaszać bez kartki. Pamięć to coś, czego wielu polityków zazdrości prezesowi PiS. Zawsze przemawia bez kartki i wielokrotnie był uznawany za jednego z najlepszych mówców polskiej polityki, ale w jego mowach często brakuje konkretów.  Podobno wspomagania kartką oduczył się gdy wykładał na uczelni, bo wiedział, że studenci nie lubią odczytów. Mówi się też, że prezes nie umie dobrze czytać i bardzo zazdrości tej umiejętności Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Czasem jednak przemawianie bez podręcznych zapisków bywa ryzykowne. Jak podczas słynnego wystąpienia w Sejmie, kiedy usłyszeliśmy, że „żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne”.

Prezes sam pisze sobie przemówienia. Najczęściej nocami i odręcznie. Czasem konsultuje swoje tezy z Adamem Lipińskim, Joachimem Brudzińskim i Mariuszem Błaszczakiem.  Kiedyś wspierał się też wiedzą duetu Bielan - Kamiński – opowiada jeden z jego politycznych przyjaciół. Zdarza się, że prosi któregoś ze swoich pracowników z biura partii przy Nowogrodzkiej o wyszukanie jakiś twardych danych. Podobno stres związany z przemówieniem pojawia się u niego tylko wtedy, gdy nie ma jeszcze nic napisane. Potem, gdy przyswoi już to, co sam stworzył, czuje się bardzo pewny. Zdarzyło się, że przed wystąpieniami na kongresach partii robił próbę generalną.

Bez kartki w czasie ważnych wytępień umie obejść się również Grzegorz Napieralski. Ma dwóch speechwriterów. Jeden z nich ma niespełna trzydzieści lat, drugi to były dziennikarz. – Szef w czasie wystąpienia ma zazwyczaj przed sobą tylko tezy do wystąpienia, a wcześniej pracuje tak długo, aż potrafi je płynnie uargumentować – opowiada Tomasz Kalita rzecznik SLD. - W Polsce, nie wiedzieć czemu, panuje wstyd przed prompterami i kartkami. Obama nie rusza się bez baterii prompterów, które na pewno nie umniejszają jego polityki, a gwarantują, że nie popełnia gaf – mówi Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, politolog, amerykanista, słuchacz przemówień światowych przywódców.

Kopiuj, wklej

Argumenty dla Napieralskiego szykuje sztab ekspertów, który zbiera się przy Rozbrat. To jedna z naczelnych zasad przywódców państw czy partii, aby otoczyć się ekspertami w danej dziedzinie i ludźmi potrafiącymi ubrać to w słowa, które będą zapamiętane. Czasem jednak i im zdarzają się wpadki. Jak gen. Stanisławowi Koziejowi, szefowi BBN, który podobno jest autorem myśliwskiego dowcipu, którym Komorowski sypnął w czasie swojej pierwszej prezydenckiej wizyty w Stanach Zjednoczonych. W kraju, gdzie do politycznej poprawności przywiązuje się tak dużą wagę, taki sposób wyrażania się o kobietach (które zostają w domu, gdy mężowie idą na polowanie) był dalece niestosowny. - Prezydent państwa aktywnego na arenie międzynarodowej powinien być wzmocniony o ekspertów od danego kręgu kulturowego. Ten dowcip  prezydenta może byłby ciepło przyjęty w kraju środkowoeuropejskim, ale nie w Stanach Zjednoczonych – komentuje Kostrzewa-Zorbas. W Pałacu nie ma nikogo, kto przeszkoliłby prezydenta z tematów, które mogą się przewinąć w czasie tak zwanego small talk - co można powiedzieć, a co należy zmilczeć.

W tym względzie wzmocnił się Jerzy Buzek. Szef Parlamentu Europejskiego ciągle jest w podróży i musi przyswajać wiedzę o lokalnych realiach. Chętnie korzysta z umiejętności speechwriterów i ekspertów, którzy w pigułce podadzą mu wszystko to, co o danym kraju wiedzieć musi, a czasem nawet więcej, by zaimponować gospodarzom. Kiedyś pisała dla niego Joanna Gepferd i publicysta Jan Wróbel, dziś mówi piórem swoich brukselskich współpracowników. Dawniej jego najbliższa współpracowniczka Teresa Kamińska wycinała co lepsze fragmenty z dwóch przygotowanych przemówień i kleiła w całość, którą później Buzek wygłaszał jako premier. Podobną metodę „kopiuj–wklej”, w sensie dosłownym stosował  Leszek Miller. Pastwił się nad tym, co przygotowywali mu politycy SLD: Lech Nikolski, Krzysztof Janik i Grzegorz Rydlewski. Spod nożyczek i kleju wychodziła czasem zgrabna całość.

Poseł za 1000 zł

Tusk, gdy ma mówić o trudnych reformach społecznych lub o gospodarce, zaprasza na rozmowę Michała Boniego albo Jana Krzysztofa Bieleckiego. Ale to Ostachowicz zabiera głos na końcu i wybiera to, co premier przekaże do publicznej wiadomości. Jak trzeba coś powiedzieć przy okazji rocznic historycznych, za pióro chwyta przyjaciel Tuska jeszcze z czasów gdańskich -  Wojciech Duda, historyk. Czasami premier wspomaga się też wiedzą prof. Władysława Bartoszewskiego.

Prezydent Bronisław Komorowski choć w finale sam siada przed komputerem, czasem też słucha ekspertów. Wiedzę do przemówienia inauguracyjnego czerpał bezpośrednio od minister zdrowia Ewy Kopacz, ministra finansów Jacka Rostowskiego, a we fragmencie o bezpieczeństwie od szefa BBN gen. Stanisława Kozieja. Szef Kancelarii Jacek Michałowski fragmenty ministerialne przesyłał Komorowskiemu do Budy Ruskiej. Prezydent elekt wrócił stamtąd z gotowym tekstem, który dał do poprawek swojemu głównemu doradcy Tadeuszowi Mazowieckiemu. Wiadomo, że gdy impreza jest niższej rangi, odpowiedzialność za to, co powie prezydent  bierze na siebie kilkuosobowe Biuro do Spraw Wystąpień Prezydenta i Patronatów. - Mają program imprezy, zaproszenia, ściągają informacje i piszą wystąpienia. Zarówno dla prezydenta jak i pierwszej damy - opowiada osoba z Pałacu.

Od usług speechwriterów nie stronią też parlamentarzyści. Szczególnie w tej kadencji, kiedy pojawiło się wielu debiutantów. Chcą błysnąć przed kolegami czy  przebić się z okrągłym zdaniem do mediów. – Całe wystąpienie wygłoszone z mównicy kosztuje około tysiąca złotych. Trzeba pilnować, by poseł zmieścił się w regulaminowym, zazwyczaj pięciominutowym czasie – opowiada jeden z sejmowych autorów. Kiedy w parlamentarnych ławach zasiadała Samoobrona, Andrzej Lepper zatrudnił w klubie speechwritera, który pisał dla jego posłów. Wtedy opinia publiczna była świadkiem tego, co znaczy czytać bez zrozumienia.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Skąd dramatyczne wahania liczby infekcji covid-19?

Czym tłumaczyć gwałtowny spadek raportowanych zakażeń koronawirusem? Rozmawiamy z dr. Franciszkiem Rakowskim z ICM, który modeluje przebieg pandemii od samego jej początku.

Karol Jałochowski
26.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną