Arłukowicz wchodzi do rządu

Nieoczekiwana zmiana miejsc
Wejście Bartosza Arłukowicza do rządu Donalda Tuska ma kilka znaków i znaczeń.

Po pierwsze, pokazuje, że przed wyborami politycy trochę niczyi, niepewni swojego dalszego publicznego losu, próbują szukać twardszego gruntu (przykładem także „łamanie się” Adama Bielana i sygnały, że po przygodzie z PJN myśli o powrocie do PiS).

Arłukowicz, nie należący formalnie do SLD, ale wyrazisty i rozpoznawalny, już kilka razy był kierowany w ślepy zaułek, np. jako ewentualny kandydat w wyborach samorządowych (bez szans na zwycięstwo). Arłukowicz zdawał sobie sprawę z faktu, że jest pewnym zagrożeniem dla lidera Sojuszu Grzegorza Napieralskiego, a w czasie zwyczajowego, wyborczego zwierania szeregów przy przywódcy, status wolnego elektronu nie jest korzystny.

Wybrał więc może nie do końca pewną drogę w towarzystwie Platformy, ale – w razie powodzenia – dającą szansę dużej kariery urzędniczej. PO za bardzo nie patrzy w papiery i polityczne biografie, czego dowodem funkcja szefa MSZ dla Radosława Sikorskiego. Po drugie, SLD rzeczywiście toczy niejasne gry niejako pre-koalicyjne z PiS i mimo gromkich zaprzeczeń liderów, politycznej współpracy po wyborach nie można wykluczyć. Arłukowicz od dawna od takiej współpracy się dystansował. Mniej tu zresztą chodzi o ideologiczny konflikt lewicy z prawicą, a konkretnie PiS.

Po trzecie, Arłukowicz jest kolejnym przykładem posła, któremu opozycyjne posłowanie nie wystarcza. Produkowanie projektów, które nie mają szans na przegłosowanie może stać się po kilku latach męczące, zwłaszcza dla tych parlamentarzystów, którzy nie robią partyjnych, wewnętrznych karier, jak w przypadku Arłukowicza. Tego zawsze obawiają się szefowie opozycyjnych ugrupowań, wiedzą, że długie pozostawanie z dala od władzy i stanowisk rozmiękcza morale działaczy, powoduje, że zaczynają się rozglądać za lepszą, bardziej perspektywiczną pozycją. Wie o tym dobrze także Jarosław Kaczyński, dlatego opowieści o tym, że szykuje się do rządzenia dopiero w 2015 r. to bajki.

Po czwarte wreszcie, sporo może na tym transferze ugrać premier Tusk. Zyskuje poważnego sprzymierzeńca z lewej strony, pokazuje, że Platforma ma szerokie spektrum. Po odejściu Janusza Palikota, osłabło lewicowo-liberalne skrzydło w jego partii; Arłukowicz, w wersji poważniejszej, może je ponownie wzmocnić, zwłaszcza jeśli do Platformy wstąpi i dostanie propozycję kandydowania z jej list. Dodatkowo, istotna jest funkcja, jaką dawny poseł Sojuszu obejmuje w rządzie: sekretarz stanu i pełnomocnik ds. osób wykluczonych. Tusk może pokazać, że sprawy społeczne, dotąd zawłaszczane ideologicznie przez PiS, są bliskie także jemu. A także, co też może mieć jakieś znaczenie, neutralizuje to w jakimś sensie jednego z głównych śledczych w sprawie afery hazardowej, która może w kampanii wyborczej wrócić.

Przejście Arłukowicza do Kancelarii Premiera może być początkiem politycznych szachów przed wyborami. Ale to, jak nowy sekretarz stanu odnajdzie się w korytarzach władzy, gdzie zawsze są duże przeciągi, to już zupełnie inna sprawa.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj