Nie ma dwóch Polsk, są dwie grupy walczących publicystów

Piszą i dzielą
Diagnoza, że Polska rozpada się na dwa narody, nie jest prawdziwa. Po raz kolejny mamy do czynienia nie z pękniętą Polską, ale pękniętą elitą, z dwoma śmiertelnie skłóconymi środowiskami, które próbują podzielić całe społeczeństwo, wykopać w nim równie głęboką przepaść jak ta, która dzieli je same.
Po obu stronach odżyły stare strachy – przed zmową elit oraz przed buntem mas.
Mirosław Gryń/Polityka

Po obu stronach odżyły stare strachy – przed zmową elit oraz przed buntem mas.

Czy i tym razem uda się elitom zarazić społeczeństwo swoimi fobiami? Trudno to dziś przewidzieć.
Mirosław Gryń/Polityka

Czy i tym razem uda się elitom zarazić społeczeństwo swoimi fobiami? Trudno to dziś przewidzieć.

Robert Krasowski, konserwatywny publicysta i wydawca, absolwent filozofii UW.
Radek Pasterski/Fotorzepa

Robert Krasowski, konserwatywny publicysta i wydawca, absolwent filozofii UW.

Słyszymy dziś zapewnienia, że tym razem jest inaczej, że Smoleńsk nie jest kolejną wojną elit, że to wydarzenie przeorało społeczeństwo, zmieniło jego reakcje, ujawniło to, co było głęboko skrywane. Owszem, pojawili się fanatyczni obrońcy krzyża, w których ujrzano emisariuszy idącej na wojnę katolickiej większości. Przeoczono jednak fakt, że w chwili największej koncentracji sił owa „większość” potrafiła rzucić na szaniec zaledwie kilkuset krzyżowców. Jeśli to była krucjata Polski katolickiej, to katolicyzm krucjatowy ma w Polsce rozmiar szkolnej wycieczki.

Z kolei druga część społeczeństwa przeraziła się podobno cynizmu elit. Brutalności Andrzeja Wajdy, który kilka dni po katastrofie odmówił Kaczyńskiemu miejsca na Wawelu, zimnej obojętności Tuska, wraku pozostawionego na obcej ziemi i trwania „przemysłu pogardy”. Jednak to przerażenie okazało się tak wielkie, że społeczne poparcie dla Platformy jest dziś prawie takie samo jak przed katastrofą.

Byłaby zatem śmierć prezydenta wydarzeniem bez znaczenia? Gdyby nie wysiłki elit, w zasadzie tak. Smoleńsk był jak spektakl: dramatyczny, symboliczny, malowniczy, przykuwający uwagę i... nic więcej. Był jak śmierć księżniczki Diany, był wydarzeniem, które porusza emocje, a nie dotyka rozumu. Wywołuje łzy, ale ani o milimetr nie zmienia poglądu na świat. Bo nie było w nim żadnego politycznego sensu. Przynajmniej dla społeczeństwa.

Ten sens pojawia się powoli, z czasem, pod wpływem stałej presji elit starających się narzucić społeczeństwu swoje emocje. Bo to głównie elity są Smoleńskiem poruszone. Wręcz wystraszone. Boją się jednak nie dlatego, że mają po temu dobry powód, ale dlatego, że mają taki zwyczaj. Taki odruch. Taką depresyjną i katastroficzną wrażliwość.

Zrodziła się ona 20 lat temu jako owoc heroicznej wyobraźni środowisk solidarnościowych. Nawykłe do walki o wielkie sprawy – o wolność i demokrację – po 1989 r. nie potrafiły się odnaleźć bez maksymalistycznych celów. Im bardziej zatem demokracja w Polsce krzepła, tym głośniej wieszczono nadchodzącą katastrofę. Z jednej strony pojawiła się teza, że demokracji zagrażają „demony” nacjonalizmu, autorytaryzmu i rewolucyjnej sprawiedliwości. Z drugiej natomiast strony pojawiła się wizja oligarchii, która przejęła państwo, gospodarkę i media, i za chwilę młodą demokrację zamieni w koteryjną własność.

Katastroficzna aura

Realna polityka – a zatem kolejne rządy, partie, posłowie – zlekceważyła te neurotyczne wizje. Ale w debacie publicznej, a zatem w dyskusji, jaką elity toczą między sobą, właśnie te katastroficzne wyobrażenia zaczęły nadawać ton. Stało się tak za sprawą Adama Michnika i Jarosława Kaczyńskiego, dwóch charyzmatycznych postaci, które wywalczyły sobie pozycję liderów opinii publicznej. A zatem pozycję ludzi kształtujących nie tyle politykę, co opinie na jej temat.

Obu panów dzieliło niemal wszystko, jednak generalny ton ich przekazów był zdumiewająco podobny. Obaj uczyli swoich sympatyków przeżywania polityki w kategoriach apokaliptycznych. Obaj wykształcali w nich niemal metafizyczny niepokój o dalszy bieg spraw.

W przypadku Michnika pesymizm zrodziło specyficznie przeżyte doświadczenie Marca 1968 r. Michnik uznał, że komunizm nie sprawdził się jako wychowawca, że lud pozostał równie ksenofobiczny jak przed wojną. Dlatego w epoce III RP żywił generalny sceptycyzm wobec mas, kreślił kolejne scenariusze, w których zrewoltowana większość występuje przeciw wolności, demokracji i prawu. Z kolei Kaczyński u zarania III RP poczuł się ofiarą, ale nie mas, lecz elit, które potraktowały go jako człowieka tyleż inteligentnego, co niebezpiecznego.

Odrzucony najpierw przez Geremka, potem przez Mazowieckiego i wreszcie przez Wałęsę, odepchnięty przez elity akademickie i artystyczne, sfrustrowany Kaczyński „zdradzie mas” przeciwstawił „zdradę elit”. Wizję wąskiej koterii, zamkniętego salonu, elity wykorzenionej, obcej społeczeństwu kulturowo i cywilizacyjnie, ślepej na narodowe imponderabilia, po suwerenność włącznie.

Z początku w tych diagnozach była świeżość. Zrywały z naiwnym optymizmem, z opisywaniem transformacji jako z góry udanej. Zarazem od początku raził dramatyzm tych przepowiedni, patetyczne obrazy krwi, gilotyn i tłumu, spiskowe schematy, demoniczne portrety z jednej strony agentów, z drugiej rewolucyjnych radykałów.

Szybko się także okazało, że nie można odseparować sensownej diagnozy od tej katastroficznej aury. Bo aura nie była dodatkiem do diagnozy, ale jej istotą. Jedynie lęk był w tych diagnozach stały, przedmiot lęku zmieniał się jak w kalejdoskopie. Zagrażającym demokracji układem była dla Kaczyńskiego najpierw dążąca do monopolu grupa Geremka, potem otoczenie Wałęsy, następnie dawni współpracownicy SB, potem „różowi” politycy z UW, postkomuniści z SLD, gospodarczy oligarchowie, oficerowie z WSI, aż w końcu Platforma. Taka roszada obiektów lęku pokazywała, że katastroficzna jest nie tyle rzeczywista sytuacja, co raczej wyobraźnia samego Kaczyńskiego. Który każdego aktualnego przeciwnika opisywał jako śmiertelnego wroga polskiej demokracji. Z Michnikiem zresztą było podobnie, również w jego wizjach jeden demon gonił drugiego.

Choć wyznawców Kaczyńskiemu i Michnikowi nigdy nie zabrakło, pod koniec lat 90. coraz wyraźniej tracili oni rząd dusz. Większość opinii publicznej była znużona kasandrycznymi wizjami, z których żadna się nie spełniła. Widać było wyraźnie, że tocząca się coraz spokojniej polityka zaprzecza istnieniu demonów zarówno w masach, jak w elitach. Zwyciężało poczucie, że sprawy toczą się bezpiecznie w dobrym kierunku.

Przyszły jednak burzliwe wydarzenia połowy drugiej dekady. Afera Rywina uwiarygodniła układowe wizje i otworzyła Kaczyńskiemu drogę do władzy, co z kolei zrodziło popyt na Michnikowe traumy. Po obu stronach odżyły stare strachy – przed zmową elit oraz przed buntem mas. Zaczęła się stara wojna, w której zamiast konkretów znowu wystąpiły metafizyczne demony. Ciekawe w tej wojnie było ujawnienie się nowego pokolenia, w całości już ukształtowanego przez katastroficzną wrażliwość Michnika i Kaczyńskiego. Dlatego jedni patrząc na CBA widzieli gestapo, drudzy widząc Palikota opłakiwali koniec demokracji.

Obie strony stwierdziły, że Polska podzieliła się na dwa narody. Ale diagnoza pojawiła się zbyt szybko, dowodząc, że nie jest opisem świadomości społecznej, ale emocji samych autorów. Za pomocą stwierdzeń o „dwóch narodach” czy „dwóch Polskach” nowe pokolenie elit budowało między sobą równie wysoki mur jak ten, który wyrósł kiedyś między Michnikiem i Kaczyńskim. I potem starało się ten mur przedłużyć na całe społeczeństwo.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną