Gadżet promujący polską prezydencję i jego twórcy

Bąk Polski
Produkcja bączka, gadżetu promującego polską prezydencję, była pierwszą dorosłą pracą domową Moniki i Krzyśka, twórców bąka. I lekcją o Polsce.
Bączki wymyśliła para studentów warszawskiej ASP, Monika Wilczyńska i Krzysiek Smaga.
Leszek Zych/Polityka

Bączki wymyśliła para studentów warszawskiej ASP, Monika Wilczyńska i Krzysiek Smaga.

Według feministek bączki są szowinistyczne. Przedstawiają wizerunek kobiety, którą mężczyzna może chwycić za kark i zakręcić
Leszek Zych/Polityka

Według feministek bączki są szowinistyczne. Przedstawiają wizerunek kobiety, którą mężczyzna może chwycić za kark i zakręcić

Podczas wizyt wyższego szczebla zagraniczni dyplomaci dostają na wieczną pamiątkę po polskiej prezydencji drewniane bąki, pakowane po dwa, ubrane w ludowe zapaski, z podstawką na biurko. Z suplementu do Dziennika Urzędowego Unii Europejskiej: „[Bączki] dystrybuowane zarówno w kraju, jak i za granicą (...), dają przekaz, że Polska to młody duch Europy (...). Projekt realizuje cele komunikacyjne, które wyrażają dążenie do przedstawienia wizerunku Polski jako inicjatora pozytywnych zmian i państwa z pozytywną energią”.

Zanim uzyskały swój status, bączki obracał w rękach sam minister Radosław Sikorski, naradzając się ze spin doktorami od dyplomatycznych protokołów, czy są one gadżetem adekwatnym.

Wymyśliła je para studentów Instytutu Wzornictwa Przemysłowego na warszawskiej ASP. Historia bąka i jego autorów pokazuje walkę starego z nowym.

Bąk a wyższe szkoły niczego

Pięć lat temu Monika Wilczyńska przyjeżdża z Człuchowa studiować architekturę wnętrz na ASP. Krzysiek Smaga, starszy o dwa lata, jest na wzornictwie przemysłowym, w drugim skrzydle tego samego budynku. Poznają się na ławce w parku, popijając studencką go coffee w tekturowym kubku. Zahaczają w rozmowie o życiowe plany. On twierdzi, że architektura kształci kaleki. Profesorowie snują się po korytarzach w czarnych golfach, za dużych marynarkach, a na głowie mają berety, bo kreują się na indywidualności. Uczelnia to ich jedyne źródło utrzymania, nigdy nic nie zaprojektowali na zewnątrz. Ona przytakuje. Jest na pierwszym roku. Kiedy zaproponowała, że swój semestralny projekt przyniesie w fotoshopie, panowie w marynarkach zrobili pogadankę na temat współczesnej płytkiej młodzieży. Z pogadanki: sztuka wyższa to nie laptop, ale piórko, atrament i makieta zrobiona chałupniczo, z pianki. A te makiety wyglądają jak domki lalki Barbie.

U niej na wydziale nie puszczają studentów na wymiany zagraniczne. Dziekan powiedział dziewczynie z samorządu, że wracają z zagranicy kłopotliwi, z zadartymi nosami, nieadekwatnie nowatorscy do polskich realiów.

On i ona zostają parą. Uzupełniającą się – ona lubi linie proste, minimalizm, on kształty bardziej płynne, miękkie. Oboje nie lubią pseudoartystycznych happeningów typu: weźmy kawałek pomarańczowego kabla od przedłużacza, wsadźmy to do słoika i zróbmy z tego sztukę.

Ona przenosi się na wzornictwo. Tu przynajmniej są zewnętrzne konkursy. Średnio co semestr przychodzą na wydział panowie w dobrych garniturach. Studenci mówią wtedy: Fucha idzie! Superfirmy: radio Trójka, Muzeum Chopina, Nokia, Samsung, ci od Euro, z Biura Miasta Stołecznego Warszawa. Zbierają wszystkich w auli i uroczyście ogłaszają konkurs, np. na stojak rowerowy. Mówią o życiowych szansach i otwartych drzwiach. Polska wypuszcza rocznie 130 absolwentów instytutów wzornictwa. Choć konkursy są obowiązkowe, a studenci wiedzą, że to lipa, nie transakcje, chętnie w to idą. Nikt nie chce skończyć, projektując etykiety na puszki z pasztetem.

Fucha prosi zawsze o to samo: pokażcie świeży gadżet, jakiś sposobik, nową łapę Heyah. Główna nagroda to 3 tys. zł, druga – 2,5 tys., trzecia – 1,5 tys. zł. Fucha myśli: wyłożymy 7 tys. zł, podpiszemy z dzieciakami umowę o zrzeknięciu się praw i niech mają satysfakcję, że ich stojak na rowery stanie przed centrum handlowym.

Ona wpada na bąka dwa lata temu. Tym razem fucha przyszła z Muzeum Etnograficznego w Warszawie. Obowiązkowy konkurs dotyczył gadżetu promującego muzeum. Szczęśliwie nie weszła do pierwszej trójki nagrodzonych, a tym samym nie musiała zrzec się praw do własności intelektualnej. Ale bączka odnotowano w konkursowych protokołach, do których dotarła grupa poszukiwaczy najfajniejszych gadżetów z MSZ.

Bąk a młodość

Na spotkanie w sprawie bąka z komitetem odpowiedzialnym za wybór gadżetów przy Departamencie Przewodnictwa Polski w Radzie UE on przyczesał dredy, ona włożyła obcasy. Pierwsze zaskoczenie było takie, że w skład komitetu zainteresowanego bąkiem na poważnie też wchodzili ludzie przed trzydziestką. Z luźnych rozmów wynikło, że młodość po obu stronach jest celową polityką bączkobiorców, czyli urzędników odpowiedzialnych za polską prezydencję, którzy – uwzględniwszy smoleński patos – wybrali młodych, chcąc uniknąć nawiązań do polityki, martyrologicznej historii, husara z wąsami, wallenrodów, zdradzonych o świcie itp. Chodziło raczej o to, by potraktować kraj jako produkt. Ale niebanalnie. Żadne USB, kubek termiczny, długopis, latarka dynamo. I żeby nie kompromitować się jak gadżetodawca węgierski, który podczas swojej prezydencji rozdawał krawaty z metką Made in China na rewersie.

Przyjęto zamówienie MSZ na „wytworzenie i dostarczenie bączków – upominków artystycznych promujących Polskę podczas przewodnictwa Polski w Radzie UE w II połowie 2011 w ilości 12 400”. Koszt zestawu – 160 zł. Razem prawie milion złotych. Płatne przy odbiorze bączków.

Warunek: Monika i Krzysiek wszystko mają zrobić sami (już nie ma czasu na procedury przetargowe, które trwałyby pół roku), z ojczystych materiałów (drewno, nie metal, gdyż te gwiżdżące metalicznie bąki robią fabryki w Czechach i Niemczech, w Polsce plastikowe wychodzą z Częstochowy, ale plastik jest kojarzony z Chinami). Wykonać ręcznie, od wycięcia drzewa po toczenie, przez malowanie wirujących regionalnych zapasek, po pudełka (produkcja ma symbolizować niemakdonaldyzację polską). Start – 15 lutego. Do 26 maja bączki muszą być w magazynach MSZ pod groźbą kar finansowych za niedotrzymanie terminu.

To trzy miesiące na stworzenie i zamknięcie linii produkcyjnej. A oni są tylko parą zakochanych wynajmujących kawalerkę.

 

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną