Co nam proponuje prawica? Polski mesjanizm

Budzenie Mesjasza
W prawicowych kuźniach idei wykuwa się nowy polski mesjanizm. Mitologia ofiary i odrodzenia narodu poprzez mękę i cierpienie jest ważnym składnikiem tożsamości i politycznego przekazu polskiej prawicy.
Artur Grottger „Na pobojowisku ”. Fragment rysunku z serii „Polonia ”.
Forum

Artur Grottger „Na pobojowisku ”. Fragment rysunku z serii „Polonia ”.

Niemiecka pocztówka ku czci powstańców listopadowych 1831 r.
ULLSTEIN/BEW

Niemiecka pocztówka ku czci powstańców listopadowych 1831 r.

Karta tytułowa cyklu „Polonia ” Artura Grottgera.
Forum

Karta tytułowa cyklu „Polonia ” Artura Grottgera.

Na początku maja wysokonakładowa „Rzeczpospolita” drukuje tekst „Mesjanizm dla mas’’ socjologa Michała Łuczewskiego (ur. 1978 r.), adiunkta w UW. To skrócona wersja artykułu tegoż autora opublikowanego w „Pressjach” – akademickim, konserwatywnym czasopiśmie krakowskim o nakładzie 1000 egz. Nie jest to jednak jakaś naukowa analiza, lecz żarliwy manifest ideowy. Lansuje wskrzeszenie idei mesjańskiej we współczesnej Polsce. Czytamy, że polski mesjanizm wskrzesił Jan Paweł II już w początkach swego pontyfikatu. Przybywał z Rzymu do Polski z jasnym planem: „wezwać Ducha Świętego, aby uczynił z Polaków lud królewski, kapłański i prorocki. Stać się takim ludem znaczy stać się Mesjaszem, Chrystusem Narodów”.

Ale Łuczewski dostrzega, że dziś „jesteśmy na innym etapie i toczymy inne walki”. Jaka jest mądrość obecnego etapu? Żebyśmy się wywikłali z „walki politycznej między Jarosławem a Donaldem” i przywrócili „metafizyczną głębię” wołaniu papieża Polaka o odnowę Polski.

Do nowych mesjanistów zgłaszają akces liderzy prawicowej opinii. W połowie sierpnia Rafał Ziemkiewicz ogłasza w „Uważam Rze”: „Nie mamy powodu wstydzić się polskiego mesjanizmu. Więcej – bez niego nie będziemy nowoczesnym narodem”. Reaktywacja mesjanizmu jako drogi do modernizacji Polski to hasło frontowe: ma mobilizować. Nie musi wyjaśniać, o co tak konkretnie chodzi. Wystarczy, że ojczyzna wzywa i jest misja do wykonania.

Niedługo przed Ziemkiewiczem Tomasz Terlikowski w „Gazecie Polskiej” roztacza wizję powszechnego, jak twierdzi, pragnienia duchowej odnowy naszego kraju. Za jego forpocztę uważa ruch intronizacyjny. To ruch propagujący ideę ogłoszenia Chrystusa królem Polski (królową jest Maryja). Zabiegał o to Marian Krzaklewski, szef Solidarności, podczas kampanii przed referendum konstytucyjnym w 1997 r. Działacze prawicy szybko zorientowali się, że na styku polityki z religią da się znaleźć wyborcze konfitury. Krzaklewski przegrał, lecz hasło żyje i ma się dobrze.

Dlatego warto się przyjrzeć nieco szczegółowiej owym intronizatorom. Sprzed Pałacu Prezydenckiego, przed którym paradowali w czerwonych kapach ze znakiem krzyża i orła w zeszłym roku, na fali smoleńskiej, przenieśli się na Podhale. Do siedziby głośnego ostatnio ks. Piotra Natanka. Tego, który popadł w konflikt z kardynałem Dziwiszem na tle swej sekciarskiej aktywności, wystawiającej na ciężką próbę autorytet władzy kościelnej.

Pożytki z Natanka

Podziwia go miejscowy lud, ale i przyjezdni, w tym wykształcony teolog Terlikowski. Dlaczego? Bo sekta Natanka przyciąga tłumy. Bo jej lider nie owija kazań w bawełnę „popkatolickiej nowomowy”: „nie obawia się mówić o diable, karze Bożej czy masonerii i choć często jedzie po granicy ortodoksji, buduje swój autorytet, wypełniając głęboki deficyt odwagi, której brakuje innym”.

Ci inni to dla Terlikowskiego „dyżurni katolicy”, którzy wolą prawić o Unii Europejskiej jako nowym raju niż o piekle i szatanie. Jakie to szczęście, że nie wszyscy wierzący dali się zbałamucić Kościołowi posoborowemu, otwierającemu się na współczesność.

Na tym nie koniec. Bo w oczach katolickich fundamentalistów natankowcy zasługują też na podziw, gdyż „generują energię”. Akumulatory ładują polskim mesjanizmem, może i uproszczonym, no ale jakże bez niego wrócić do źródeł polskiej duchowości? – pyta retorycznie Terlikowski. Tyle że nie wspomina, iż polska duchowość ma wiele imion; choćby duchowość środowiska podwarszawskich Lasek, polskiego prawosławia i polskiego protestantyzmu. No tak, ale ten pluralizm nie pasuje do frontowego przekazu, ukazującego Polskę jako kraj rzeczy ostatecznych – pole apokaliptycznej bitwy sił Dobra z siłami Zła.

Tu wchodzi na scenę mesjanistyczna wizjonerka i mistyczka Rozalia Celakówna. To jedna z ikon ruchu intronizacyjnego. Pragnieniem owej pobożnej pielęgniarki było, aby polskie władze państwowe i kościelne ogłosiły Chrystusa królem Polski. Miało to być przebłaganiem za grzechy Polaków, zwłaszcza za grzech nieczystości – Celakówna pracowała na oddziale chorób wenerycznych (zmarła w 1944 r. w Krakowie).

Ludzie w czerwonych kapach życzą sobie nie tylko intronizacji. Skoro król, to monarchia. Wszystko lepsze od złego współczesnego świata. Nie ma zmiłuj: koniec świata jest blisko. Zapowiadano go już nieraz, ale to nic, że się nie sprawdziło. Nie chodzi o datę, chodzi o budowanie nastroju czasów ostatecznych, w których Polska ma odegrać kluczową rolę. Mistyczka św. Faustyna Kowalska, wyniesiona na ołtarze za pontyfikatu Karola Wojtyły, głosiła, że z Polski wyjdzie iskra Boża, która przygotuje świat na ponowne przyjście Pana.

W kręgach neomesjańskich jest oczywistością, że tą iskrą jest Jan Paweł II. To on był prorokiem ewangelicznej odnowy Polski i Europy. A myśmy proroka zabili drogą skremówkowania – pisze Łuczewski. I precyzuje, że różnica między dawnymi mesjanistami, tymi romantycznymi, a Janem Pawłem II polega na tym, że tamci mesjanizm głosili, a on go zrealizował. No może nie do końca, bo jednak, przyznaje Łuczewski, epoka Ducha jeszcze nie nastała. By jakoś wybrnąć z tego zapętlenia, mesjanista roku 2011 uruchamia mistyczną logikę paradoksu: właśnie przegrana jest zapowiedzią zwycięstwa.

Umysłom niepodatnym na mesjanistyczny ferwor trudno wydestylować z niego jakieś racjonalne jądro. Ale jedno wydaje się niemal pewne. Polski neomesjanizm jest w radykalnej opozycji do obecnego kształtu polskiej demokracji, kultury, społeczeństwa. Tu jego drogi przecinają się z drogami współczesnej polskiej politycznej opozycji antysystemowej, czyli szeroko rozumianego obozu smoleńskiego.

To katastrofa smoleńska wskrzesiła polski mesjanizm dużo skuteczniej niż Jan Paweł II. W obecnym pakiecie mesjanistycznym Smoleńsk zajmuje miejsce być może najważniejsze. Na gruncie Smoleńska jako mitu założycielskiego spotykają się wierzący i niewierzący zwolennicy Polski pisowskiej. Agnostyczny poeta Jarosław Marek Rymkiewicz z religijną i niereligijną prawicą toczącą wojnę kulturową z mdłą, nudną i obłudną ich zdaniem liberalną demokracją, z jej wiecznym debatowaniem, pragmatyzmem, ucieraniem kompromisów, zgodą na pluralizm filozofii i stylów życia.

Życie nie ma tu wysokiej ceny. Cenna jest ofiara, męczeństwo, egzaltacja. To, co ma Polaków porywać i jednoczyć, to Rymkiewiczowskie: masakra, wieszanie, rokosz. Jest to bój rzeczywiście apokaliptyczny, fundamentalny, aksjologiczny. Starcie totalnie odmiennych spojrzeń na to, co dziś znaczy naród, wspólnota, obywatelskość.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną