Kraj

Jak żyć po wyborach?

O co gramy 9 października

„Po paru wyborczych doświadczeniach wiemy, że to taki rytuał demokracji, jazda obowiązkowa, spektakl, którego głównych aktorów znamy od lat”. „Po paru wyborczych doświadczeniach wiemy, że to taki rytuał demokracji, jazda obowiązkowa, spektakl, którego głównych aktorów znamy od lat”. Mirosław Gryń / Polityka
Finał wyborczy jest nieprzewidywalny; kolejne sondaże raczej wzmacniają zamęt. Niestety, jedno wydaje się w miarę pewne: raczej nie uda się stworzyć silnego i stabilnego układu władzy, co jest złą prognozą na nadchodzące trudne czasy.
„Organizatorzy kampanii przyjęli, że wyborca jest jak piesek, który da głos, jeśli mu się obieca słodycze”.Mirosław Gryń/Polityka „Organizatorzy kampanii przyjęli, że wyborca jest jak piesek, który da głos, jeśli mu się obieca słodycze”.
„Idźmy na wybory. Zapomnijmy o kampanii. Mamy dostatecznie dużo własnych doświadczeń, żeby podjąć decyzję, komu powierzyć losy państwa na następne długie cztery lata”.Mirosław Gryń/Polityka „Idźmy na wybory. Zapomnijmy o kampanii. Mamy dostatecznie dużo własnych doświadczeń, żeby podjąć decyzję, komu powierzyć losy państwa na następne długie cztery lata”.

Z ulgą przyjmuję koniec tej dziwnej kampanii. Krótka, ledwie 40-dniowa, dokonała niespodziewanych przemieszczeń na „zabetonowanej”, jak się mówiło, politycznej scenie, gdzie przez ponad trzy lata proporcje sił wyglądały na ustalone.

Telewizyjny show

Nie ulega wątpliwości, że Platforma Obywatelska tę kampanię przegrała. Podobnie jak przegrała ubiegłoroczną kampanię prezydencką. Jeśli rozpoczyna się wyścig z dużą przewagą, która w trakcie bezpośredniej rywalizacji topnieje do zera, to znaczy, że sama kampania była porażką. Nie oznacza to, bynajmniej, przegranej w wyborach. Platformie pozostaje nadzieja, że wyborcy 9 października zapomną o wrażeniach z ostatnich tygodni i wybiorą nie zwycięzcę kampanii wyborczej, ale ekipę, która będzie rządziła Polską przez następne cztery lata. Pewne to nie jest, bo spora część wyborców, na co dzień mało zainteresowanych polityką, traktuje kampanię jak każdy telewizyjny show, w którym na koniec głosuje się na tego, kto zrobił najlepsze wrażenie. Nie żałowałem więc specjalnie, że nie doszło do upragnionej przez wielu debaty Tusk–Kaczyński; nie byłoby przecież żadnej debaty, tylko gombrowiczowski pojedynek na miny i retoryczne chwyty, a potem rutynowa kłótnia o to, kto wygrał. Jeszcze jeden telewizyjny casting – tym razem na urząd premiera?

Na rozum, ta kampania nie powinna była wiele zmienić. Po paru wyborczych doświadczeniach wiemy, że to taki rytuał demokracji, jazda obowiązkowa, spektakl, którego głównych aktorów znamy od lat. A programy? Sami politycy traktują je z dystansem, raczej jako wyraz zbożnych intencji, które nie podlegają wymogom gospodarczego czy politycznego realizmu. Ot, takie trochę kabaretowe zagrywki, pod hasłem: jeśli mnie wybierzecie, to każdy dostanie samochód i jeszcze pół litra. Organizatorzy kampanii przyjęli, że wyborca jest jak piesek, który da głos, jeśli mu się obieca słodycze. Nie sądzę, aby ta licytacja miała jakieś istotne znaczenie.

Fenomenem ostatnich tygodni był nagły wzrost poparcia dla Ruchu Palikota, który ze swoim radykalnym liberalno-antyklerykalnym przesłaniem umiejętnie wszedł w pustą przestrzeń pozostawioną przez SLD i PO i wstrząsnął sondażami. Te dwie partie prowadziły kampanię skrojoną na poprzednią wojnę, wyraźnie planowaną przez jakichś marketingowych generałów, według reguły: nie drażnić kontrowersjami, nie zawracać głowy wyborcom, dojechać do finału. Polityka w wersji kampanijnej stała się jakoś fundamentalnie niepoważna. Mam o to pretensję zwłaszcza do sztabu Platformy (bo SLD od dawna ma kłopot ze swoją tożsamością i z liderem, a PiS uciekał w swoje napuszone banały).

Czy warto było zatrudniać premiera do ogłaszania jakichś głupotek, w rodzaju zniesienia formularzy PIT czy obowiązku posiadania dowodów rejestracyjnych przez kierowców? Od Donalda Tuska, który wciąż, nawet przy przegranych wyborach, ma szanse stworzyć kolejny rząd, chciałbym jednak usłyszeć jakąś odpowiedź na obśmiewane i cynicznie ogrywane w tej kampanii pytanie „jak żyć?”. To jest pytanie prawdziwe, jeśli nie traktować go z arogancją Kaczyńskiego, który w odpowiedzi dostarczył pytającemu folię na tunele.

Infekcja śmiertelna

Na naszych oczach rozpada się znany porządek świata; wolny rynek, w który wierzyliśmy z gorączką neofitów, pokazuje swoje wykrzywione agresywne oblicze; nie są pewne ani nasze emerytury, ani miejsca pracy dla naszych dzieci, rozchwiały się tradycyjne wzorce karier i konsumenckiego szczęścia; technologia rozbija znane nam formy komunikacji społecznej, tworząc jakieś nowe, nieoswojone przestrzenie. Nie mamy dawnej pewności, jaką politykę stosować wobec własnego życia ani jakiego państwa potrzebujemy.

A Unia Europejska, która tak wiele nam dała w ostatnich latach? Co my jej możemy dać i czego od niej chcemy, poza wyciąganiem ręki po kolejne miliardy euro? To prawda, że PiS swoją prostacką retoryką (zasługujemy na więcej) utrudnia poważną rozmowę, czyni ją politycznie ryzykowną. Ale czy PO i jej lider nie mogą mówić do nas własnym głosem, muszą ciągle wyobrażać sobie, co na to powie Kaczyński? Uleganie pisowskiemu szantażowi jest ciężką chorobą, która już wyssała z Platformy energię i entuzjazm sprzed czterech lat, a może się okazać infekcją śmiertelną.

Jeśli rządząca partia nie mówi „jak żyć?”, nie udziela wskazówek, nie odpowiada na potrzebę bezpieczeństwa, nie podsuwa narzędzi do rozumienia czasów, w jakich się znaleźliśmy, to w tym śnie budzą się upiory. Prezes Kaczyński ma odpowiedź: uwierzcie we mnie. Nie ma programu PiS poza osobą prezesa. On może mówić rzeczy sprzeczne, nieoczekiwane nawet dla najbliższych współpracowników, nieodpowiedzialne, ale oferuje to, co najważniejsze: ucieczkę od ciężkiej wolności wyboru, wizję paternalistycznego, w istocie postkomunistycznego ładu, z oficjalną państwową ideologią i jej jedynym, najwyższym kapłanem, gdzie bezpieczeństwo musi być opłacone konformizmem; proponuje zamknięcie się przed przeciągami dzisiejszego świata w ciepłej wspólnocie narodowo-katolickiej, a za wszystkie przeszłe i przyszłe przegrane daje bezcenną rekompensatę: wyższość moralną, dumę ofiary zdradzonej o świcie.

 

Taka wizja państwa słabo mieści się w modelu zachodnich demokracji liberalnych, ale odpowiada wielu Polakom, zwłaszcza tym bardziej skłonnym do myślenia religijnego, wspólnotowego, postrzegającym współczesność głównie jako zagrożenie. Kaczyński stał się wyrazicielem Polski, która z różnych powodów nie chce lub nie potrafi gonić Zachodu. Powodzenie prozachodniej modernizacji cywilizacyjnej i społecznej oznaczałoby naturalne topnienie tego elektoratu, któremu Jarosław Kaczyński razem z Tadeuszem Rydzykiem mówią „Trwaj”.

Bez większego trudu można sobie wyobrazić, jak wyglądałoby państwo PiS w jego nowej odsłonie. Musiałoby się zacząć od deklaracji o katastrofalnym stanie państwa pozostawionego przez reżim Tuska, unieważniającej hojnie składane w kampanii obietnice. Ruszyłyby śledztwa i dochodzenia w sprawie nadmiernych kosztów prowadzonych inwestycji, a także na nowo – najważniejsze – śledztwo smoleńskie. Do władzy powróciliby wszyscy radykałowie schowani na czas kampanii. Przegrani nie mogliby liczyć na wyrozumiałość, z jaką sami potraktowali IV RP. Zwycięstwo wyborcze PiS oznaczałoby kolejne, tym razem już bezwzględne, podważenie przez rząd politycznej legitymacji prezydenta Komorowskiego, czyli dokładne odwrócenie sytuacji z okresu prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Prezes NBP zostałby oskarżony o finansowy sabotaż, komisarz Lewandowski o to, że z powodów politycznych nie załatwił dla Polski stuprocentowych dopłat dla rolnictwa i dodatkowych np. 50 mld euro z unijnego budżetu. Przy okazji o zabranie Polsce należnych pieniędzy oskarżeni zostaliby Niemcy, Rosja o współudział w zbrodni smoleńskiej, a platformerska opozycja o to, że nie umie się pogodzić z porażką i działa przeciwko interesowi narodowemu. Ten scenariusz naprawdę jest na wyciągnięcie ręki. Głosując na godność, tożsamość i Wszystko-Mogę-Premiera, możemy wygrać parę lat niezłych igrzysk.

Nie wiem, co jeszcze zrobi rządząca Platforma, żeby ten scenariusz przekreślić. Przynajmniej do ostatniego tygodnia rywalizacji radziła sobie marnie, zapewne skrępowana sprawowaniem władzy, nadzieją na kontynuację i (podobno) jakimiś wynikami poufnych sondaży, które wskazywały, że wyborcy nie życzą sobie propagandy sukcesu. Więc nawet ewidentne sukcesy z zażenowaniem ukrywano, a premier udał się w podróż na spotkanie Polski rozgoryczonej, bliskiej pisowskim opowieściom o kraju, gdzie, jak mówił w wywiadzie telewizyjnym Jarosław Kaczyński, „dookoła tragedia”.

Lansowany swego czasu przez PO obraz Polski otwartej, pogodnej, dorabiającej się, przełamującej trudności, w sumie zadowolonej z siebie (skądinąd prawdziwy, co potwierdziła niedawna „Diagnoza społeczna”), został przykryty przez poruszające historie ludzkiej biedy, nieporadności i brutalne wyzwiska kibiców. Oryginalny i ryzykowny pomysł na kampanię.

Ale gorsze jest to, że sztab PO (inaczej niż PiS), uganiając się po kraju za głosami ludzi rozczarowanych, w jakimś stopniu zlekceważył swój stały elektorat, nie budował jego dumy z minionych czterech lat, nie przekazał mu zbyt wiele pozytywnej emocji, nowej energii, optymizmu, sensu. To może mieć wpływ przede wszystkim na frekwencję wyborczą.

Idźmy na wybory

Platforma, uspokojona sondażowymi sukcesami, przestała opowiadać nam „swoją Polskę”. A przecież ten zapomniany przekaz był prosty, wciąż jeszcze nieźle odpowiadający na pytanie „jak żyć?”. Tusk dość czytelnie nawiązywał do słynnego zdania z konstytucji Stanów Zjednoczonych, że „każdy ma prawo dążyć do szczęścia”, tak jak sobie je wyobraża. Państwo jest od tego, żeby tworzyć warunki dla ekspresji indywidualnej wolności, ale jednocześnie dbać o to, co jest mu przypisane: poziom usług publicznych, infrastrukturę gospodarczą, wymiar sprawiedliwości, edukację, kulturę, bezpieczeństwo – zewnętrzne i wewnętrzne – solidarność społeczną. W każdym z tych obszarów w ostatnich czterech latach – mimo bardzo niesprzyjających warunków – sporo zmieniło się na lepsze, a przynajmniej nie pogorszyło. Nie było się czego wstydzić, naprawdę. I dziś, jeśli wyobrazić sobie, jaką ekipę do władzy może wystawić Platforma, a jaką jej główny rywal – też nie ma się czego wstydzić.

Żeby przypomnieć sobie emocje sprzed czterech lat, zajrzałem do własnego tekstu, pisanego tuż po wyborach 21 października 2007 r. „Polska, która objawiła się tej niedzieli, jest zupełnie inna od wyobrażeń Braci Kaczyńskich. Ogromna większość głosujących odrzuciła opowieści o tajemnych spiskach zwolenników korupcji, o wyprzedaży narodowych interesów przez jakąś »partię białej flagi«, o zakusach opozycji, aby zabijać pacjentów w sprywatyzowanych szpitalach, o froncie obrony przestępców, spółce morderców ks. Popiełuszki z mediami, inteligencji gardzącej prostym człowiekiem… Ta retoryka została odesłana tam, skąd pochodziła: do sfery urojeń i patologicznych obsesji. (…) Wychodzimy z tego doświadczenia silniejsi, być może na lata zaszczepieni przeciw populizmowi”. No cóż, okazało się, że szczepionka nie daje pełnej odporności na kolejne, zwłaszcza łagodne, mutacje wirusa, a młodzi w ogóle szczepieniu nie podlegali. Czy musimy kłuć się na nowo?

Idźmy na wybory. Zapomnijmy o kampanii. Mamy dostatecznie dużo własnych doświadczeń, żeby podjąć decyzję, komu powierzyć losy państwa na następne długie cztery lata.

Polityka 41.2011 (2828) z dnia 04.10.2011; Polityka; s. 14
Oryginalny tytuł tekstu: "Jak żyć po wyborach?"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Rozmowa z lesbijkami, szczęśliwymi małżonkami

Gdy słyszę, że ktoś krzyczy za mną lesba, wzruszam ramionami i idę dalej. A nawet gdybym miała zareagować, powiedziałabym: tak, lesba, i co z tego? – rozmowa z Małgorzatą Rawińską i Ewą Tomaszewicz.

Joanna Cieśla
12.06.2018
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną