Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Sprawy gaciowe, czyli służby w reformach

Nadchodzi reforma systemu bezpieczeństwa państwa

Jeszcze nie wskazano, kto w nowym rządzie będzie kierował reformowanym resortem, ale pewne jest, że dotychczasowy minister Jerzy Miller dostanie inne zadania. Jeszcze nie wskazano, kto w nowym rządzie będzie kierował reformowanym resortem, ale pewne jest, że dotychczasowy minister Jerzy Miller dostanie inne zadania. Jędrzej Wojnar / Agencja Gazeta
MSWiA skróci nazwę: straci nadzór nad administracją publiczną, ale odzyska kontrolę nad ABW. Może to zdejmie klątwę ciążącą nad kolejnymi ministrami.
Minister spraw wewnętrznych i administracji nadzoruje policyjne Centralne Biuro Śledcze oraz Straż Graniczną.Grzegorz Momot/PAP Minister spraw wewnętrznych i administracji nadzoruje policyjne Centralne Biuro Śledcze oraz Straż Graniczną.

Antoni Podolski, były dwukrotny wiceminister spraw wewnętrznych (w rządzie Jerzego Buzka i na początku rządu Donalda Tuska) i twórca Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, z zażenowaniem wspomina niedawne spotkanie w Bonn ministrów spraw wewnętrznych grupy G6 (Francja, Hiszpania, Niemcy, Polska, Wlk. Brytania i Włochy). Obradowano na temat zagrożeń terrorystycznych i roli służb specjalnych. – Okazało się, że jedynie polski minister nie posiada kompetencji ustawowych w omawianych kwestiach. To wtedy ostatecznie przekonałem się do konieczności przeprowadzenia reformy – mówi. Marek Biernacki, poseł PO, były minister spraw wewnętrznych w rządzie Jerzego Buzka, dodaje, że stan bezpieczeństwa kraju wymaga zmian w MSWiA. Premier Donald Tusk tuż po wyborach w wywiadzie dla POLITYKI już zapowiedział podział ministerstwa.

Dość oryginalny polski wynalazek – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji – na pozór jest wszechwładne. Zajmuje się policją, strażą graniczną, BOR, strażą pożarną, administracją publiczną, nadzoruje tysiące urzędników w terenie, niweluje skutki kataklizmów, zajmuje się informatyzacją, wyznaniami religijnymi oraz mniejszościami narodowymi i etnicznymi. – To worek, do którego wrzuca się wszystko – ocenia Marek Biernacki. – Podstawowa funkcja tego resortu, czyli bezpieczeństwo wewnętrzne, to jedynie dodatek do innych zadań.

Ustawy regulujące działalność służb specjalnych w Polsce nazywane są gaciowymi. – Bardziej wynika z nich, co się komu należy, jakie ma dostawać sorty i ile wynosi wysługa lat, niż w jakich obszarach zagrożeń poszczególne formacje mają pilnować bezpieczeństwa kraju – mówi Antoni Podolski.

Służby hasają niczym po dzikich polach, każda podlega komu innemu, a to oznacza, że praktycznie wymykają się nadzorowi. Służby wojskowe (kontrwywiadu – SKW i wywiadu – SWW) powinny słuchać po trosze ministra obrony narodowej, po trosze premiera, a w pewnym zakresie podlegają też prezydentowi. Wywiad skarbowy (tzw. policja finansowa) to gestia ministra finansów. Centralne Biuro Antykorupcyjne, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencja Wywiadu podlegają bezpośrednio premierowi. Minister spraw wewnętrznych i administracji nadzoruje policyjne Centralne Biuro Śledcze oraz Straż Graniczną.

Omniministerstwo

Z drugiej jednak strony MSWiA to tak potężna władza, że aż groźna. Również dla tych, w których ręce trafia. Kolejni ministrowie mieli z tego powodu nieustanne kłopoty, ale też ulegali pokusie, by tworzyć własne imperium. To szefowie resortu typowali kandydatów na wojewodów, powoływali swoich zaufanych, którzy potem winni byli wdzięczność. Według Biernackiego, każdy rząd miał problem z MSWiA. Wylicza ministrów, którzy popadali w niełaskę: Janusz Tomaszewski w rządzie Jerzego Buzka, Krzysztof Janik w rządzie Leszka Millera, Ludwik Dorn i Janusz Kaczmarek w czasach PiS czy Grzegorz Schetyna w ostatnim rządzie. – Kiedy Jerzy Buzek powołał mnie na fotel ministra, powiedziałem mu jasno, że wojewodami nie będę się zajmował – wspomina. – Sam ograniczyłem swoje wpływy i może dzięki temu nikt w tym rządzie nie dostrzegał we mnie potencjalnego rywala.

Co ciekawe, narodzinom MSWiA wcale nie przyświecał cel, by stworzyć takie omniministerstwo. Reforma administracji rządowej, której dzieckiem jest MSWiA, weszła w życie 1 stycznia 1997 r., w okresie rządów SdRP. Rok wcześniej po objęciu prezydentury przez Aleksandra Kwaśniewskiego z funkcji ministra spraw wewnętrznych ustąpił Andrzej Milczanowski. Tuż przed dymisją w przemówieniu w Sejmie ujawnił szczegóły tzw. afery Olina, co spowodowało upadek rządu Józefa Oleksego. Nowym premierem został Włodzimierz Cimoszewicz, a ministrem spraw wewnętrznych Zbigniew Siemiątkowski. Reformę przygotowywano, mając w pamięci casus Milczanowskiego, który – nadzorując UOP – posiadł niebezpieczną dla wielu polityków wiedzę. Prawdopodobnie dlatego postanowiono oddać nadzór nad UOP bezpośrednio premierowi. Utworzono co prawda stanowisko ministra koordynatora ds. służb specjalnych, ale nie wyposażono go w odpowiednie kompetencje kontrolne. Władzę szefa resortu spraw wewnętrznych właściwie w ten sposób osłabiono. Aby więc jego pozycję nieco wzmocnić, dodano mu odpowiedzialność za administrację publiczną.

Pierwszym ministrem spraw wewnętrznych i administracji został Leszek Miller. Siemiątkowskiego powołano natomiast na stanowisko ministra-koordynatora służb. (Pracownicy UOP zmiany przyjęli raczej z zadowoleniem, bo dostali wyższe pensje). W 2002 r. w miejsce UOP powstały Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego (kontrwywiad) i Agencja Wywiadu – obie podlegające premierowi.

Antoni Podolski w artykule opublikowanym w sierpniu 2011 r. w wydawanym przez ABW „Przeglądzie Bezpieczeństwa Wewnętrznego” tak skomentował tamtą reformę: „Był to krok ze wszech miar nierozsądny i szkodliwy, zarówno w wymiarze politycznym, jak i praktycznym, ponieważ w ten sposób premiera, który miał przede wszystkim koordynować pracę całego rządu, politycznie uwikłano w odpowiedzialność za dość wrażliwą sferę, jaką jest praca służb specjalnych”. – Na własnej skórze odczuł to uwikłanie Donald Tusk, bo to do niego przyszedł szef CBA Mariusz Kamiński – mówi Podolski. – Gdyby CBA podlegało nie premierowi, ale na przykład ministrowi finansów, to do niego w pierwszej kolejności Kamiński musiałby iść w sprawie tzw. afery hazardowej, zanim być może wspólnie trafiliby do premiera.

Zielone światło

Reformę MSWiA, lub – jak woli to nazywać Antoni Podolski – systemu bezpieczeństwa państwa, Platforma Obywatelska zapowiadała już przed poprzednimi wyborami.

Marek Biernacki, uznany w plebiscycie POLITYKI za jednego z najpracowitszych posłów upływającej kadencji, mówi, że premier już wiele miesięcy temu dał zielone światło. W Kancelarii Premiera nad reformą pracował zespół ekspertów (m.in. sekretarz kolegium służb specjalnych Jacek Cichocki i Tomasz Siemoniak, wówczas sekretarz stanu w MSWiA, potem powołany na szefa MON). Marek Biernacki zajmuje się strukturą i zadaniami przyszłego resortu spraw wewnętrznych. Poseł Waldy Dzikowski, niegdyś wieloletni wójt podpoznańskiej gminy Tarnowo Podgórne, przygotowuje koncepcję funkcjonowania w nowym kształcie administracji publicznej. Jako ekspert doradza posłom PO Antoni Podolski. Waldy Dzikowski przyznaje: – Nie daliśmy rady z przyrostem biurokracji, reforma pomoże zapanować nad tym problemem.

Tym razem zwiększenie kompetencji szefa tego resortu ma polegać na odebraniu mu władzy nad administracją. W nazwie pozostaną tylko sprawy wewnętrzne, ale minister uzyska kontrolę nad ABW (faktycznie – odzyska; to powrót do stanu z 31 grudnia 1996 r.). Sektor zajmujący się informatyzacją przejdzie do planowanego resortu cyfryzacji. W strukturach MSWiA sprawy informatyczne były zawsze sporym problemem, szwankował nadzór. Świadczy o tym ujawniona ostatnio afera korupcyjna – zarzuty prania pieniędzy i przyjęcia łapówki postawiono byłemu (w latach 2008–10) dyrektorowi Centrum Programów Informatycznych MSWiA.

Administracja publiczna będzie w gestii Kancelarii Urzędu Rady Ministrów. Wojewodowie mają wykonywać trzy podstawowe zadania: reprezentować rząd w terenie, czuwać nad bezpieczeństwem regionu i kontrolować legalność działań władzy publicznej na swoim terenie. – Może dokonamy zmiany nazewnictwa – zapowiada poseł Dzikowski. – Wojewodami powinni się nazywać samorządowi marszałkowie województw, a dotychczasowi wojewodowie będą zwani ministrami regionalnymi.

Według Dzikowskiego, reforma będzie bezkosztowa. – Są budynki, są ludzie, nie potrzeba żadnych inwestycji – mówi.

Jeszcze nie wskazano, kto w nowym rządzie będzie kierował reformowanym resortem, ale pewne jest, że dotychczasowy minister Jerzy Miller dostanie inne zadania. Także Grzegorz Schetyna, który był szefem MSWiA do wybuchu afery hazardowej, raczej na stare śmieci nie wróci, mówi się, że obejmie resort infrastruktury albo, jeżeli powstanie jako osobne, ministerstwo transportu. – Naturalnym kandydatem na ministra jest współautor reformy Marek Biernacki, ma już za sobą kierowanie resortem, ale podobno premier rozważa inny typ, chciałby tam widzieć dotychczasowego ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego. To jednak ciągle gdybanie – mówi zastrzegając anonimowość jeden z posłów PO.

Czysty anachronizm

Już wiadomo, że taki projekt nie spodoba się PiS. Będzie protestować przeciwko reformie powracającej do przeszłości. Prezes Jarosław Kaczyński oświadczył, że nie widzi sensu podziału MSWiA. Ale reformę poparł potencjalny koalicjant, lider PSL Waldemar Pawlak, a to przesądza wynik głosowania nad zmianą ustaw kompetencyjnych, co umożliwi przeprowadzenie zmian.

Jak się wydaje, jeśli już brać się za reformę MSWiA, to elementem zmian powinien być nowy model funkcjonowania policji i CBA. Centralne Biuro Antykorupcyjne prowadzi czynności śledcze, dublując często działania Centralnego Biura Śledczego i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednocześnie osłabia konkurentów z CBŚ, podkupując wyższymi płacami najlepszych fachowców. Być może CBA powinno być włączone do struktur policyjnych. Zamiast rywalizować, mogłoby współpracować z Centralnym Biurem Śledczym. Są też pomysły, by włączyć tę służbę w gestię resortu finansów.

Od lat trwa też dyskusja o roli, jaką w systemie bezpieczeństwa powinna pełnić Komenda Główna Policji. Czy nadal ma być molochem, zatrudniającym kilka tysięcy funkcjonariuszy? Rozważane są różne scenariusze, rzecz jasna niewzbudzające entuzjazmu wśród policyjnej kadry. Zamiast KGP miałby działać niewielki sztab kierujący policją, a funkcjonariusze snujący się po korytarzach gmachu przy ul. Puławskiej w Warszawie trafiliby do jednostek w terenie. – Komenda Główna w jej obecnym kształcie to czysty anachronizm – uważa Marek Biernacki. Dodaje jednak, że na razie skupia się na pierwszym etapie reformy. Nie szuka nowych wrogów.

Polityka 45.2011 (2832) z dnia 01.11.2011; Polityka; s. 28
Oryginalny tytuł tekstu: "Sprawy gaciowe, czyli służby w reformach"
Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną