Oferta na pierwszy rok:

4 zł/tydzień

SUBSKRYBUJ
Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 24,99 zł!

Subskrybuj
Kraj

Kto miał wizję, a kto wizje

Sejmowe exposé premiera Donalda Tuska było rzeczywiście bezprecedensowe. Zamiast rozwlekłej opowieści o wszystkim, łącznie z koniecznością dalszego umacniania stosunków z kolejnymi krajami Afryki czy Azji, konkrety, konkrety i jeszcze raz konkrety. Nic więc dziwnego, że wśród posłów opuszczających salę i biegnących do dziennikarzy zapanowała konsternacja. Co tu komentować? Stawali przed kamerami bezradni, próbując najbardziej bezpiecznego wyjścia: porozmawiajmy o tym, czego nie było.

Maciej Łopiński z PiS wyliczał na przykład, że nie było o kulturze, edukacji i oświacie. No dobrze, ale niech pan ustosunkuje się do tego, co było – naciskała dziennikarka. – Edukacja, oświata, kultura są niezmiernie ważne – powtarzał Łopiński. Już za chwilę wszystkim brakowało wszystkiego. Kryzys owszem, ale przecież są jeszcze drogi, transport, Euro 2012 i setka innych rzeczy. Na wielogodzinne exposé by wystarczyło. W końcu pojawiło się zbawienne słowo „wizja”. Powtarzano więc: nie było wizji państwa. Na mównicy stanął buchalter bez wizji. Bez pomysłu na Polskę – jak to ujął Janusz Palikot.

Otóż z tą wizją zawsze mam kłopot. Wysłuchałam wszystkich exposé po 1989 r. i tylko o dwóch mogę powiedzieć, że prezentowały wizję państwa. Tadeusz Mazowiecki w 1989 r. przedstawił wizję Polski jako państwa zmierzającego ku demokracji i gospodarce rynkowej, czyli po prostu ku normalności, i to była wielka, oczekiwana perspektywa. W 2005 r. Jarosław Kaczyński przedstawił wizję wszechogarniającego Polskę patologicznego układu, nad którym kontrolę sprawują gracze (biznesmeni, gangsterzy, służby specjalne) siedzący przy jednym stoliku, który trzeba przewrócić.

Wizja Mazowieckiego zrealizowała się, nawet jeśli nie ze wszystkich elementów demokracji i wolnego rynku jesteśmy zadowoleni. Kaczyńskiego zaś szczęśliwie się skompromitowała. Pozostałe exposé były lepsze lub gorsze, ale na ogół cieszyły zapowiedzi kontynuacji tego, co zaczął Mazowiecki. Premier Tusk wprawił w zakłopotanie, bo przymuszającym go od dawna do reform powiedział wreszcie: chcieliście zmian, to je macie, sprawdzam. Na to nikt jakoś nie był przygotowany.

Domagający się wizji zaprezentowali natomiast własne wizje, niektórzy nawet zaczęli je natychmiast wcielać w życie. Kaczyński pozostał wierny swej wizji IV RP i beznadziejności rządów Tuska, wzbogacił ją głównie o konieczność bardziej uporczywej obrony wiary naszych ojców. Kapitał społeczny opierający się także na zaufaniu, który ma być podstawą pomysłu na nowoczesną Polskę, Palikot zaczął budować od pomówień pod adresem Jana Krzysztofa Bieleckiego, że za jego pośrednictwem ktoś zarobił na grze akcjami KGHM, oraz od lustrowania członków rządu, tym razem na okoliczność ich związków z Opus Dei czy wywiadem Kościoła katolickiego. Chce już nawet powołania komisji sejmowej, mającej sprawdzić, czy aby rząd Tuska nie chodzi na pasku Watykanu.

Jak widać w naszej polityce bez agenta ani rusz. Spowszedniał esbek, teraz będziemy tropić agentów Kościoła. Służby specjalne też będą miały co robić, śledząc spotkania obywateli. Jakoś coraz bliżej Palikotowi w sposobie uprawiania polityki i w retoryce do PiS. Czyżby koalicja niewyobrażalna stawała się coraz bardziej wyobrażalna?

Polityka 48.2011 (2835) z dnia 23.11.2011; Komentarze; s. 7
Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną