Janina Paradowska rozmawia z Grzegorzem Schetyną

Potrafię czekać
Rozmowa z Grzegorzem Schetyną, pierwszym zastępcą przewodniczącego PO, o tym, dlaczego nie wszedł do rządu i co zamierza robić dalej
Grzegorz Schetyna - wielki nieobecny w nowym rządzie Donalda Tuska.
Leszek Zych/Polityka

Grzegorz Schetyna - wielki nieobecny w nowym rządzie Donalda Tuska.

Tuska i Schetynę łączyła niegdyś serdeczna przyjaźń, dziś już tylko szorstka.
Adam Chełstowski/Forum

Tuska i Schetynę łączyła niegdyś serdeczna przyjaźń, dziś już tylko szorstka.

Janina Paradowska: – Dostał pan jakąś propozycję wejścia do rządu?
Grzegorz Schetyna: – Nie, rozmawialiśmy z premierem bardzo ogólnie o konstrukcji nowego rządu.

Czyli propozycji właściwie nie było? I od początku było jasne, że do rządu pan nie wejdzie?
Może nie od początku, ale konkretnej propozycji rzeczywiście nie było. Natomiast rozmawialiśmy o przyszłości w różnych wariantach: rządowym, ale także o ewentualnej pozycji w parlamencie.

Co się więc tak naprawdę stało, że dla drugiej osoby w partii zabrakło posady rządowej?
To pytanie do premiera. Rozumiem, że chciał skonstruować rząd autorski, dający mu możliwość przejścia przez trudny czas, rząd, w którym on jest liderem, stanowi o jego sile.

Zostaje pan w „rezerwie kadrowej” na wypadek, gdyby coś nie wyszło, czy po prostu jest to upokorzenie i „Schetyna do skasowania”?
Trudno mi na to odpowiedzieć. Rozmawialiśmy o tym, jak utrzymać zdolność Platformy do wygrywania, jakie scenariusze są możliwe w tym trudnym czasie, kiedy rząd, jego program, ale także Platforma mogą się zacząć zużywać. Wiele rozmawialiśmy także o tym, co za cztery lata, bo przecież nic się nie kończy. Będą następne wybory, następne wyzwania.

Była jednak pewna sekwencja zdarzeń, która sprawiła, że przez przynajmniej trzy powyborcze tygodnie nad polską polityką wisiało pytanie: co ze Schetyną? Chciał pan być marszałkiem Sejmu.
Nie przywiązuję się do funkcji. Bycie marszałkiem to był wielki zaszczyt, ale również bardzo istotne doświadczenie. Wierzę w to, że polityk powinien się sprawdzić w wielu sytuacjach. Przez wiele lat powtarzaliśmy, że liczy się „projekt”: wygranie wyborów i modernizacja Polski. Potrafię czekać, jestem cierpliwy i umiem ciężko pracować. Mam nadzieję, że tę trudną komisję, a polityka zagraniczna jest dziś polem ostrego sporu politycznego, będę prowadził dobrze i będę tutaj istotnym wsparciem.

To jaka frakcja w końcu w tej całej układance – rząd, Sejm, partia – wygrała: „spółdzielnia Grabarczyka” czy ludzie Schetyny?
Tak naprawdę wygrał Donald Tusk. Oczywiście pracowała cała partia, ale premier stał się jej twarzą i symbolem. Dzięki tuskobusowi, bardzo odważnej końcówce kampanii, kiedy podejmował najtrudniejsze sprawy w bezpośrednich rozmowach z ludźmi, stał się ojcem zwycięstwa i skonsumował je, tworząc swój autorski rząd.

Często pokazywane jest zdjęcie: ogłoszenie wyników wyborów, wielka radość Tuska, Ewy Kopacz i brak uśmiechu na twarzy Schetyny.
Prawda jest mało medialna. Mnie, ale także Hannie Gronkiewicz-Waltz, fotoreporterzy zasłonili telebim, na którym podano wyniki, widziałem, że wszyscy wokół się cieszą, a ja wypatrywałem wyniku. To był ten moment, który uchwycono na zdjęciach. I to jest cała tajemnica.

Interpretacja była inna – Schetyna uważał, że zwycięstwo będzie niewielkie, powstanie koalicja trzech partii i on będzie premierem, bo np. Grzegorz Napieralski powie: nie Tusk, ale Schetyna ma być szefem rządu.
Polska polityka zbyt często zajmuje się absurdalnymi teoriami. Nie wiem, kto mógłby mieć wątpliwości, że premierem będzie Tusk. Nigdy nie było takich rozmów z Napieralskim. I wreszcie kwestia być może najważniejsza – ja uwielbiam wygrywać, wybory przede wszystkim. Trzeba być osobą pozbawioną rozumu, aby życzyć sobie i swojej partii mniejszego zwycięstwa i na tej podstawie budować jakieś polityczne konstrukcje. Prawdą jednak jest, że przy wielkich ambicjach Napieralskiego i lewicy pojawiały się pomysły, że to oni będą rozdawać karty. Tam widzę źródło tworzenia takiej atmosfery do rozważań, kto będzie premierem, kto stworzy koalicję.

Premier na jednej z pierwszych po wyborach konferencji powiedział: konkurencja jest możliwa, ale nie będzie tworzenia ośrodka opozycyjnego w PO. Wyraźnie wskazał na pana jako na lidera opozycji.
W trudnych warunkach premier nie chce mieć wewnętrznej konkurencji i tym samym powiedział, że nie powinniśmy w rządzie funkcjonować razem, bo byłoby to ze szkodą dla wspólnej pracy i sprawy.

Czyli jest pan opozycją?
Nie postrzegam siebie jako opozycji, ale też nie ukrywam, że w ostatnich latach, szczególnie po tym, kiedy przestałem być wicepremierem, były sprawy i sytuacje, które mnie i premiera różniły. Rozumiem, że ktoś, kto jest szefem partii i wygrywa wybory, może pewne sprawy prowadzić w sposób, jaki uważa za słuszny. Skład rządu i moja w nim nieobecność z tego właśnie wynika. Tak to przynajmniej rozumiem.

Mówiono jednak: weźmie Schetynę do rządu, żeby go mieć pod kontrolą.
Jedni mówią – rezerwa kadrowa, inni – zesłanie, a jeszcze inni – że jestem w Sulejówku, a ja uważam, że najważniejsze jest to, że jesteśmy z premierem w dalszym ciągu blisko. Razem przechodziliśmy ten ostatni etap rozmów o tworzeniu rządu, wiele rozmawialiśmy, wiele sobie wyjaśniliśmy.

Jarosław Gowin był czyim pomysłem?
To autorski rząd Donalda Tuska.

To dobry pomysł?
Na pewno była to trudna decyzja. Krzysztof Kwiatkowski był bardzo dobrym ministrem. On zastał to ministerstwo w bardzo skomplikowanej sytuacji i dużo dobrego zrobił, z emocją, z zaangażowaniem. Jest politykiem z przyszłością, którego bardzo cenię i szanuję.

Długo trwało, zanim zaczęliście z premierem rozmawiać. Warto było iść na to śniadanie do prezydenta tuż po wyborach?
Prezydentowi się nie odmawia, a na to śniadanie byliśmy umówieni dużo wcześniej i nie było ono polityczne. Generalnie w tym wszystkim jest za dużo domysłów, spekulacji, nadinterpretacji, choć nie mam pretensji, bo wiem, w jakim otoczeniu politycznym i medialnym działamy. Jednak sprawa jest w gruncie rzeczy prosta: Tusk jest szefem partii, wygrał wybory i chce stworzyć swój gabinet. Będę wspierał rząd od pierwszego do ostatniego dnia i bez znaczenia jest to, czy będę w Sejmie, czy kiedyś znajdę się w rządzie. Taka jest moja odpowiedzialność.

Próbuje mi pan powiedzieć, że w Platformie nie ma frakcji?
Oczywiście, że grupy określane, moim zdaniem mocno na wyrost, jako frakcje istnieją. Są ludzie, którzy lepiej lub gorzej współpracują ze sobą, ale to nie rozrywa partii. Tym różnimy się od PiS, że potrafimy się jednak porozumieć, rozmawiać ze sobą. Jest taki medialny, dość powierzchowny opis sytuacji – Ewa Kopacz, lojalna wobec Tuska, marszałkiem Sejmu, Rafał Grupiński, człowiek Schetyny, szefem klubu, Cezary Grabarczyk, szef tzw. spółdzielni, wicemarszałkiem. Każda frakcja niby usatysfakcjonowana. Ale moim zdaniem z takiego widzenia polityki nie wynika praktycznie nic. Wszyscy ze sobą współpracujemy, bo w końcu Platforma jest dla nas najważniejsza, jest pierwszą partią, która swoją siłę buduje również na różnicach zdań, otwartej, wewnętrznej dyskusji.

Boi się pan Tuska, wielu się boi. Boi się pan powiedzieć – Donald, mylisz się.
Nie, nie boję się. Jednak nasze relacje oparte są na dwudziestu wspólnie przeżytych w polityce latach, często bardzo trudnych, i zawsze mówiliśmy sobie prosto w oczy nawet najtrudniejsze rzeczy.

Ten rząd jest lepszy od poprzedniego? Premier powiedział: „zderzaki”. Dobrze powiedział?
Jeżeli tak powiedział, to wie, co mówi. Idzie bardzo trudny czas.

Ludziom bardziej podoba się to, co mówi Palikot? Jest bardziej porywający?
Palikot wygłosił coś w rodzaju exposé. To nie było odniesienie się do tego, co powiedział premier Tusk. Pokazał, że będzie trudnym przeciwnikiem, bo trudno polemizować z liberalnym populizmem, z tym, czego tak miło i przyjemnie się słucha, a zdecydowanie trudniej jest zrobić. Jego pomysł na Polskę musiałby się przerodzić w konkrety, w projekty ustaw, a tych nie ma. To jest na razie polityczny pic, sztuczna aura, opakowanie, a w środku nic, pustka.

A Jarosław Kaczyński, czy to już jego koniec?
Jego sejmowe wystąpienie oceniam jako archaiczne. Słuchając prezesa Kaczyńskiego, miałem wrażenie, jakbym słyszał echo dawnych lat. Od 2007 r. wiele się w Polsce zmieniło. Nie można mówić o repolonizacji banków, bo to nic nie znaczy w sytuacji, gdy trzeba dbać o bezpieczeństwo oszczędności Polaków i całego systemu bankowego. W ogóle miałem wrażenie, że opozycja wciąż jeszcze tkwi w kampanii wyborczej i nie jest w stanie odnieść się do tego, co jest tu i teraz, co będzie za rok czy dwa.

Bo opozycyjna scena polityczna zachwiała się i to mocno.
To prawda, mamy opozycję, która będzie walczyć między sobą, ale też zapewne o to, kto bardziej będzie pretendował do tego rządu. Bo mam takie wrażenie, że poza PiS wszyscy chętnie by się do tego rządu zapisali.

Czy Solidarna Polska to jest już rozłam w PiS, czy ledwie odprysk, z którego niewiele zostanie?
Solidarną Polskę tworzą bardzo twardzi zawodnicy, to jest sama esencja, radykalne, wyraziste, momentami wręcz fanatyczne jądro PiS. Czasem myślę, że to jest właśnie prawdziwe PiS i dla Kaczyńskiego mogą być przez to bardzo trudnym orzechem do zgryzienia. Mają dużo czasu i bardzo dużo determinacji, na dodatek czują się skrzywdzeni, a w ich środowisku to może być siłą napędową. Ich pozycję może dodatkowo ugruntowywać liberalny populizm Palikota. Kaczyński jest więc w trudnej sytuacji, bo on już tylko broni swojego terytorium, nie ma siły na ofensywę pozwalającą na wygranie wyborów.

A kto wygra wyścig Palikot–Miller?
Bezwzględnie Palikot. Uważam, że dziś przyszłość ma lewica populistyczna i liberalna z dużą domieszką demagogii. SLD ma w dodatku poważny konflikt wewnętrzny, z którym nie potrafi sobie poradzić. Tak to już jest – im mniejsza partia, tym większy konflikt, większe emocje.

Przewiduje pan taki scenariusz, że będzie to kadencja zmieniających się koalicji i kilku rządów, choć może z tym samym premierem?
Nie chciałbym tego, bo uważam, że trzeba chronić to, co udało się zbudować, czyli koalicję z PSL. Ona przeszła, także na poziomie sejmików wojewódzkich, przez bardzo wiele trudnych etapów i okazała się trwała. Polska polityka musi wreszcie nauczyć się chronić to, co trwałe, bo mamy mało rzeczy stabilnych. Czasem słyszę, że możemy szukać różnych koalicji dla różnych spraw. Otóż w polityce nie ma nic za darmo, nikt nas nie poprze dla idei. Dlatego uważam, że tak ważne jest, aby dla najważniejszych spraw wystarczyła koalicja z PSL, chociaż wiem, że najtrudniejsze będą wszystkie kwestie dotyczące rolnictwa.

Chciałby pan zostać przewodniczącym Platformy po Tusku?
W Platformie nie ma dyskusji o przywództwie, nie zajmuję się dzisiaj tym, co będzie za trzy lata. Nie muszę być przewodniczącym partii, aby się realizować.

Nikt w to nie wierzy, a pan sam mówi, że lubi pan wygrywać.
Ale zespołowo. Polską politykę zawsze gubiły indywidualne ambicje, zrozumiałem to już dawno. Nieposkromione ambicje zawsze zabijają tych, którzy je mają. Nie wiem, jak będzie wyglądać przyszłość. Gdyby ktoś mi pięć lat temu powiedział, że będę wicepremierem, marszałkiem Sejmu, a nawet pełniącym obowiązki prezydenta, nigdy bym nie uwierzył. Ale gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że będę przewodniczącym komisji spraw zagranicznym, zapewne też bym nie uwierzył.

rozmawiała Janina Paradowska

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną