Kraj

Kruche szkło

In vitro - najważniejsze dylematy

Przed nami pojawi się jeszcze wiele kwestii z pogranicza prawa i bioetyki. Choćby pytanie, co z mrożonymi zarodkami po śmierci niedoszłych rodziców. Przed nami pojawi się jeszcze wiele kwestii z pogranicza prawa i bioetyki. Choćby pytanie, co z mrożonymi zarodkami po śmierci niedoszłych rodziców. BEW
Ustawa o in vitro musi powstać. Inaczej jeszcze wiosną czekają Polskę kary za łamanie prawa unijnego. Debata znów się rozgrzeje, padną dziesiątki pytań. Tylko czy te, które naprawdę należy zadać?
Z badań, przeprowadzonych m.in. w Kalifornii, wynika, że nie ma żadnych statystycznych różnic zdrowotnych między dziećmi urodzonymi z zamrożonych zarodków i tymi z in vitro, ale bez mrożenia.lunar caustic/Flickr CC by SA Z badań, przeprowadzonych m.in. w Kalifornii, wynika, że nie ma żadnych statystycznych różnic zdrowotnych między dziećmi urodzonymi z zamrożonych zarodków i tymi z in vitro, ale bez mrożenia.
Problem z płodnością, wymagający interwencji medycznej, ma dziś więcej niż co siódma para, a za 10 lat – jak się przewiduje – będzie go miała więcej niż co trzecia.The Wandering Angel/Flickr CC by 2.0 Problem z płodnością, wymagający interwencji medycznej, ma dziś więcej niż co siódma para, a za 10 lat – jak się przewiduje – będzie go miała więcej niż co trzecia.

Co dwusetne dziecko w Polsce przychodzi na świat dzięki in vitro. Najstarsze ma już 24 lata i ma się dobrze. Ta gałąź medycyny rozwijała się dotychczas jak żadna w Polsce. Pierwsze polskie dziecko, które przyszło na świat dzięki in vitro, urodziło się w 1987 r. w klinice w Białymstoku. W połowie lat 90., w piwnicy budynku wielorodzinnego, powstała pierwsza klinika prywatna. Dziś takich placówek jest już w Polsce prawie 70, w tym trzy państwowe, ale działające komercyjnie.

Prywatne kliniki i centra zapewniają pacjentom dobry standard europejski, począwszy od jakości mebli i tapet na ścianach po – statystycznie – dobre efekty leczenia.

Przed sześcioma laty powstało Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu, zrzeszające medyków tej specjalności. Przed dwoma – wydało szczegółowe, zajmujące ponad 100 stron, wytyczne – kiedy, kogo i jak leczyć, żeby to miało sens. Kliniki nie muszą się do nich stosować.

Leczenie tą metodą jest coraz bardziej oszczędne dla organizmów pacjentów (mniej inwazyjna stymulacja hormonalna), procedury coraz precyzyjniejsze. Przybywa badań naukowych o in vitro, z których przede wszystkim jasno wynika, że różnic pomiędzy dziećmi z in vitro a innymi brak.

Problem z płodnością, wymagający interwencji medycznej, ma dziś więcej niż co siódma para, a za 10 lat – jak się przewiduje – będzie go miała więcej niż co trzecia. W połowie przypadków in vitro jest jedyną dostępną metodą, dającą realną szansę na ciążę.

Mimo że Polska jest jednym z trzech krajów w Europie, w którym nie finansuje się choćby częściowo in vitro, ludzie jakoś sobie radzą, zbierając pieniądze po rodzinie, finansując leczenie z kredytów. Według Światowej Organizacji Zdrowia problemy z płodnością są trzecią z chorób najbardziej obciążających psychicznie, ale pierwszą, gdy idzie o motywację do leczenia. Po prostu ostatnią koszulę się na to oddaje.

Jednocześnie jednak atmosfera wokół in vitro z roku na rok się zagęszcza. Realia jeszcze sprzed ośmiu lat: siostra katechetka spytała na lekcji religii starszego syna pani Ż. o intencję, w której wspólnie z klasą mieliby się modlić. Wypalił wówczas: żeby mamie udało się in vitro. Siostra odniosła się do intencji z pełnym zrozumieniem, klasa modlitwę odbyła. In vitro się udało.

Mały kończył 6 lat, gdy ówczesny sekretarz generalny episkopatu abp Tadeusz Pieronek, uważany za przedstawiciela liberalnego skrzydła polskiego Kościoła, ogłosił, że dzieci z in vitro to Frankensteiny. Na forach stowarzyszenia Nasz Bocian czy forum Towarzystwa Medycyny Rozrodu dyskutuje się dziś w takiej właśnie formule retorycznej: że in vitro to morderstwo na masową skalę, cywilizacja śmierci, podłość, niegodziwość.

Taki ton powoduje, że nie da się o tym rozmawiać rozsądnie, na odpowiednim poziomie wiedzy medycznej. W efekcie in vitro stało się tabu również dla zwolenników tej metody. Trudno zgłaszać jakiekolwiek wątpliwości natury medycznej, prawnej czy finansowej bez obawy, że wyleje się – nomen omen – dziecko z kąpielą. Ważne pytania, które powinny paść w dyskusji o in vitro, nie mają szans się przebić przez ideologiczną watę.

Tymczasem sami lekarze stają dziś wobec dylematu: co i jak mówić ludziom o in vitro? Bo z powodu wskazań medycznych niektórych pacjentów trzeba do tej metody zniechęcić. A potencjalni rodzice są szczególnie trudno zniechęcalni.

Co może grozić matce

Każda ciąża, także ta naturalna, niesie ze sobą element ryzyka, które rośnie, gdy matka jest trochę starsza. A in vitro zwykle poprzedza parę lat prób zajścia w ciążę, więc potencjalna matka jest już najczęściej bliżej czterdziestki niż trzydziestki. Zazwyczaj pacjentka ma też jakiś dodatkowy problem medyczny – mięśniaki, guzy. Jedno ryzyko dodaje się do drugiego.

Tam gdzie niejeden lekarz odniósł sukces, innemu się nie udaje. Jak ostatnio w Warszawie. Pacjentka, lat 35, zmarła tuż po procedurze, bo guz na macicy znowotworzał. Nie ma naukowych, wiarygodnych dowodów potwierdzających związek między stymulacją hormonalną do in vitro a nowotworzeniem guzów. Są jednak dobre praktyki – podejrzaną zmianę należy najpierw wyciąć, wyleczyć, potem implantować zarodek. A zegar tyka. Dwa lata poświęcone na zajęcie się pacjentką i jej guzem to być albo nie być ciąży. Pacjentka nie chce czekać. Lekarz chce, by się udało.

Co więcej, niektórzy pacjenci, zmęczeni nagonką na in vitro, mają skłonność, by wszystko, co złego usłyszą o in vitro, podzielić przez pięć, składając na karb ideologii. O doktorze X., znanym w środowisku z tego, że jako jeden z nielicznych w Polsce szczerze odradza niektórym parom in vitro, czasem piszą na forach: „się skatoliczył”. Choć doktor powołał już do życia metodą in vitro parę tysięcy dzieci.

A jeśli jeden odradza, zawsze znajdzie się kolejny, który zaryzykuje. Bo ambicja, bo brak doświadczeń, zwłaszcza złych. W grę wchodzą prawa rynku. Większość dawnych miast wojewódzkich ma już jedną bądź więcej prywatnych przychodni, Warszawa ma ich siedem. Na polskich portalach ogłaszają się też kliniki zagraniczne – Hamburg, Berlin, Brno, Londyn, lekarze polskojęzyczni. Medycyna walczy o klienta.

Co może grozić dziecku

Kolejnym tabu są powikłania, jakie mogą dotknąć dziecko. W światowej medycynie in vitro najwięcej uwagi poświęca się powikłaniu w postaci ciąży mnogiej. Która jest kilkukrotnie bardziej obarczona ryzykiem przedwczesnego porodu. Wcześniak, urodzony miesiąc przed terminem, może być niepełnosprawny – ryzyko sięga kilku procent. Dzieci urodzone w 23 tygodniu ciąży mają jedynie 3–17 proc. szans na przeżycie; szansa, że unikną poważnej niepełnosprawności, jest zaledwie połowiczna.

Najnowsze światowe zalecenia są proste: implantować jeden zarodek, resztę zamrażając. Z badań, przeprowadzonych m.in. w Kalifornii, wynika, że nie ma żadnych statystycznych różnic zdrowotnych między dziećmi urodzonymi z zamrożonych zarodków i tymi z in vitro, ale bez mrożenia. Pozostałe zamrożone zarodki podaje się ewentualnie w kolejnych transferach. Co wydłuża całą procedurę i trochę ją podraża, ale na pewno czyni bezpieczniejszą dla matki i dziecka.

Jednak polscy rodzice, ściśnięci za gardło finansowo, niechętnie godzą się na to podrażanie. – Zwykle uśmiechają się, słysząc o powikłaniu w postaci ciąży mnogiej, i trudno ich przekonać, że ciąża wieloraka to realne ryzyko – opowiada dr Jan Domitrz z Białegostoku, zajmujący się in vitro od początku istnienia tej formuły w Polsce.

U nas jakby nikt nie chciał zrozumieć tej zależności – między ciążą mnogą a ryzykiem dla dziecka. Polacy są za in vitro, ale – w imię rzekomego moralnego kompromisu – chcą jak ognia unikać mrożenia. Połowa posłów Platformy podpisała się pod projektem ustawy o in vitro ówczesnego posła Jarosława Gowina, zakładającym zakaz mrożenia zarodków, podobnie zresztą jak zakaz ich niszczenia. Wszystko, co uda się zapłodnić – do brzucha.

Upaństwowić in vitro?

Kolejnym stabuizowanym problemem jest kwestia finansowania in vitro. – Pacjenci nauczyli się już, że medycyna może wszystko – tłumaczy doktor Jan Domitrz. – Że na każdy stan, chorobę, na każdy problem istnieje magiczny lek. Oraz że należy im się leczenie w najwyższym standardzie, co w ich rozumieniu oznacza najnowszą metodę z użyciem jak największej liczby badań, a nie leczenie według najnowszej wiedzy, tak jak ja to rozumiem.

Taką strategię mają dziś kliniki kombinaty. Odpowiadają na popyt. Wręcz zasypują pacjentów zleceniami badań, do wykonania jedynie u siebie, na miejscu, drożej niż „na mieście”. Argumentują, że to z korzyścią dla pacjenta; zresztą statystyki udanych zabiegów im rosną. Kliniki mniejsze szukają sposobu, by z niewielkich kawałków tortu, jakie mogą dla siebie wykroić, możliwie najwięcej skorzystać.

Ale skala przemysłowa plus pośpiech zawsze zwiększają ryzyko błędu. Jak ostatnio w Warszawie: badania genetyczne przebiegającej prawidłowo ciąży z in vitro wypadły źle. Ciążę, uzyskaną po wielu latach starań, usunięto. Potem okazało się, że pomylono badania. Albo ta historia: mimo trwającego rok leczenia nie zauważono u pacjentki nowotworu. Gdy wdrożono leczenie, było już za późno, by uratować macicę.

– W naszym środowisku żartuje się, że w Stanach Zjednoczonych cała medyczna rzeczywistość opiera się na trójkącie: lekarz, ubezpieczyciel, prokurator – mówi dr Domitrz. – Tam lekarz stara się tak leczyć, by maksymalizować zyski od ubezpieczyciela i minimalizować wydatki na pacjenta, pamiętając jednak, że jeśli posunie się o krok za daleko, wkroczy prokurator.

W Europie teoretycznie kliniki są pod jeszcze ostrzejszą obserwacją. Na przykład istnieje European Society of Human Reproduction and Embrology, organizacja corocznie zbierająca od klinik raporty dotyczące bezpieczeństwa procedur i odsetka błędów. Część polskich klinik raportuje – raczej o sukcesach. Ale nie muszą. Wciąż nie ma ustawy, która nakazywałaby im takie postępowanie.

Część naszego środowiska lekarzy in vitro jest zdania, że antidotum na powyższe problemy byłoby opłacanie leczenia z budżetu. Odpowiadają im jednak zaraz inni koledzy, że to wykluczy jedne, ale wygeneruje nowe problemy. W krajach, gdzie in vitro robi się jedynie w publicznych szpitalach za publiczne pieniądze, statystyki skuteczności są dużo gorsze niż w Polsce. Może dlatego, spekuluje część medyków, że szpitalom opłaca się czasem procedury nie dokończyć, licząc na większe wpływy z funduszu płacącego za każdy element leczenia. Pacjentka w ciąży jest pacjentką straconą.

Jakie dylematy prawne dopiero się pojawią

Przed nami pojawi jeszcze wiele kwestii z pogranicza prawa i bioetyki. Choćby pytanie, co z mrożonymi zarodkami po śmierci niedoszłych rodziców? Pytanie o dawstwo komórek rozrodczych – ile ich można przekazać innym osobom, aby zminimalizować ryzyko, że dwoje biologicznych dzieci tej samej osoby spotka się i zostanie parą. (Inna rzecz, że podobieństwo genetyczne może się zdarzyć także pomiędzy obcymi osobami. Na takich właśnie podobieństwach bazują firmy zajmujące się poszukiwaniem dawców do przeszczepu szpików). Albo też taka, z życia wzięta kwestia: do którego momentu dawca materiału genetycznego ma prawo wycofać swoją zgodę na powołanie na świat dziecka? Była taka sprawa przed Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu. Brytyjka Natalie Evans skarżyła swoje państwo. Embrion powstał z połączenia gamet jej i partnera, i został zamrożony. Potem pacjentka zachorowała, tracąc komórki jajowe i szanse na płodność. Związek się rozpadł, partner wycofał zgodę na zaimplantowanie zamrożonego już zarodka w jej macicy. Zarodek zniszczono. Pacjentka w Strasburgu przegrała.

Zgodnie z dyrektywą Parlamentu Europejskiego z marca 2004 r. Polska zobowiązana jest do ustalenia norm jakości i bezpiecznego oddawania, pobierania, testowania, przetwarzania, konserwowania, przechowywania i dystrybucji tkanek i komórek ludzkich. W skrócie – państwo samo może zdecydować, jakie przepisy wprowadzi, ale jakieś musi. W maju 2012 r. mija termin, w którym powinniśmy wykonać dyrektywę.

Znów więc padną pytania. Zapewne jednak nie te, które powinny – jeśli punkt ciężkości dyskusji, wznowionej w najbliższych tygodniach, pozostanie, gdzie jest. A jak dotąd wciąż dotyczy rozważań, czy powstanie człowieka na szkle, a nie z zetknięcia pochwy z penisem, obraża jego godność; czy dzieci z in vitro są podobne do innych; czy człowiek musi zapewnić każdemu zarodkowi prawo do narodzin (sama natura nie jest w tych kwestiach szczodra, ciążą kończy się ledwie 20 proc. naturalnych zapłodnień).

Katoliccy lekarze zdumiewająco przywiązali się w Polsce do tzw. naprotechnologii – wołają, że jest alternatywą dla in vitro. Na forach internetowych przeczytać można o rewelacyjnej, sięgającej 80 proc. skuteczności tej metody. Wyniki jedynych, oficjalnie zweryfikowanych badań, prowadzonych w Irlandii, ten optymizm studzą. Szansa na ciążę sięga 20 proc. Naprotechnologia jest w gruncie rzeczy tym, co większość lekarzy i tak robi bądź robić powinna, jeśli tylko jest czas. Monitorowanie cyklu, gdy jest nieregularny, by precyzyjnie wyznaczyć moment owulacji. Badanie poziomu hormonów. Praca psychologiczna. Praktyki sensowne, ale kompletnie nieprzydatne w sytuacjach, gdy niemożność zapłodnienia wynika z jakości nasienia czy zrostów na jajowodach.

A co do poglądu Boga, nie wydaje on się w tej sprawie jednoznaczny. Z badań koreańskich wynika, że żarliwa modlitwa wpływa zauważalnie na zwiększenie szansy udanego in vitro.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak Jarosław Kaczyński zbudował sobie sektę?

Dlaczego tak wiele osób tak bardzo wierzy w talenty, umiejętności, wiedzę, siłę moralną i osobiste przymioty, słowem – w nadzwyczajność Jarosława Kaczyńskiego?

Ewa Wilk
05.04.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną