WYWIAD: Michał Kamiński, dawny spin doktor PiS

Z oddali lepiej widać
Michał Kamiński, eurodeputowany, opowiada Janinie Paradowskiej o psuciu polskiej polityki, końcu PO i Jarosławie Kaczyńskim – przywódcy podziemia.
Za kulisami ten polityk czuje się najlepiej.
Bartosz Frydrych/Forum

Za kulisami ten polityk czuje się najlepiej.

Michał Kamiński może pozwolić sobie na bycie politycznym outsiderem. Mandat europosła wygasa mu dopiero w 2014 roku.
Leszek Zych/Polityka

Michał Kamiński może pozwolić sobie na bycie politycznym outsiderem. Mandat europosła wygasa mu dopiero w 2014 roku.

Kamiński na politycznym szczycie - jako minister w kancelarii prezydenta Kaczyńskiego.
Adam Chełstowski/Forum

Kamiński na politycznym szczycie - jako minister w kancelarii prezydenta Kaczyńskiego.

Janina Paradowska: – Czuje się pan jeszcze politykiem czy już tylko byłym politykiem?
Michał Kamiński: – Jestem w Parlamencie Europejskim, a to funkcja polityczna, jestem członkiem PJN, ale oczywiście nie na pierwszej linii. Także dlatego, że bardzo trudno jest mi się odnaleźć w grze politycznej, jaka się w Polsce odbywa.

Dlaczego trudno się odnaleźć, przeliczył się pan?
Polska polityka jest trochę „nie na temat”. Bardzo trudno ustosunkowywać mi się do sporów w istocie drugorzędnych, np. czy Kaczyński ma stanąć przed Trybunałem Stanu. Złe emocje ogarniające politykę są niepotrzebne, bazują na cynizmie i oddalają nas od rzeczywistej debaty. Elementy takiej debaty oczywiście pojawiają się, na przykład reforma emerytalna. Ale zasadniczym wyzwaniem jest wykorzystanie szansy geopolitycznej i ekonomicznej, jaką stworzyło członkostwo w NATO i udział w UE, czy pewna unikalna w dziejach Polski konfiguracja dająca możliwość rozwoju.

Brzmi dobrze, ale przecież to pan jest jednym ze współautorów tej polityki „nie na temat”. Ma pan tu spore zasługi.
Trzeba uczciwie powiedzieć, byłem spin doktorem, choć akurat nie lubię tego określenia. Z całą pewnością wraz z Adamem Bielanem wprowadziliśmy inny, bardziej nowoczesny styl kampanii wyborczych. Nasza kampania z 2005 r. była pierwszą w pełni nowoczesną kampanią i muszę się poczuwać do winy za to, że koncentrując się na ściśle propagandowym aspekcie polityki, w jakimś sensie nie zwróciłem uwagi, jak wiele innych spraw mi uciekło. Wyciągając więc wnioski z własnych błędów, chociaż nie były one tylko moje, zaproponowałem w kampanii prezydenckiej Jarosława Kaczyńskiego słowa o zakończeniu wojny polskiej-polskiej. Napisałem nową strategię, postulującą przesunięcie PiS bardziej do centrum, gdyż uznałem, że tam powinno być miejsce dobre dla tej partii, dla polskiej polityki. Wypada mi podziękować Joannie Kluzik-Rostkowskiej, że mnie do tego zmusiła, bo ten dokument jest na piśmie, wcześniej różne strategiczne kwestie uzgadniało się tylko w rozmowach. Uważałem, że po strasznej tragedii smoleńskiej – a to była straszna tragedia, i traktując ją dziś jako maczugę do bicia premiera Tuska czy snując teorie spiskowe, tylko pomniejszamy jej wagę – trzeba głębokiej zmiany. I powinna ona polegać na refleksji właśnie nad sposobem uprawiania polityki.

Jeżeli ta refleksja ma polegać na tym, aby Lecha Kaczyńskiego pochować na Wawelu, to zbudował pan nowy podział, a nie wspólną refleksję.
Będę bronił tej decyzji, w której rzeczywiście miałem udział. Wtedy nawet ci, którzy byli przeciwni, do czego mieli prawo, w końcu tę decyzję jakoś zaakceptowali i jeżeli dziś coś mocno dzieli, to nie pochówek na Wawelu, ale to, co ze spuścizną prezydenta Kaczyńskiego zrobił obóz jego brata. Tamta atmosfera, te 800 tys. ludzi, którzy wówczas witali trumnę, było właśnie szansą zakończenia sporów. I taka właśnie była kampania Jarosława Kaczyńskiego, która przyniosła mu największy dotychczas sukces.

Zbudowany jednak na fałszu czy oszustwie, bo Kaczyński się nie zmienił, to wy sprzedawaliście pozór, że się zmienił.
Ja uwierzyłem. Może dlatego, że widziałem więcej niż inni, widziałem przede wszystkim ten potężny wstrząs, jaki on przeszedł po śmierci brata. Do dziś nie mogę myśleć o tym spokojnie. Wierzyłem, że zdając sobie sprawę także z niesprawiedliwości, jakie za życia spotykały jego brata, bo one były faktem, jest jednak gotów wyciągnąć jakieś pozytywne wnioski.

Nie widział pan wyłącznie chęci zemsty?
W sensie politycznym i moralnym wyobrażałem sobie, że to, co można zrobić najlepszego dla pamięci Lecha Kaczyńskiego, to umieszczenie go w panteonie narodowym. Najgorszą zaś rzeczą było uczynienie z niego bardzo wąsko pojmowanego symbolu politycznej wojny, co się właśnie stało. W panteonie nie umieszcza się ludzi, których wykorzystuje się wyłącznie partyjnie. Myślę zresztą, że gdy te wszystkie emocje przygasną, obecność Lecha Kaczyńskiego w tym panteonie będzie czymś naturalnym, choć emocje i podziały polityczne trwają długo, by wspomnieć antagonizmy zwolenników Piłsudskiego i Dmowskiego.

Naprawdę uważałem, że kampania wyborcza Kaczyńskiego jest szansą na zasypanie rowu nienawiści w polskiej polityce, który uniemożliwia jakiekolwiek myślenie kategoriami interesu państwa. U nas ten podział jest tak głęboki, nienawiść biegnie często poprzez rodziny, znam rodziny i przyjaciół, którzy wspólnie nie mogą obchodzić świąt, bo ktoś ma ciotkę „pisówkę” albo wujka „platformersa”. Tego wcześniej nie było.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną