Lech Wałęsa o swoim życiu rodzinnym i książce żony

Kupię jej ten kwiatek
- Uważałem, że jestem u niej na pierwszym miejscu, ona jest też na pierwszym u mnie, a teraz na pierwszym miejscu u niej znalazły się inne sprawy. Teraz ona wychodzi poza dom i nic mi się już nie zgadza - mówi Lech Wałęsa o swoim małżeństwie po opublikowaniu książki żony.
„Mówię tylko, że gdybym od początku chciał mieć żonę samodzielną, prowadzącą swoje zupełnie inne życie, to ożeniłbym się z inną kobietą”.
Leszek Zych/Polityka

„Mówię tylko, że gdybym od początku chciał mieć żonę samodzielną, prowadzącą swoje zupełnie inne życie, to ożeniłbym się z inną kobietą”.

„To mleko się już wylało. Na pewno w wielu kwestiach będziemy inni, może ostrożniejsi, kupię ten kwiatek, ale to wszystko będzie jednak pod pewnym przymusem, a nie spontaniczne”.
Leszek Zych/Polityka

„To mleko się już wylało. Na pewno w wielu kwestiach będziemy inni, może ostrożniejsi, kupię ten kwiatek, ale to wszystko będzie jednak pod pewnym przymusem, a nie spontaniczne”.

„To nie jest kwestia zazdrości, że jej książka i ona sama robią karierę, że ona się usamodzielniła. Ja nie potrafię rozstać się z tą swoją filozofią, kim ma być żona”.
Leszek Zych/Polityka

„To nie jest kwestia zazdrości, że jej książka i ona sama robią karierę, że ona się usamodzielniła. Ja nie potrafię rozstać się z tą swoją filozofią, kim ma być żona”.

„Rzadko wchodzimy na tematy z książki, bo tu nie może być porozumienia. Ona uważa, że ona ma rację, a ja uważam, że to ja mam rację”.
Leszek Zych/Polityka

„Rzadko wchodzimy na tematy z książki, bo tu nie może być porozumienia. Ona uważa, że ona ma rację, a ja uważam, że to ja mam rację”.

Janina Paradowska: – Panie prezydencie, przeczytał pan książkę swojej żony „Marzenia i tajemnice” czy też zna ją pan tylko we fragmentach?
Lech Wałęsa: – Przeczytałem i niechętnie o niej rozmawiam, właściwie nie rozmawiam, zrobiłem teraz wyjątek i też nie wiem, co będzie. Kiedy wychodziłem z domu, powiedziałem żonie, że umówiłem się z panią, a ona: ale nie rozmawiajcie o książce.

Pan mi obiecał tę rozmowę.
Obiecałem i rozmawiamy. W tej książce właściwie wszystko jest prawie całą prawdą, ewentualne niedoróbki można zapisać na konto niepamięci, ale nie każda prawda jest wychowawcza. Czasami trzeba potrafić ugryźć się w język.

Kiedy pana żona powinna była ugryźć się w język?
W różnych miejscach, kiedy pisała o księdzu Jankowskim, o biskupach. Zbyt łatwo podsumowuje niektórych ludzi. Choćby ten wyjazd po Nagrodę Nobla, że postawiłem ją przed faktem dokonanym, nie zapytałem, czy chce jechać.

Czy nie należało zapytać: wystawiam cię na ciężką próbę, sprostasz?
Sam nie mogłem wyjechać, mogli mi przecież nie pozwolić wrócić. Były jednak świetne działaczki Solidarności, byli działacze na emigracji, to była wprawdzie nagroda osobiście dla mnie, ale głównie za Solidarność i dla Solidarności, i ktoś z nich mógł odebrać nagrodę, reprezentować. Postanowiłem, że pojedzie żona, właśnie dlatego, że jest tak ważna, a teraz różne osoby mogą podejrzewać, że ja coś chciałem ukryć, posyłając właśnie ją, może coś z pieniędzmi, że robię z tego Nobla jakąś prywatę.

Przesadza pan, panie prezydencie.
Ludzie są różni i różne rzeczy już mnie w życiu spotykały, nawet kiedy pomagałem z dobrej woli, bo widziałem taką potrzebę, kiedy przekazywałem na związek własne pieniądze. Dziś wiele spraw może wrócić.

Czy pan mi chce powiedzieć, że ta książka mogła zmienić stosunek do pana ludzi, na których panu zależy, przyjaciół, że może obudzić wrogów?
Na razie nikt różnych wątków nie zauważa, ale ja zauważam. Dlatego dziś jestem w takim miejscu, w jakim jestem, że wcześniej niż inni wiele zauważałem, przewidywałem.

Czy w ogóle po ukazaniu się książki ktoś z dawnych przyjaciół, kolegów zgłosił się do pana z pretensjami, że został źle opisany, niesprawiedliwie?
Gdyby książka ukazała się w innym momencie, kiedy mocniej grały emocje, mógłbym mieć spore kłopoty, dziś wiele tych emocji już wygasło. Ale na pewno w ludziach obudziły się różne wspomnienia, ta książka musi mieć też wpływ na mój wizerunek, zapewne są tacy, którzy mają prawo mieć żal. Podam pani jeden przykład, miałem bardzo dobrego znajomego, przyjaciela, który ogromnie wiele dla mnie zrobił, a w książce pokazany jest w jednym epizodzie, kiedy podczas przyjęcia ogrodowego poszedł do WC, drzwi się zacięły, on w nie walił, aby go uwolnić. I tak już pozostanie. Wiem, że w takiej książce, żeby się dobrze sprzedała, potrzebne są smaczki, pikantne anegdoty, ale jednak powinna być dla ludzi sprawiedliwa. Będą też tacy czytelnicy, którzy uznają, że byłem bardzo niedobrym mężem, bo ludzie na ogół dość prosto patrzą na skomplikowane sprawy. A moje życie było skomplikowane, rodzina, praca, walka. Jak tu ważyć proporcje?

Tamte emocje wygasły i, jak mi się wydaje, dziś pan zmaga się przede wszystkim z własnym życiem rodzinnym, problemami, jakie ono niosło, które się teraz ujawniły. W jakich jeszcze sprawach, już niekoniecznie politycznych, związkowych, uważa pan, że żona powinna była ugryźć się w język?
Mówi, że nawet kwiatka jej nie przyniosłem, że zawsze była krok z tyłu, za mną. Proszę pani, trzeba umieć się umiejscowić w czasie i przestrzeni. Zrozumieć, że to nie była niechęć, niedbalstwo, niedobry mąż, który nie zwracał na takie rzeczy uwagi, a z książki takie wnioski można wyciągać. To były czasy, kiedy momentami nie wiedziałem, jak się nazywam, i jeszcze miałem myśleć o kwiatku? Przynosiłem całe naręcza, wielkie wiązanki kwiatów i ten jeden dodatkowo? Jedna róża ode mnie? Czy to w ogóle byłoby zauważone?

Były sytuacje, gdy nie było wielkich wiązanek. Żona pisze, że urodziła drugiego syna i nie dostała kwiatka, podobnie jak przy pierwszym.
Chyba to nieprawda, tu akurat bym się sprzeczał. Na początku, kiedy jeszcze nie byłem tak zaangażowany w politykę, byłem dobrym mężem i wtedy o kwiatku bym nie zapomniał.

Żona przyznaje, że to był najlepszy okres waszego małżeństwa, właściwie wymarzone życie, ale cofnijmy się mocno w czasie. Mamy ten październik 1968 r., przechodzi pan koło kiosku z kwiatami, rozmienia pan pieniądze i co pana fascynuje w tej kwiaciarce?
Miałem już wtedy blisko 26 lat i normalnie oglądałem się za dziewczynami, ale to nie była jakaś miłość od pierwszego wejrzenia. Te pierwsze spojrzenia nie były jakoś specjalnie poważne, wtedy myślało się, żeby poderwać, rozerwać się, ale tak to trwało i okazało się, że było to jednak przeznaczenie. Po prostu tak zrządził przypadek, może los, a potem przychodzi przyzwyczajenie, ono staje się coraz większe. Miesiąc wcześniej byłem zresztą w domu i matka powtarzała: przecież jesteś już stary, kiedy ty się wreszcie ożenisz, ułożysz sobie życie? Odpowiadałem, że jeszcze nie czas, a miesiąc później meldowałem, że będziemy brali ślub.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną