Zaskakujące półfinały Ligi Mistrzów

Towarzysze niedoli
Półfinały Ligi Mistrzów pokazały: jest w klubowym futbolu życie, oprócz Realu i Barcelony.

Dobrze, że finał Pucharu Europy nie stanie się kolejną odsłoną świętej wojny Real-Barcelona. Będzie można trochę odpocząć od zawodzeń nad cynicznym królem prowokacji Jose Mourinho, który, jak twierdzi wielu, swoimi manierami i zachowaniami przynosi wstyd cywilizowanej piłce, od opiewania szlachetnego i skromnego Pepa Guardioli, człowieka o manierach angielskiego lorda, wodza najpiękniejszej futbolowej drużyny, jaką świat widział. Nie trzeba będzie wysłuchiwać opinii, czy Leo Messi, czy też Cristiano Ronaldo będzie tym razem górą, opinii sprowadzających ich kolegów z drużyny do ról drugorzędnych.  

Hiszpańscy potentaci polegli od różnej broni. Bayern Monachium wyeliminował Real, bo w obu półfinałowych meczach lepiej grał w piłkę. Przyjechać na Santiago Bernabeu, dać sobie wbić dwa gole w ciągu pierwszego kwadransa (a tym samym wypaść za burtę), nie tracąc jednak ani na moment planu, jak się z kłopotów wydostać, spychać gospodarzy do desperackiej, momentami, obrony, jednym słowem - dominować: to jest dla Bayernu powód do chwały, nawet jeśli awans trzeba było wyszarpać w serii rzutów karnych. Real się tego pokazu siły Bayernu jakby wystraszył, przyczaił, licząc na jeszcze jeden zryw Cristiano Ronaldo. Często bywa, że rzuty karne kreują przypadkowych zwycięzców; kto tak o Bayernie powie, nie zna się na piłce.

Chelsea pokonała Barcelonę destrukcją momentami trudną do strawienia, ale realizowanie takiego pomysłu na grę nie jest karalne, choć wielu piłkarskich pięknoduchów twierdzi, że być powinno. Messi i spółka mogą mieć jednak pretensje przede wszystkim do siebie: za seryjne marnowanie sytuacji oraz za poddanie się, gdy nie szło, frustracji kruszącej sensowne rozwiązania na wyjmowanie cegieł z ustawionego przez Chelsea muru.

Nad sposobem gry londyńczyków można wybrzydzać, ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia: gdyby w takim samym stylu Barcelonę wyeliminował mistrz Polski, głosy nad heroizmem jego piłkarzy by nie cichły. Z punktu widzenia atrakcyjności finału, szkoda jednak, że Bayern nie zagra w nim z Barceloną. Byłaby szansa się dowiedzieć, czy kosa się tępi tylko wtedy, gdy trafia na kamień, czy też może na drugą, nie mniej ostrą, kosę.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną