Kraj

Miny ministra sprawiedliwości

Gowin: sierota po POPiS-ie?

„Dziś o Jarosławie Gowinie coraz częściej mówi się „minister gawędziarz”, zwłaszcza gdy idzie o rozwiązywanie problemów wymiaru sprawiedliwości”. „Dziś o Jarosławie Gowinie coraz częściej mówi się „minister gawędziarz”, zwłaszcza gdy idzie o rozwiązywanie problemów wymiaru sprawiedliwości”. Wojciech Grzędziński / Newspix.pl
Jarosław Gowin to jedyny polityk Platformy, którego tolerują, a nawet cenią wyznawcy PiS. W PO jest jednak postacią coraz bardziej kontrowersyjną.
„Od wtorku do czwartku jest w Warszawie, od piątku do poniedziałku w podróży, przede wszystkim na spotkaniach, które mają mu budować wyborczą pozycję partyjną w Małopolsce”.Tadeusz Późniak/Polityka „Od wtorku do czwartku jest w Warszawie, od piątku do poniedziałku w podróży, przede wszystkim na spotkaniach, które mają mu budować wyborczą pozycję partyjną w Małopolsce”.
„Pytanie, dokąd zmierza Jarosław Gowin, pozostaje otwarte, ale z tygodnia na tydzień coraz ciekawsze i coraz bardziej gorące”.Wojciech Grzędziński/Newspix.pl „Pytanie, dokąd zmierza Jarosław Gowin, pozostaje otwarte, ale z tygodnia na tydzień coraz ciekawsze i coraz bardziej gorące”.

Jarosław Gowin na stanowisku ministra sprawiedliwości to była najbardziej zaskakująca i krytykowana decyzja premiera przy tworzeniu obecnego gabinetu. Nie tylko dlatego, że Gowin nie jest prawnikiem. Od czasu rozdzielenia funkcji ministra i prokuratora generalnego wykształcenie prawnicze nie jest formalnym wymogiem. Nie chodzi nawet o to, że nie znał środowiska wymiaru sprawiedliwości, bo taka znajomość może być obciążeniem, gdyby przyszło przeprowadzać jakieś zasadnicze reformy. Kontrowersyjność Gowina wynikała z demonstracyjnie manifestowanego konserwatyzmu, który przywdział niczym zbroję. Co więcej, zawsze próbował i próbuje nadal czynić z niej atut, jak choćby ostatnio, kiedy to nie spodobała mu się konwencja Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet, zagrażająca podobno tradycyjnemu modelowi rodziny. Takie stanowisko nie zaskakuje. Przeciwnie, znakomicie wpisuje się w ten portret „konserwatywnego mastodonta”. Sam zresztą, nie bez kokieterii, tak się określa. Teraz doszły sprawy zapłodnienia in vitro i kwestia klauzuli sumienia aptekarzy przy sprzedaży niektórych środków antykoncepcyjnych. To już rozgrywają w Sejmie posłowie frakcji Gowina, ale mają w nim mocnego patrona.

Według powszechnej wersji Tusk wziął Gowina do rządu niekoniecznie dla jego „pozytywnej szajby” (jak to ujął premier), która pozwoli na przeprowadzenie trudnego zabiegu otwarcia zawodów czy zreformowanie sądownictwa, ale dlatego, aby wyjąć go z grona ludzi Grzegorza Schetyny i wziąć pod własne skrzydła. Ale Gowin się usamodzielnił i z coraz większym impetem wkracza z sferę partyjnej polityki.

Gawędziarz

Jako minister wystartował zupełnie dobrze. Robił wrażenie otwartego na dialog ze środowiskami prawniczymi. – Wydaje się, że minister przyjął wiele naszych argumentów – mówili adwokaci po spotkaniu z nim. Wspólnie w prof. Andrzejem Zollem przedstawiał projekt zmian w Kodeksie postępowania karnego, obiecując, że prace nad uchwaleniem kodeksów ruszą z miejsca i nie będzie nieustających nowelizacji, bo najważniejsza jest stabilność prawa. Maksimum jedna nowelizacja na rok – deklarował i wytykał swym poprzednikom po 17 nowelizacji rocznie. To były optymistyczne zapowiedzi. Na razie pozostały zapowiedziami.

Dziś o Jarosławie Gowinie coraz częściej mówi się „minister gawędziarz”, zwłaszcza gdy idzie o rozwiązywanie problemów wymiaru sprawiedliwości. W sejmowych komisjach nie ma projektów rządowych, nadzwyczajna komisja kodyfikacyjna nie ma praktycznie nic do roboty, podobnie rzecz się ma z ustawodawczą. W Sejmie śladów determinacji Gowina nie widać. Kodeks postępowania karnego dopiero trafia do Rządowe Centrum Legislacji; kiedy wpłynie do Sejmu – nie wiadomo, minister mówił o końcu maja. Pod koniec maja ma się też pojawić projekt nowelizacji ustawy o prokuraturze i pierwsza transza deregulacyjna.

Minister bowiem oddał się z wielkim poświęceniem swej pozytywnej szajbie w sprawach deregulacji, która po bliższym przyjrzeniu okazuje się nie tak rewolucyjna, jak zapowiadano. Jego najbliższym współpracownikiem został Mirosław Barszcz, wiceminister w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego; listę zawodów do deregulacji układali działacze PiS, partia Kaczyńskiego projekt popiera, a nawet chce go rozszerzać. Zapomniany sen o POPiS zaczął się realizować przynajmniej na tym niewielkim odcinku. Ale to dopiero punkt startowy.

Likwidator

Pech Gowina polegał jednak na tym, że w resorcie sprawiedliwości, a więc zasadniczej domenie jego działalności, zawody zostały otwarte jeszcze dzięki działaniom Przemysława Gosiewskiego i Zbigniewa Ziobry, a dalsze otwieranie grozi już tylko bezrobociem, bo w Polsce zapotrzebowanie na usługi prawnicze jest ciągle ograniczone. Tak więc minister musiał borykać się bardziej z licencjami taksówkarzy czy przewodników niż tworzeniem miejsc pracy dla młodych absolwentów prawa i innych szlachetnych kierunków. Wszystko stało się o wiele mniej efektowne, niż się zapowiadało, i teraz minister coraz częściej tłumaczy, że zapytania kierować trzeba do innych ministrów, bo te zawody to tak naprawdę ich domena. Sztandar deregulacji, który gwałtownie dumnie załopotał, stał się mniej atrakcyjny.

Podobnie rzecz się ma z drugim znakiem firmowym ministra Gowina, czyli reformą sądownictwa, polegającą na likwidacji małych sądów bądź przekształceniu ich w jednostki zamiejscowe sądów większych, co daje możliwość przesuwania sędziów do pracy tam, gdzie większe zaległości. Pomysł nie był nowy, błąkał się po resorcie sprawiedliwości od dawna. Już Zbigniew Ćwiąkalski przymierzał się do przekształcenia w jednostki zamiejscowe sądów, gdzie było tylko czterech sędziów pełniących funkcje kierownicze i zarazem orzekających w różnych wydziałach takiej minijednostki, często na kawałkach etatów. Gowin ten temat podniósł i od razu wzniecił powiatowe larum. Władze samorządowe powiatów i stojące za nimi partie poczuły się zaniepokojone i nierzadko mają rację. Inwestowały sporo w budynki, sąd to pewne miejsca pracy (często obok szpitala i powiatowego urzędu – podstawowe, także dla partyjnego aparatu), a argumentu, że sąd powinien być blisko obywatela, też lekceważyć nie można. Ten reformatorski sztandar raczej wisi, niż łopocze.

Premier postawił przed ministrem również inne konkretne zadanie – zmierzenie się z przewlekłością postępowań. Postulat dwuzmianowości pracy sądów w Warszawie, bo tu głównie trwa ten stan klęski, błąka się od lat i jest przez sędziów odrzucany. Minister go nie podjął, chociaż może akurat tu przydałaby się jego pozytywna szajba. Również więziennictwo to ziemia kompletnie zaniedbana. Wprawdzie jeszcze Krzysztof Kwiatkowski przygotował rozszerzenie nadzoru elektronicznego, a Gowinowi udało się uzyskać na ten cel większe pieniądze z budżetu, ale nie rozwiązuje to problemu tysięcy skazanych, oczekujących na miejsce w więzieniu, nie zapobiegnie degradacji więziennictwa powodującej, że określenie „resocjalizacja” już tylko śmieszy. Pytanie, czy minister temu wszystkiemu sprosta, zwłaszcza gdy ma jeszcze jedną, mniej znaną szajbę: jest nią działalność polityczna w terenie, w Krakowie i krakowskim powiecie. Jarosław Gowin czas ministerialnej pracy podzielił prawie równo – od wtorku do czwartku w Warszawie, od piątku do poniedziałku w podróży, przede wszystkim na spotkaniach, które mają mu budować wyborczą pozycję partyjną w Małopolsce.

Solista

Jest to zadanie ambitne, gdyż Małopolska to teren dla PO trudny, a sam Kraków dla Platformy to obszar permanentnych klęsk i ścierających się frakcji. Kilka tygodni temu premier dwa razy po kilka godzin próbował ustalić z posłami i senatorami tego regionu, kto ma być członkiem zarządu województwa: czy pełniący tę funkcję obecnie Witold Latusek, czy były wojewoda Stanisław Kracik? Kompromisu nie udało się wypracować, bo Latusek to człowiek Ireneusza Rasia, a Kracikowi jakoś trzeba było zapewnić nowe stanowisko, gdy na wojewodę premier powołał Jerzego Millera. Dość dobrze oddaje to stan miejscowych struktur PO, ich skonfliktowanie, nadmiar ambicji nieznanych działaczy i konieczność angażowania się premiera w sprawy wagi trzeciorzędnej.

Gdyby Gowinowi udało się wyrosnąć na małopolskiego lidera, który rozstrzyga sam podobne spory, z którego opiniami środowisko polityczne się liczy, byłby to sukces osobisty. Ale i tu sukcesu na razie nie ma. Są wręcz porażki: wszak poseł Łukasz Gibała, siostrzeniec ministra, którego dzięki układaniu się z oponentami zrobił szefem krakowskiej Platformy, niedawno przeszedł do Ruchu Palikota i jeszcze widowiskowo zabrał setkę młodych.

Cóż, Gowin jest w Krakowie politycznym solistą. Nie tylko dlatego, że aktywną polityczną działalność rozpoczął w 2005 r., kiedy karty były w zasadzie rozdane i strefy wpływów podzielone między różne frakcje. Przede wszystkim dlatego, że, podobnie jak Rokita, wyraźnie nie ma serca do gry zespołowej, a z demonstrowania odrębności zrobił wręcz znak firmowy. Jest wybierany i jego sukcesem jest to, że w ostatnich wyborach, zepchnięty na trzecie miejsce, i tak uzyskał najlepszy wynik, pokonując nadmiernie ambitnego, ale znacznie mniej znanego Rasia (o wiele bardziej rozpoznawalny jest jego brat, proboszcz Bazyliki Mariackiej). Niezłe wyborcze wyniki nie przekładają się jednak na zdolność tworzenia politycznego środowiska, jednoczenia porozbijanej i poobijanej małopolskiej PO. Małopolska nawet w Sejmie nie ma swojego regionalnego lobby, bo każdy ma tu inne interesy do załatwienia. I panuje powszechne przekonanie, że Gowin ma interes jeden – własną karierę.

Nie ma więc Jarosław Gowin w Małopolsce swojej chorągwi, mimo sporej politycznej aktywności i wyjątkowej ostatnio dbałości o elektorat. Co więc ma być zwieńczeniem kariery obecnego ministra sprawiedliwości? Żona Jarosława Gowina, która zawsze publicznie przyznawała, że głosuje na PiS, ale ostatnio wreszcie oddała głos na męża, a ponadto ceni za odwagę Palikota, opowiadała w wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej”, że gdy Jarosław się jej oświadczał, powiedział, że ma dwie pasje – filozofię i politykę. Natomiast żona wcale nie jest najważniejsza – co było formułą niewątpliwie oryginalną. Teraz, zdaniem żony, ta hierarchia mogła się zmienić i najpierw jest polityka, a potem filozofia, ale tego na pewno nie wie, bo „Jarek jest skryty”, a jako małżeństwo żyją „w światach równoległych”, w zupełnie różnych środowiskach. Jednak na pytanie, czy jej mąż mógłby być premierem, odpowiedziała: nie sądzę, by coś takiego mu groziło. Pytanie, dokąd zmierza Jarosław Gowin, pozostaje więc otwarte, ale z tygodnia na tydzień coraz ciekawsze i coraz bardziej gorące. Niewątpliwie obserwujemy bowiem ofensywę konserwatywnej frakcji w PO. Sam Gowin twierdzi, że jest to jedynie próba zachowania jedności partii, gdyż partyjna lewica całkowicie zepchnęła ich do narożnika. W domyśle może to oznaczać, że jest grupa mogąca poszukać swojego miejsca w PiS, bo niektórzy z tą partią od dawna mają silne związki.

Szef konserwatystów

Wprawdzie oprócz konwencji w sprawie przemocy wobec kobiet i zapowiedzi powrotu do ustawy in vitro nic takiego owa lewica (jej najbardziej wyrazistymi eksponentkami są panie: Agnieszka Rajewicz-Kozłowska, Joanna Mucha, Małgorzata Kidawa-Błońska czy Iwona Śledzińska-Katarasińska) nie zaproponowała. Premier wyraźnie postanowił spory światopoglądowe odłożyć na później, ale te dwa zdarzenia wystarczyły, aby konserwatyści w PO wyraźnie się ożywili. Wiele okoliczności im sprzyjało. Europejska konwencja nieźle nadająca się na casus belli; ogólna nieruchawość klubu PO, który najwyraźniej nie wie, co robić, czekając na dyspozycje premiera; brak Grzegorza Schetyny, który usunął się w cień; spadające sondaże, które są powodem frustracji coraz większej liczby posłów. To wszystko, jeśli nawet nie zapowiada zmierzchu Platformy, to przynajmniej wywołuje niepokój i jest szansą zaistnienia środowisk ideowo wyrazistych.

Konserwatyści z PO, choć nieliczni, taką wyrazistość mają i mają lidera, czyli właśnie Jarosława Gowina. Poprzednio Gowin zawsze znajdował się w cieniu Schetyny, raz mówiono, że grają wspólnie, innym razem, że oddzielnie, ale wiadomo było, że Schetyna większość konfliktów w partii jakoś rozładuje, a ostateczną instancją i tak będzie Tusk. Dziś nic nie jest już tak oczywiste. Schetyna może się przyglądać zdarzeniom z boku, premier też rzadko wkracza, a więc partia sprawia wrażenie coraz bardziej chaotycznej.

A tam gdzie chaos, mogą się rodzić różne pomysły, również takiego przeorganizowania sceny politycznej, aby gdzieś znalazły wspólne schronienie te odłamy PO i PiS, które w swoich macierzystych partiach czują się wyalienowane. Wszak w przeszłości często przypadek decydował o ostatecznym wyborze partii. Takie środowisko jest również obok partii, w gronach eksperckich, w mediach, gdzie wprawdzie opowiadanie się za PiS to już nie taki obciach jak kiedyś, ale jednak z Gowinem byłoby o wiele przyjemniej niż z Macierewiczem i Radiem Maryja. Dla wielu Gowin jako lider wydawać się może atrakcyjny, stabilny w swoich przekonaniach, twardy w kwestiach światopoglądowych, poważny nawet w wyrazie twarzy, świadomy swoich medialnych wpływów i mający czasem sporo politycznego wyczucia. Trzeba sprawiedliwie przypomnieć, że to on jako jeden z pierwszych zaczął mówić o koalicji PO z PSL, jeszcze zanim nastąpiła całkowita zapaść POPiS.

Dziś być może rzeczywiście otwiera się konserwatywna nisza między PO i PiS, zwłaszcza gdyby przyciśnięty do muru premier, tracący koalicyjną większość, musiał wdawać się w częstsze flirty z SLD Leszka Millera czy liczyć na łaskę Janusza Palikota. Do wyborów czasu pozostało sporo, a więc jest kiedy próbować różne scenariusze. Także dociskania Tuska, tak jak dzieje się to przy okazji konwencji w sprawie zwalczania przemocy wobec kobiet.

Ale w polityce często bywa tak, że nie wiadomo, kiedy rusza lawina. Przecież o istnieniu tej konwencji jeszcze kilka tygodni temu wiedziało bardzo nieliczne grono, a dziś stała się ona wyznacznikiem prawdziwego konserwatyzmu, a jej ewentualna ratyfikacja (której chce premier) ma być „sprawdzianem sumień”, momentem kiedy Gowin powie swoje non possumus. Zapewne nie powie tego sam. Dla Jarosława Gowina szybko nadchodzi czas próby i wyboru.

Polityka 19.2012 (2857) z dnia 09.05.2012; Kraj; s. 26
Oryginalny tytuł tekstu: "Miny ministra sprawiedliwości"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Marzec 2021: pięć książek dla młodszych czytelników

Jak co miesiąc proponujemy książki mądre, ciekawe i estetycznie wydane. Dla najmłodszych czytelników.

Sebastian Frąckiewicz
02.03.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną