Polacy przegrywają z Czechami i odpadają

Orłów cień
Grali jak zwykle, przegrali jak zwykle. Święto się dla nas skończyło.

To bardzo w naszym stylu: zagrać porywający mecz, gdy jest się skazanym na pożarcie (z Rosją), a potem pokpić sprawę, gdy już na nikogo nie trzeba się oglądać, a rywal (Czechy) niestraszny, a do tego jeszcze bez dyrygenta – Tomasa Rosickiego.

Polacy grali tylko przez pierwszych 20 minut, potem byli już swoim zbiorowym gorszym wydaniem. Wiadomo było, że im dłużej nie złamią oporu rywali, tym większe będą nerwy. Ale nie wydawali się na taki scenariusz przygotowani. Brakowało spokoju, cierpliwości, wreszcie brakowało lidera, bo żaden z zawodników kreowanych na przywódcę stada po poprzednich meczach, tym razem roli nie udźwignął. Nie starczało też umiejętności. To nasi piłkarze byli niedokładni, to im odskakiwała piłka, to oni podawali w nogi rywala, zamiast obok. Irytowali, można powiedzieć, jak zwykle. Gdzie się podziała ta jakość z meczu z Rosją? Zresztą, Rosji też już w turnieju nie ma, więc i wartość naszego wtorkowego remisu już nie ta sama.

Przy okazji spotkania z Czechami wyszło ubóstwo opcji, jakie miał do wyboru Franciszek Smuda. Postawił na tych samych zawodników, którzy wyszarpali remis z Rosją, mimo że z obozu reprezentacji dochodziły trwożne wiadomości o kłopotach zdrowotnych Perquisa, Dudki i Polanskiego. Kiedyś Kazimierz Górski powiedział, że woli w kadrze pijanego Gorgonia niż trzeźwego Ostafińskiego. Smuda wolał poobijanych Perquisa i spółkę, niż zmienników. Gdy już się wreszcie zdecydował posłać w bój rezerwowych, ci niczego nie wnieśli. Jeszcze się nie objawiła drużyna, która na takim turnieju cokolwiek zdziałała, polegając na 11 ludziach.

Mistrzostwa Europy miały dać kibicom prawdę o reprezentacji, ale jaka ona jest – wciąż nie wiadomo. Czy bliżej jej do drużyny walecznych serc z meczu z Rosją, przypuszczającej seriami falowe ataki, jak w pierwszym połowie spotkania z Grecją, czy może to wciąż zespół drugiej klasy – nieporadny, chaotyczny, miałki. Nie pozbywając się prawa do ocen, warto jednak pamiętać, że futbol jest świetną pożywką dla relatywizmu. Czy gdyby Polacy jednak bramkę zdobyli, kiedy były po temu okazje i jednak do ćwierćfinału awansowali, to grając na tym samym poziomie, staliby się lepszą drużyną i zyskaliby prawo do cieplejszych ocen?

Ciągu dalszego przygody biało-czerwonych na mistrzostwach szkoda tym bardziej, że trudno o wrażenie, iż dzięki awansowi do ćwierćfinału Czechów zyskał futbol. Nawet jeśli w drugiej połowie wyglądali przy Polakach jak profesorowie, to na kogo by z potęg grających w grupie B nie wpadli, będą mieli ciężkie życie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną