Czesi byli lepsi

Polegli pokonani
W sobotę o godz. 22.37, gdy szkocki sędzia zakończył wreszcie mecz naszej reprezentacji z Czechami, jedynym szczęśliwym Polakiem mógł być były bramkarz Jan Tomaszewski, który nie kibicował tej drużynie.

Pozostali rodacy jednak kibicowali, i wierzyli, że tym razem będzie inaczej niż na ostatnich wielkich imprezach piłkarskich, kiedy to zwykle biało-czerwoni grali trzy mecze: na otwarcie, o wszystko i o honor. Tym razem nikt o honorze nie mówił, nawet nastroje patriotyczne nie były podgrzewane w takim stopniu, jak przed meczem z Rosjanami. Może po prostu zabrakło symboli i skojarzeń? Głupio byłoby przecież wspominać o Zaolziu, czy o „wizycie przyjaźni” naszych wojsk w 1968 r., które to wydarzenie bardziej nadaje się na komedię (która zresztą powstała). Więc tym razem miał być po prostu mecz piłkarski o awans do ćwierćfinałów, a nie gra resentymentów. Jednego tylko nie mogliśmy przewidzieć – że mianowicie Czesi zagrają lepiej od nas. Sytuacja, po której Jiracek strzelił bramkę, była głęboko zasmucająca. Oto Czech kładzie z łatwością dwóch naszych obrońców i strzela tak precyzyjnie, że nasz bramkarz może tylko wyciągnąć piłkę z siatki. Zgroza. Nie chcę więcej oglądać tego ujęcia, ale zapewne będzie teraz pokazywane dziesiątki razy, żebyśmy się nasycili klęską.

Bo to klęska, bez dwóch zdań. Nie rozumiem biednych sprawozdawców i komentatorów, którzy tuż po zakończonej batalii próbowali nam desperacko wmówić, że nasi dali z siebie wszystko, powinniśmy im podziękować za dostarczone emocje, a w ogóle to na wynik mógł mieć wpływ ciężki mecz z Rosją. Przepraszam, a Czesi z Rosją nie grali? Lubimy się usprawiedliwiać, jak po meczu z Grecją, w czasie którego naszym ponoć było duszno. Duszno się robi, kiedy słucha się takich usprawiedliwień.

Piłka nożna to, z wyjątkami oczywiście, sprawiedliwa gra. Wygrywa ta drużyna, która strzela więcej bramek. A my w trzech meczach zdobyliśmy tylko dwa gole. Jak było do przewidzenia, bramki zdobyli zawodnicy Borussi Dortmund, Lewandowski i Błaszczykowski. Ale powiedzmy szczerze, to nie był ich najlepszy występ. Już nie mówiąc o trzecim Dortmundczyku, Piszczku, który także w meczu z Czechami pozwalał się niemiłosiernie ogrywać. Czy nagle stracili talent? Nie, tylko że w Borusssi grają z całą drużyną, są fragmentem większej całości. Tymczasem Polska taką drużyną się nie stała. Lewandowski daremnie czekał na piłki, których nie dostawał, i szarpał się osamotniony z przodu, niczym żołnierz pozostawiony sam sobie na wysuniętym, straconym posterunku (by użyć ulubionego przez komentatorów porównania militarnego).

Teraz zacznie się rozliczanie trenera Smudy, dla którego mecz z Czechami był zapewne ostatnim w karierze selekcjonera. Na pewno popełniał błędy taktyczne, za późno decydował się na zmiany, jego legendarna charyzma też już chyba nie robiła na nikim wrażenia. Wszystko to prawda. Ale reprezentację zbudował na miarę naszych możliwości, a nawet ponad, ponieważ namówił do gry kilku zawodników polskiego pochodzenia, z których przynajmniej niektórzy (Polanski, Perquis) zagrali naprawdę przyzwoicie. Widocznie obecnie polskich piłkarzy na więcej nie stać. Cóż, pech nas, wszystkich polskich kibiców, polega na tym, że akurat uwielbiamy piłkę nożną. Nic nam nie zostanie oszczędzone! Pamiętajmy, że przed nami eliminacje do mistrzostw świata.

A dlaczego „Polegli pokonani”? Bo wcześniej wymyśliłem tytuł „Polegli niepokonani”, wierząc, że zremisujemy z Czechami, i choć odpadniemy z turnieju, będziemy się chełpić, że nikt nie zdołał nas pokonać. Niestety, jeszcze raz polegli – pokonani.

Czy w takiej sytuacji ma ktoś ochotę cieszyć się z tego, że Rosjanie też odpadli?

PS. A jednak wiara w narodzie nie ginie. Przez otwarte okno słyszę dobrze znane okrzyki „Polacy, nic się nie stało!”…

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną