Euro 2012: Przed ćwierćfinałem

Walka przypadku z koniecznością
Każdy nadchodzący mecz to niekiedy jak degustacja wina w ciemno. Można być wielkim znawcą, znać wszystkie charakterystyki wszystkich châteaux i roczników, gdy naleją ci wina z zasłoniętej butelki, nie rozpoznasz swych ulubieńców albo za najlepszą butelkę wieczoru wybierzesz tę, o której – gdy znałeś jej nazwę – źle się wyrażałeś.

Podobnie jest w futbolu, oglądasz dwa mecze takiej czy innej drużyny, wiesz, co o niej myśleć, przewidujesz jej awans z grupy albo porażkę, i kompletnie nie poznajesz tej drużyny w jej trzecim występie. Wypisujesz przed meczem jakeiś własne przewidywania, które nazajutrz trafiają do druku, gdy już jest po meczu i wychodzisz na durnia. Jeszcze wczoraj rano miałem na przykład świetne wyobrażenie o Francuzach i dość słabe o Szwedach, dwanaście godzin później nie wiedziałem, jak się nazywam. Owszem, dopuszczam myśl, że Francuzom aż tak bardzo nie zależało, że wcale im się nie paliło do ćwierćfinałowego spotkania z Włochami, jednak po energii, świeżości ich dwóch pierwszych spotkań – jak po niedojedzonej bagietce – zostały okruchy twarde niczym suchar. No a Szwecja: teraz się zdaje, że doprawdy nie tak wiele jej brakowało, strzeliła bramki w każdym meczu (Ibrahimovič w locie wyglądał wczoraj jak grecki posąg futbolisty, gdyby w Grecji starożytnej grano w futbol: idealne proporcje ciała złożonego strzału, fanstycznie ułożona figura), nie byłoby pięć ostatnich minut z Anglią, a Szwecja byłaby może w ćwierćfinale.

Tak niewiele brakuje, by z otchłani wyskoczyć na Giewont, jeden strzał czasem, jeden rykoszet. Gol Błaszczykowskiego zrobił większą dziurę w głowach kibiców (i zwłaszcza tak zwanych sprawozdawców sportowych) niż w bramce Rosjan; przez trzy dni zdawało się niemal wszystkim, że mamy ekipę na półfinał. Ten gol stał się Wielkim Złudzeniem, pocałunkiem Mayi, bogini ułudy.

Może dlatego jestem za Hiszpanami na tym Euro: wciąż mi się wydaje, że stylem gry, który wprowadzili przed kilku laty, zaczęli umniejszać, na ile się da, rolę przypadku w futbolu, a przypadek to wielka szekspirowska rola całej tej gry. W setkach krótkich podań – miast długich dośrodkowań, lecących gdzie popadnie, wedle odwiecznej zasady kupieckiej: a nuż coś się trafi? – przypadek zaczął ustępować konieczności, czyli metodycznemu wyciskaniu gola: po kolejnym, pięćdziesiątym podaniu znajdowało się dziurę w murzę i jak mysz przeciskało do bramki. Bardzo mało strzałów z daleka, bo to młyn na wodę przypadku, do bramki podchodzimy tak blisko, jak się da i jak komornik (a ten nigdy nie przychodzi przypadkiem) pukamy do drzwi.

I to jeszcze: Hiszpanie, wymyślając tiki-takę, odwrócili estetyczne przyzwyczajenia. Przywykliśmy raczej sądzić, że to szaleńczy rytm, szybkość wyznaczają piękno gry. A tymczasem oni wprowadzili na powrót powolność i piękno oparli nie na tempie, a na metodycznej, szczególnej stateczności. Można ja porównać do drążenia kropli w skałe (obrony), albo, przyjemniej, do bardzo długiego i dokładnego rozbierania ciała naprzeciw. Najpierw jedną skarpetkę, potem drugą, a teraz koszulkę i... No ale przedwczoraj rozbierający niemal sam został rozebrany przez bardzo inteligentną Chorwację, szkoda, że Bilič odchodzi. Tak jak szkoda nieuznanej bramki dla Ukrainy. Niestety, władze UEFA to najgorszy przypadek w futbolu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną